Obama wchodzi w buty Roosevelta

Włodzimierz Uniszewski
opublikowano: 2009-01-20 00:00

Zaprzysiężony dzisiaj Barack

Obama przypomina Franklina Roosevelta, który

76 lat temu wyprowadził Amerykę z wielkiego kryzysu, a inwestorom giełdowym dał zarobić 200 proc.

Dzisiejsze zaprzysiężenie Baracka Obamy jako 44. prezydenta USA Amerykanie powitają z ulgą, kończąc okres frustrującego międzykrólewia. Wyborcy dali prezydentowi elektowi klarowny mandat do podjęcia zdecydowanych działań i niecierpliwie czekają, aż przystąpi do realizacji przedwyborczych zapowiedzi. Sytuacja ta przypominała do złudzenia wydarzenia z apogeum wielkiego kryzysu, gdy wybrany w listopadzie 1932 r. Franklin Roosevelt musiał zgodnie z ówczesnym prawem czekać aż cztery miesiące na objęcie urzędu. W tym czasie gospodarcza depresja zbierała największe żniwo, a stan zawieszenia w Waszyngtonie potęgował pesymizm. Warto jednak zauważyć, że za pierwszej kadencji Roosevelta amerykańska giełda wzrosła aż 200 proc. Prawie połowa zysków przypadła już na pierwszy rok jego prezydentury.

Podobnie jak u progu prezydentury Roosevelta, dynamika trwającego właśnie kryzysu również nabrała w ostatnich dwóch miesiącach przyspieszenia. Po jesiennym załamaniu na giełdach amerykańskie wskaźniki makroekonomiczne osiągnęły stany alarmowe. Według wstępnych prognoz w ostatnim kwartale 2008 r. spadek PKB mógł sięgnąć nawet 6 proc. w skali roku, najwięcej od głębokiej recesji na początku lat 80. ub. wieku. Zwykłych Amerykanów najbardziej jednak zmroziły dane z rynku pracy, skąd w dwa miesiące ubyło ponad 1 mln stanowisk, a stopa bezrobocia wzrosła do 7,2 proc. Fala zwolnień pod koniec roku wywindowała liczbę utraconych w 2008 r. miejsc pracy do poziomu 2,6 mln, nominalnie największego od 1945 r. Wciąż spadały ceny domów, a liczba ich zajęć przez banki wzrosła w ub. roku aż o 81 proc.

Bezrobocie i załamanie na rynku nieruchomości to największe plagi, którym będzie musiał stawić czoło Barack Obama. Czekając na przejęcie obowiązków, pracował ze sztabem doradców nad przekuciem wyborczych obietnic w plan mający odwrócić te niebezpieczne trendy. W dwa miesiące wartość planu wzrosła czterokrotnie, sięgając 825 mld USD, czyli ponad 5 proc. PKB. Tak duży wydatek wywołał gorącą debatę w Kongresie, co spowolniło jego uchwalenie. Kością niezgody stała się proporcja pieniędzy przeznaczonych na wydatki inwestycyjne oraz ulgi podatkowe. Demokraci przeforsowali ostatecznie wariant zdominowany przez szacowane na 550 mld USD inwestycje i wsparcie budżetów stanowych, odrzucając postulaty większego fiskalnego odciążenia firm. Do uzgodnienia pozostały jeszcze nieliczne szczegóły, a uchwalenie ustawy ma nastąpić najpóźniej w połowie lutego.

Plan Obamy ma stanowić swoistą rekompensatę dla pracujących Amerykanów, poirytowanych gigantyczną skalą pomocy udzielonej firmom finansowym. Być może z tego względu postarano się, aby jego wartość przewyższyła kwotę przeznaczoną na wsparcie banków w planie TARP (polega na przejęciu od banków śmieciowych aktywów). Celem fiskalnej, wartej 275 mld USD części pakietu jest wsparcie przede wszystkim obywateli ulokowanych w dolnej połowie drabiny zarobków, poszkodowanych w podziale bogactwa — niemal cały przyrost dochodów od 2001 r. skonsumowała 10-procentowa grupa najlepiej zarabiających Amerykanów. Osoby o niskich i średnich dochodach zyskają teraz 500 USD rocznie dzięki redukcji podatku od płac. Wzrośnie odpis podatkowy na dzieci oraz dodatkowy odpis dla najniżej uposażonych. Prawie 100 mld USD zostanie wyasygnowane na różne formy wspomagania bezrobotnych.

Zatrzymanie spirali bezrobocia jest głównym celem inwestycyjnej części pakietu. Jak zwykle znaczna kwota — 90 mld USD — zostanie przeznaczona na prace infrastrukturalne. Wydatki te będą ściśle nadzorowane, aby uniknąć budowy sławetnych mostów donikąd. Istotnym novum w planie Obamy jest zaangażowanie znacznych pieniędzy nie tylko w wylewanie betonu i asfaltu, ale także we wspomaganie rozwoju nowoczesnych technologii związanych z wykorzystaniem energii odnawialnej. Kilkanaście miliardów dolarów pójdzie także na prace badawcze i polepszenie dostępu do szerokopasmowego internetu. Inną formą inwestycji w przyszłość będą wynoszące 60 mld USD dotacje dla szkolnictwa. W taki sposób Obama chce uniknąć pułapki wydawania publicznych pieniędzy na projekty nieprzynoszące po ich zakończeniu dodatkowej wartości.

