O reputację w sieci trzeba ciągle dbać

Monika Czaplicka założycielka agencji Wobuzz autorka „Zarządzanie kryzysem w social media”
opublikowano: 16-03-2017, 22:00

Dobrej opinii nie można kupić, trzeba na nią zapracować, ale też o nią dbać. Wiele firm i osób nie docenia jej znaczenia. Jednak to, co pisze się o nas w internecie, przekłada się na realne zyski — informacje przeglądają przecież nasi klienci, partnerzy czy inwestorzy.

Według London School of Economics, zmniejszenie liczby negatywnych wzmianek o 2 proc. oznacza wzrost sprzedaży o 1 proc. Dell przeliczył swoich fanów i przeciwników w sieci na konkretne kwoty zysków i strat, Ebay policzył natomiast, że spadek negatywnych ocen o 1 proc. to o 4 proc. niższe ceny w aukcjach.

Największą zaletą i jednocześnie wadą reputacji budowanej w sieci jest to, że może ją tworzyć każdy, publikując na twój temat opinię, post czy artykuł. Dlatego o reputację trzeba ciągle dbać, wykorzystując do tego trzy proste narzędzia. Po pierwsze — korzystaj z Google’a, aby sprawdzić, jakie informacje znajdują się w pierwszej dziesiątce stron. Jeśli znajdziesz coś nieodpowiedniego — zareaguj.

Po drugie — korzystaj z monitoringu sieci. Takie narzędzia, jak Brand24, Sentione czy Monitori, pozwolą za około 200 zł miesięcznie kontrolować wszystkie wzmianki o twojej marce. W ten sposób możesz w czasie rzeczywistym śledzić wszystkie publiczne wpisy o niej. Po trzecie — słuchaj swojej babci. Zanim opublikujesz cokolwiek w sieci, zastanów się, czy twoja babcia chciałaby mieć tego posta za oknem, na billboardzie, pod twoim nazwiskiem. Jeśli nie jest to odpowiedni post dla babci, to nie warto go publikować.

Treści publiczne są dostępne nie tylko dla osób, którzy nie mają konta na danym portalu, ale też dla monitoringu — nawet jeśli je skasujesz z profilu, zostają w bazach danych, a prywatne — mogą łatwo wypłynąć. Jak reagować na negatywny wpis? Nie ma prostej recepty. Wiele zależy od tego, kto, co i gdzie o nas napisał. Można prosić o skasowanie, ale grozi nam oskarżenie o cenzurowanie i zamiast usunięcia treści powstaną kolejne (słynny case dr. Oetkera i blogera Kominka).

Możemy poprosić o edycję, ale nie zawsze osiągniemy skutek. Możemy oczywiście wysłać wezwanie o zaprzestanie naruszania prawa (sami lub z pomocą prawnika), zakładając, że wpis narusza nasz wizerunek, dobra osobiste itd. Zgodnie z zasadą notice and takedown, po otrzymaniu wiarygodnej wiadomości administrator powinien treść usunąć. A jeśli treść nie narusza prawa, lecz nadal szkodzi naszej reputacji? Pozostaje zgłosić się do kogoś, kto pomoże zmniejszyć znaczenie takiego wpisu lub zaproponuje inne rozwiązanie. Niestety, gotowego rozwiązania nie ma.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Monika Czaplicka założycielka agencji Wobuzz autorka „Zarządzanie kryzysem w social media”

Polecane