Norwegia: co, jeśli skończy się ropa...

Norwegia ropą stoi. Zarówno w przenośni jak i dosłownie. Czarne złoto legło u podstaw dobrobytu tego nordyckiego kraju i jego spektakularnego sukcesu gospodarczego. Ale może też stać się przyczyną ruiny społeczeństwa, które nie licząc się z faktem, że ropy może kiedyś zabraknąć, czyni niewiele by uniezależnić się od tego czynnika.

fot. Bloomberg
Zobacz więcej

fot. Bloomberg

Coraz więcej ekspertów coraz głośniej wyraża obawy, że zależność kraju od ropy zagraża jego perspektywie wzrostu.

Ostatnio tym problemem zajął się opiniotwórczy dziennik „The Financial Times”. Wnioski do jakich doszli autorzy opracowania nie są budujące dla przyszłych pokoleń.

To właśnie skutki społeczne, będące następstwem zmian w życiu codziennym mieszkańców zachodniej części Skandynawii mogą okazać się najbardziej dotkliwe i bolesne. Wychowani w ponad przeciętnym dobrobycie Norwegowie coraz bardziej nastawieni są na konsumpcję i dobro własne, kosztem wydajności, edukacji, kreatywności i ogólnonarodowego współzawodnictwa.

Wszechobecne bogactwo, zabezpieczenia społeczne, niemal zagwarantowane zatrudnienie i teoretycznie zabezpieczone przyszłość na emeryturze, przynajmniej w ciągu kilkudziesięciu lat, czynią z Norwegów osoby – na tle innych krajów – jeśli nie leniwe, to co najmniej mniej wydajne, chcące przy każdej nadarzającej się okazji korzystać z uroków życia.

Dla wielu Norwegów weekend nie zaczyna się w piątek, tylko dzień wcześniej. Według Narodowego Biura Statystycznego coraz więcej mieszkańców tego kraju nazywa piątek – „Fridag”, czyli „wolny dzień”. Kto może przedłuża sobie okres laby na poniedziałek. Potwierdzają to choćby tak znaczące dowody, jak spadek obłożenia składów kolejowych w pociągach podmiejskich i mniejsze natężenie ruchu na płatnych drogach w piątek i poniedziałek.

Tendencja ta zaczyna coraz bardziej niepokoić decydentów i biznesmenów. Norwegowie pracują coraz mniej. Jak wynika z danych OECD, odnosząc się do liczby przepracowanych godzin, to obecnie trzeci od końca wynik wśród najbardziej rozwiniętych gospodarek. Tymczasem stawka godzinowa w produkcji jest najwyższa na świecie. O około 40 proc. przewyższa płace w Niemczech i około dwukrotnie stawki w USA, Japonii, Włoszech czy Wielkiej Brytanii.

Zdaniem ekspertów, winowajcą jest ropa, która doprowadziła do takiego rozpasania. Choć Norwegia zdobyła uznanie za swoje podejście do naftowego bogactwa, stworzenie największego na świecie funduszu majątkowego opartego o dochody ze sprzedaży ropy i mającego służyć tamtejszym emerytom, oraz wykorzystywanie go w niewielkim stopniu przez rządzących krajem, jednak zdaniem specjalistów, powoli ujawniają się syndromy naftowej klątwy i subtelnej formy choroby holenderskiej. W przypadku tego drugiego czynnika, bogata i zadufana ludność pracuje mniej, wykorzystuje więcej zwolnień lekarskich i popada w samozadowolenie. Bogactwo zasobów zabija produktywność w innych obszarach gospodarki.

Norwegia bez wątpienia nie jest w kryzysie. Jak wskazują dane Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jej PKB jest drugim pod względem wielkości po Luksemburgu na świecie. Stopa bezrobocia na poziomie 3,5 proc. jest najniższa spośród wszystkich krajów Unii Europejskiej, zaś nadwyżka budżetowa – w tym obejmująca wykorzystanie środków z funduszu naftowego – przekracza 10 proc.

„Zauważalne stają się jednak sygnały ostrzegawcze, zarówno w perspektywie krótko- jak i  i długoterminowej. Gospodarka coraz bardziej uzależnia się od ropy co widać choćby przez cykle biznesowe. Nie mamy do czynienia z holenderską chorobą, ale bez wątpienia z dwutorową gospodarką, w której część spoza sektora energetycznego staje się coraz mniej znacząca.” - ocenia profesor Hilde Bjornland z BI Norwegian Business School, w raporcie “Boom or gloom?”

