Optymistom dziękujemy

opublikowano: 30-12-2018, 22:00

Wiara w nieodwracalność postępu usypia czujność, bez której nasz świat może nie przetrwać

Gdy strzelą korki od szampanów, znów zaczniemy sobie życzyć wszystkiego, co najlepsze: podwyżek, wzrostów na giełdzie i miłości jak z filmu. Co dziwne, nawet największy malkontent będzie święcie wierzył w spełnienie tych pięknych życzeń, aż… wywietrzeją mu z głowy procenty. Jednak nie tylko alkohol odpowiada za niczym nieuzasadniony optymizm, który towarzyszy oczekiwaniu na nowy rok. Ludzkość niezmiennie przypisuje zbyt duże znaczenie wszelkim przełomom i początkom — uważa je za grubą krechę, która skutecznie oddzieli wczorajsze zło od jutrzejszego dobra, minione porażki od nadchodzących sukcesów, pełną rozczarowań przeszłość od świetlanej przyszłości.

Gorzej już było. Pewną część winy za nadmierny optymizm ponoszą intelektualiści. Jeszcze niedawno modne wśród nich było produkowanie ponurych diagnoz i prognoz. Nastroje się jednak zmieniły. Od pewnego czasu jajogłowi upierają się przy tym, że na świecie jeszcze nigdy nie było tak dostatnio, bezpiecznie i wygodnie jak dzisiaj. Zakładają ponadto, że jest to nieodwracalny trend, bo ludzie zmądrzeli, stali się milsi i wolą walczyć z ociepleniem klimatu niż ze sobą nawzajem. Co do pierwszego, zgoda — świat nie jest idealny, ale przestał być padołem łez, przeciwnie: oferuje nam tyle oszałamiających możliwości, że żyć nie umierać. Zdrowie, edukacja, dochody, a także tolerancja i równouprawnienie kobiet — większość wskaźników społecznego, gospodarczego i moralnego rozwoju poszybowało w górę. Korzystamy z produktów, usług i przyjemności, które jeszcze kilka dekad temu były poza zasięgiemarystokracji i królów — o czym pisze m.in. Mark Juddery w książce „Coraz lepiej. Dlaczego świat nie schodzi na psy”. Dzięki internetowi możemy bez wychodzenia z domu czerpać garściami ze światowych zasobów kultury, literatury i nauki. W parę godzin jumbo jety przeniosą nas na drugi koniec globu. Głód, ubóstwo i analfabetyzm nie zniknęły zupełnie, ale mają charakter marginalny. Podobnie wojny — zdarzają się rzadziej, obejmują stosunkowo niewielkie obszary i pochłaniają coraz mniej ofiar. Natomiast druga teza optymistów — o nieodwracalności pozytywnych zjawisk — jest równie mocna, jak domek z kart. To, że sprawy idą w dobrą stronę, wcale nie oznacza, że tak będzie zawsze. Nicholas Taleb, amerykański ekonomista, podaje przykład indyka, którego gospodarz karmi przez 1000 dni z rzędu, co każe ptakowi wierzyć, że to się już nigdy nie zmieni. Ale nastaje 1001 dzień i gospodarz, zamiast z posiłkiem, przychodzi do niego z toporkiem. Historia uczy, że fala postępu może nagle się odwrócić. Spotkało to Rzymian, którzy dali nam akwedukty, kanalizację, szkło i wiele innych cudów, gdy znienacka w V wieku. ich cywilizacja upadła. Na Wyspach Brytyjskich zanikła umiejętność czytania i pisania. Średnia życia zmniejszyła się do 32 lat. W miejscu pięknych willi stawiano nędzne chaty. Zapomniano nawet, jak działa hypocaustum — ogrzewanie podłogowe, znane już w IV wieku przed naszą erą.

Festiwal naiwności. Czy słyszeliście o dziejącej się na naszej oczach rewolucji serca, polegającej na przejściu od brutalności do empatii? Przybywa myślicieli głoszących, że wraz z „procesem cywilizacji” znikają wojny i tyranie. Przewodzi im Steven Pinker, psycholog z Uniwersytetu Harvarda, którego „Zmierzch przemocy” z 2015 r. stał się międzynarodowym bestsellerem. W listopadzie na polskim rynku pojawiła się jego kolejna książka — „Nowe Oświecenie: Argumenty za rozumem, nauką, humanizmem i postępem”. Prof. Pinker po raz kolejny próbuje wykazać, że brutalność jest objawem intelektualnego zacofania. Jego zdaniem, powrót do racjonalizmu, liberalizmu i innych mitycznych ideałów Oświecenia pozwoli ludzkości wejść w okres Długiego Pokoju. Szkopuł w tym, że takie przekonania usypiają czujność, rozleniwiają, skutkują zaniechaniem działań koniecznych do zachowania postępu, dobrobytu i przyjaźni między narodami. Oby racji nie mieli sceptycy pokroju Willy’ego Russella, dla którego cywilizacja jest jak cienka warstwa polaru. Angielski dramaturg odziera nas ze złudzeń: „Wystarczy byle okazja, a [ludzie] będą gotowi wieszać, chłostać i palić czarownice na parkingach Asdy, Tesco czy Sainsbury’s. Stawią się w komplecie — ubrani w garnitury od Armaniego, uczesani w salonach Head and Shoulders, ze swoimi roślinami doniczkowymi, z wodą Perrier i grillowanym, marynowanym tuńczykiem śródziemnomorskim, którego wystarczy polać sosem barbecue — i będą się dobrze bawić po egzekucji, w słoneczny sobotni poranek na parkingu KwikSave”. Nigdy dość powtarzania, że swoje skarby — altruizm, tolerancję, pokojowe nastawienie — nosimy w naczyniach glinianych. Ich trwałość to tyle kwestia naszych codziennych wysiłków, ile szczęścia. Oby nie zabrakło go ludzkości w nowym, 2019 roku. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Optymistom dziękujemy