Oficjalnie nie było mowy o osłabianiu naszej waluty. Dużo więcej debatowano o wejściu do eurostrefy. A złoty trzyma się mocno...
Czy powinniśmy osłabić złotego? Oficjalnie takiego tematu nie było podczas wczorajszego spotkania Rady Polityki Pieniężnej (RPP) z przedstawicielami rządu, choć wcześniej wicepremier Jerzy Hausner sygnalizował, że potrzebna jest zmiana nastawienia RPP do polityki monetarnej i ewentualnie obniżenie stóp procentowych. Złoty nie zareagował ani na wyniki spotkania, ani na wieść, że wicepremier żegna się z SLD. Inwestorzy przestraszyli się dopiero wtedy, gdy na lewicy podniosły się głosy wzywające Jerzego Hausnera do opuszczenia rządu. Potem sytuacja wróciła do „normy”.
Jak najszybciej
Ta „norma” przeraża eksporterów. Zdaniem Marka Goliszewskiego, prezesa Business Centre Club (BCC), silny złoty jest szkodliwy dla naszej gospodarki.
— Dolna granica opłacalności dla eksporterów to kurs na poziomie 4,3 zł za euro i 3,5 zł za dolara — szacuje prezes BCC.
Jego zdaniem, bank centralny nie zgodzi się na obniżenie wartości złotego przez interwencje na rynku czy obniżanie stóp procentowych.
— Piłeczka nie jest jednak po stronie NBP. Obligacje skarbu państwa zachęcają kapitał spekulacyjny. Rząd powinien zmniejszyć zadłużenie Polski, tym bardziej że obligacje są nieuczciwą konkurencją wobec firm ubiegających się o kredyty — twierdzi Marek Goliszewski.
Jego zdaniem, najlepszym rozwiązaniem byłoby jak najszybsze przystąpienie Polski do strefy euro.
Uciekający cel
I o tym mówiono na spotkaniu rządu i NBP. Obie instytucje są zgodne co do konieczności wprowadzenia reform, które umożliwiłyby Polsce wstąpienie do Eurolandu.
— Nasze członkostwo przyczyni się do przyspieszenia wzrostu gospodarczego, który pozwoli niwelować różnice w poziomach rozwoju Polski i innych członków strefy euro — wynika z oficjalnego oświadczenia.
Rząd chce, byśmy zamienili złote na walutę europejską już w 2009 r. (dwa lata temu mówiono o 2007 r.). Według ekonomistów, jest to jednak mało prawdopodobne.
— Najbliższy termin to rok 2010. Wcześniej nie uda się przeprowadzić niezbędnych reform, które pozwoliłyby nam na spełnienie wymaganych kryteriów, szczególnie dotyczących długu publicznego i deficytu budżetowego. Ten rząd ma za mało czasu, zbyt małe poparcie polityczne i nie jest w stanie przybliżyć nas do strefy euro — uważa Marek Zuber, główny ekonomista Domu Maklerskiego TMS Brokers.
Jeśli wybory parlamentarne odbędą się jesienią, obecny rząd będzie musiał przygotować ustawę budżetową. Nie musi ona jednak być przyjęta przez ugrupowania, które przejmą władzę. Poza tym nowy gabinet nie zdąży w 2005 r. przygotować reform, które pozwoliłyby na zredukowanie długu i deficytu.