Amerykańskie giełdy lodowato przyjęły zaprzysiężenie Baracka Obamy na 44 prezydenta USA. Inwestorzy zdają sobie skalę ze skali problemów, z jakimi musi zmierzyć się nowy szef waszyngtońskiej administracji (znaczące jest to, że w jego inauguracyjnym przemówieniu nie padły żadne konkrety). Poza tym dostali kolejną falę niepokojących doniesień z sektora finansowego.
Ten ostatni, mimo wpompowywanych miliardów dolarów, nie może wyjść z dołka. Kolejne kroplówki serwowane są bankom z Wielkiej Brytanii i Irlandii. A przecież amerykańscy konkurenci wcale nie są w lepszej kondycji, o ile nie w jeszcze gorszej. Na te obawy wskazywała silna przecena akcji takich tuzów jak BoA, Goldman Sachs czy JP Morgan. Atmosferę podgrzał dodatkowo znany profesor Noriel Roubini. Stwierdził, że banki z USA nie są wypłacalne, a ich straty finansowe sięgać mogą kwoty 3,6 bln USD. Dotychczas mówiło się o "zaledwie" 1 bln.
Powodów do zadowolenia nie mieli też akcjonariusze Alcoa. Po siódmym z rzędu spadku cen surowca kurs akcji producenta aluminium zniżkował momentami o ponad 7,5 proc. Po negatywnej rekomendacji od regulatora rynku odnośnie nowego leku, pod kreską znalazły się papiery koncernu farmaceutycznego Pfizer.