„FT” na potwierdzenie niekorzystnych zmian w norweskij gospodarce przytacza prognozę ekonomistów z banku Nordea, największego w regionie. Projekcja zakłada spowolnienie tempa rozwoju w tym roku, w przeciwieństwie do inych krajów nordyckich. Z kolei w 2015 r. PKB ma wzrosnąć o 1,2 proc. co oznacza najniższe tempo spośród krajów tego regionu. Dodatkowo, norweski rynek mieszkaniowy balansować będzie nad krawędzi pęknięcia bańki spekulacyjnej. Ceny nieruchomości rosną tam bowiem niemal nieprzerwanie, z małym załamaniem w 2008 r, przez dwie dekady.

Poważnym problemem staje się konkurencyjność. Płace w sferze produkcyjnej wzrosły od 1997 r. o 150 proc. w porównaniu z „zaledwie” 50-proc. zwyżką w USA i Niemczech.

„Płace są wyższe o 60-70 proc. niż średnia ważona norweskich partnerów handlowych, co oznacza, że na każdą przepracowaną godzinę, Norwegowie powinni być o przynajmniej 60 proc. bardziej wydajni” – wskazuje Kristin Skogen Lund, szefowa krajowej organizacji pracodawców (NHO) i była szefowa telekomu Telenor.

Z negatywnych zmian zdaje sobie sprawę choćby Oystein Olsen, gubernator banku centralnego, który od dłuższego czasu podkreśla, że "(…) wzrost gospodarczy jest wspierany przez wzrost imigracji i zatrudnienia, a nie przez zwiększenie wydajności”.
Pesymistyczna tendencja obserwowana jest również w przypadku „stanu zdrowia” wśród pracujących Norwegów.

Pomimo niskiej stopy bezrobocia i ogólnie dobrej kondycji zdrowotnej, na potwierdzonych zwolnieniach lekarskich jest 5,5 proc. Norwegów. Jak wynika z danych OECD, to najwyższy odsetek spośród 33 najbogatszych krajów. Średnio Norwegowie w ciągu ostatniej dekady przebywali na chorobowym od 6 do 8 proc. całkowitej liczby dni roboczych.

„Widzę już oznaki holenderskiej choroby. Przyzwyczajamy się do poziomu świadczeń, które są zbyt kosztowne kiedy umrze przemysł naftowy” – ocenia na łamach „FT” Ketil Solvik-Olsen, minister transportu i zastępca przewodniczącego populistycznej partii „Progress”.

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych  norweskich przedsiębiorców, wskazuje na jeszcze inne zagrożenie.

„Obawiam się o przyszłość naszych dzieci. Widzę stosunkowo mało chętnych do pracy wśród ludzi młodych. Dzieciaki uważają, że powinni mieć wszystko i wszystko się im należy” – wyjaśnia Solvik-Olsen.  Uważa on, że spory udział w tym mają też media, które tytułami typu „Każdy z 5 mln Norwegów jest milionerem”  utwierdzają młode pokolenia w przekonaniu, że nie trzeba nic robić, nic z siebie dawać, a i tak będzie się żyło dostatnie.

Mimo bardzo wysokich wydatków na edukację, w testach Pisa, oceniających m.in., wiedzę 15-to latków odnośnie matematyki, młodzi Norwegowie wypadają poniżej średniej (30 miejsce). Do tego więcej niż 1 na 5 uczniów odchodzi ze szkoły w wieku 16 lat. To dwa razy więcej niż średnia w przypadku innych krajów nordyckich.

„Przy spadającej wydajności, zanikającej chęci do pracy, i mając w perspektywie kurczące się mimo wszystko zasoby ropy i gazu, wszystko to wygląda niezbyt optymistycznie dla kraju. Dopiero jakiś prawdziwy kryzys może zmienić to nastawienie wśród ludzi, uzmysławiając im, że muszą efektywnie, wydajnie i dłużej pracować, by nie tylko oni, ale i przyszłe pokolenia mogły cieszyć się własnym  bogactwem i dobrobytem kraju” – podsumowuje profesor Bjornland.

Wśród wielu przedstawicieli kręgów „starych, prawdziwych” Norwegów panuje przekonanie, że ropa zmienia duszę Norwegów . Jan Kjaerstad, autor opracowania „Zmieniło się DNA mojego kraju” opłakuje ewolucję Norwegii.

"W dawnych czasach, realizowano ideę by wziąć trochę bogatym i dać biednym. Teraz każdy chce być bogaty. Nasz moralny genotyp zmienił się i zbiorowe dążenie do bardziej sprawiedliwego podziału dóbr zastąpiono szukaniem indywidualnej korzyści finansowych" - napisał Kjaerstad na łamach największego norweskiego dziennika „Aftenposten”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Tadeusz Stasiuk, Financial Times

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Surowce / Norwegia: co, jeśli skończy się ropa...