Amerykanie pragną szybkiej poprawy, ale nawet jeśli pakiet da zamierzone skutki, ujawnią się one najprędzej pod koniec roku. Wcześniej bezrobocie wzrośnie zapewne do 9 proc. Strumień budżetowych pieniędzy popłynie dopiero za kilka miesięcy, gdyż tyle czasu zajmie zatwierdzenie projektów infrastrukturalnych, podobnie jak wybór inwestycji w ekotechnologie. Również wielkość pakietu nie gwarantuje założonego stworzenia bądź uratowania 3-4 mln miejsc pracy do końca 2010 r. Niemal 700 tys. etatów ma powstać w budownictwie, co bez mało prawdopodobnego w tym czasie ożywienia na rynku nieruchomości nie będzie możliwe. Niewiele mniej pracowników ma zatrudnić handel detaliczny, a 500 tys. posad mają dać hotelarstwo i turystyka. To sektory mocno dotknięte przez recesję i narażone na długotrwały spadek popytu z powodu rosnącej skłonności Amerykanów do oszczędzania.

W kalkulacjach tych na próżno szukać liczby nowych miejsc pracy stworzonych w szumnie reklamowanym sektorze ekoenergetycznym. Istnieje jaskrawy kontrast między znaczeniem nadanym ekoinwestycjom w założeniach planu a ich prawdopodobnym przełożeniem na wzrost zatrudnienia. Nic w tym jednak dziwnego, skoro prace badawcze z natury angażują niewielką liczbę pracowników, a już teraz większość komponentów wykorzystywanych w ekotechnologiach jest produkowana w Chinach. Istnieje jeszcze inny powód, dla którego ekoplany Obamy mogą okazać się pustosłowiem. W USA nie ma dość fiskalnych zachęt, by inwestować w technologie energooszczędne. Europejskie rządy dotują zakup ekoenergii, nakładając wysokie podatki na jej tradycyjne źródła. W Ameryce nie ma społecznego przyzwolenia na takie rozwiązania, a poza tym zwiększenie obciążeń fiskalnych podczas kryzysu byłoby absurdem. Ameryka nie jest gotowa pójść śladem krajów UE i dobić swoją gospodarkę odpowiednikiem europejskiego pakietu klimatycznego.

Bezrobocie i spadek koniunktury nie będą bynajmniej jedynymi zmartwieniami Obamy. Wydarzenia ostatnich dni, gdy rząd musiał wspomóc Bank of America zastrzykiem 20 mld dolarów, dowiodły, że kryzys w sektorze finansowym nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mimo wydania połowy pieniędzy przewidzianych w planie TARP, sytuacja daleka jest od normalności. Ben Bernanke wspomniał niedawno o konieczności nowej pomocy dla banków, a one same zaczęły lobbować za wykupieniem ich toksycznych aktywów za pieniądze z drugiej transzy planu. Dotychczasowe straty sektora finansowego wyniosły bilion dolarów, a kasandryczny prof. Roubini prognozuje podwojenie tej kwoty.

W tej sytuacji prezydent elekt poprosił Kongres o uwolnienie pozostałych 350 mld USD z programu TARP. Uzyskał zgodę, ale pod warunkiem że 100 mld zostanie przeznaczone na ochronę właścicieli domów przed ich utratą na rzecz banków. W takiej sytuacji pozostała kwota może okazać się zbyt mała, by rozwiązać problemy sektora finansowego. Całkiem możliwe, że przed nową administracją stanie wkrótce konieczność przeforsowania nowej wersji planu TARP, co wzbudzi wielki polityczny opór, a na dodatek może pogrążyć budżet, którego deficyt ma sięgnąć w tym roku 1,2 mld USD, czyli aż 8 proc. PKB. Coraz głośniej mówi się jednak o potrzebie stworzenia specjalnego "złego" banku gromadzącego toksyczne aktywa.

Próba dalszego powiększenia deficytu może spowodować kłopoty ze sprzedażą rządowych obligacji i wzrost ich rentowności. To z kolei uderzyłoby w wysiłki Rezerwy Federalnej, mające na celu utrzymanie długoterminowych stóp procentowych jak najniżej. Fed nie miałaby zapewne pieniędzy na kontynuację wykupu z rynku papierów dłużnych, gdyż już powiększyła swój bilans dwukrotnie, do ponad 2 bln dolarów. Polityka forsowana przez Bena Bernanke zaczęła budzić wątpliwości niektórych jego kolegów z Fed, np. Charlesa Plossera, który przestrzega przed jej konsekwencjami tak ze względu na przyszłą inflację, jak i wiarygodność banku centralnego.

Próba ożywienia gospodarki za pomocą pieniędzy federalnych może też spalić na panewce z powodu budżetowych kłopotów stanów. Do 2011 r. ich deficyty mają wynieść 350 mld USD. Nie mogąc drukować pieniędzy, stany tną wydatki i zatrudnienie. Kwota 80 mld USD przewidziana na ich wsparcie jest zbyt mała, skoro deficyt tylko Kalifornii ma w tym roku przekroczyć 40 mld USD. Dalsze cięcia wydatków na poziomie lokalnym mogą okazać się zabójcze dla gospodarki.

Prezydenta Obamę i jego ekipę czeka zatem bardzo trudny test. W wariancie optymistycznym recesja ustąpi pod koniec roku, a za dwa lata bezrobocie będzie na poziomie około 7 proc., czyli takie jak teraz. Dopiero druga połowa prezydentury Obamy pokaże, czy gospodarka odzyskała wigor na trwałe. Będzie to możliwe pod warunkiem że obecna recesja nie jest pochodną strukturalnego kryzysu kapitalizmu. W przeciwnym wypadku nawrót depresji przy gigantycznym deficycie budżetowym i poziomie zadłużenia w USA może sprowokować finansowy kataklizm, a Amerykanów dotknie wysoka inflacja, dewaluacja i wzrost podatków. Polityczna przyszłość Obamy jest zatem wciąż niepewna, a umieszczanie go w panteonie najwybitniejszych prezydentów USA zdecydowanie przedwczesne.

Włodzimierz Uniszewski