Nowy wróg PiS – państwa OECD

opublikowano: 28-07-2021, 20:00

Wśród organizacji i struktur międzynarodowych, do których należy Polska, specyficzną rolę odgrywa Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD – Organisation for Economic Cooperation and Development).

To klub z gospodarczej wyższej półki, zawiązany przez Zachód w grudniu 1960 r. w Paryżu i mający tamże siedzibę. Pierwotnym celem OECD było kontynuowanie planu Marshalla oraz zacieśnianie biznesowych więzi we wspólnocie NATO. Współcześnie klub z Paryża bywa porównywany z G20, wszak część członków należy i tu, i tu. Istnieje jednak wyraźna różnica, G20 oparta jest na proporcjonalności kontynentalnej i skupia po prostu gospodarki największe, stawiając na ilość. OECD z definicji preferuje natomiast jakość i stara się wyznaczać nie tylko biznesowe, lecz cywilizacyjne standardy. Obecnie liczy 38 członków (w tym 22 z 27 państw UE), wśród nich jest np. Chile, zaś dwoma najmłodszymi są Kolumbia i Kostaryka. To dobry przykład, do G20 należą Brazylia i Argentyna, ale tylko ze względu na wielkość, o awansie jakościowym do OECD mogą tylko pomarzyć. Warto także podkreślić, że stały przedstawiciel RP przy OECD ma rangę ambasadora, tak jak przy ONZ czy NATO. Trudno się zatem dziwić, że przyjęcie Polski do OECD już w 1996 r. było pierwszym naprawdę wielkim sukcesem międzynarodowym po zmianie ustroju, przecierającym późniejsze akcesje do NATO (1999) oraz UE (2004).

Krótki kurs historii OECD jest konieczny dla zrozumienia, dlaczego prestiżowy klub bywa punktem odniesienia dla Mateusza Morawieckiego. Premier często porównuje wskaźniki osiągnięte za rządów PiS – i realne, i fikcyjne – z kolejnością lub średnią w OECD, zależy, co lepiej da się sprzedać. Podczas wirtualnych obchodów 60. rocznicy konwencji założycielskiej OECD w grudniu 2020 r. skierował ekranowe przesłanie, w którym wychwalał pod niebiosa dorobek organizacji oraz rysował świetlane perspektywy współpracy Polski z jej członkami.

Ponad 60-letnia OECD nie spodziewała się, że jej członkowie zostaną hurtowo tak zaatakowani – ale chytrze, bez wymieniania któregokolwiek z nazwy – przez Mateusza Morawieckiego. Fot. ITAR-TASS/Stanislav Krasilnikov/FORUM

Tym bardziej szokuje radykalny zwrot, którym premier popisuje się ostatnio. PiS poczuło ogromne zagrożenie ewentualnym ustawowym rozszerzeniem – poza Europejski Obszar Gospodarczy (czyli UE z sąsiadami stowarzyszonymi) – właśnie o OECD listy państw, które mogłyby posiadać u nas stacje telewizyjne i radiowe. Taki zapis całkowicie zniszczyłby forsowaną obecnie nowelizację, której doraźnym celem jest skok władców na kanał TVN24. USA są członkiem założycielem OECD, zatem amerykański koncern Discovery po takiej poprawce w ustawie mógłby nawet… zwinąć unijną spółkę córkę i utrzymywać u nas telewizję bezpośrednio. Dlatego premier wyrzuca do kosza cały współtworzony przez siebie wizerunek OECD i upowszechnia tezę, że wśród jej członków znajdują się jakieś państwa zagrażające naszemu bezpieczeństwu poprzez możliwe przejmowanie mediów. Podaje jednak tylko jedną nazwę – Rosji jako aspirującej do OECD. Co było prawdą, Władimir Putin starał się wpychać dosłownie wszędzie, ale wejść do tego klubu Rosja nigdy nie miała merytorycznie szans, zaś po zaborze Krymu w 2014 r. car sam się skreślił na trwałe. Mnie bardziej intryguje, jakich to wrogów z realnej listy członkowskiej OECD premier ma na myśli. Kto jako hipotetyczny właściciel telewizji na polskim rynku mógłby nam zagrażać – Islandia, Nowa Zelandia, Chile, Kolumbia czy Kostaryka, może Szwajcaria lub Wielka Brytania, no i te najważniejsze Stany Zjednoczone? Aż się prosi, by przed posiedzeniem Sejmu 11 sierpnia Mateusz Morawiecki bez dyplomatycznej poprawności wreszcie zdefiniował wroga, przed którym chce nas bronić…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane