Coraz dłuższe terminy oczekiwania na nowy samochód, puste place dilerskie, brak możliwości zamówienia niektórych modeli – tak obecnie wygląda sytuacja na rynku motoryzacyjnym. To oczywiście efekt pandemii, która z jednej strony spowodowała duże ograniczenia w produkcji, a z drugiej przyniosła wzrost popytu na auta.
Jak wynika z analizy Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego Samar w pierwszym półroczu 2021 r. zarejestrowano w Polsce ponad 243 tys. nowych samochodów osobowych, o 35 proc. więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. Ożywionemu popytowi towarzyszy jednak niska podaż, spowodowana przede wszystkim ograniczeniami w dostępie do podzespołów. W efekcie, jeśli chcemy nowym autem pojechać na święta Bożego Narodzenia, już teraz powinniśmy je zamówić. Czujnością powinni też wykazać się przedsiębiorcy, którzy zwyczajowo zamawiają najwięcej aut późną jesienią, aby skorzystać z odliczeń w danym roku podatkowym. Brak samochodu może spowodować, że firma leasingowa czy wynajmująca auto nie wystawi faktury w 2021 r., przez co odliczenie w tym roku nie będzie możliwe.
Wydłużenie terminu
Carsmile cyklicznie analizuje dostępność nowych samochodów na rynku. Z najnowszego zestawienia wynika, że średni czas oczekiwania na nowe auto „do produkcji” wynosi obecnie pięć miesięcy. Skrajne wartości, czyli najkrótszy i najdłuższy notowany w tej chwili na rynku czas oczekiwania, sięgają od dwóch do ośmiu miesięcy. Sytuacja pogorszyła się względem poprzedniego badania, które Carsmile przeprowadził w kwietniu. Jest też dużo gorsza niż rok temu, kiedy z jednej strony popyt na nowe auta był osłabiony przez pandemię, a z drugiej - dilerzy dysponowali dużymi zapasami tzw. modeli stockowych, których dziś już nie ma.
– Podawane przez producentów czasy oczekiwania wydłużyły się w stosunku do kwietnia średnio o jeden-dwa miesiące. Są jednak modele, dla których widzimy zmianę czasu oczekiwania z czterech na osiem miesięcy. Niestety powszechne jest też wydłużanie przewidywanych terminów na już zamówione pojazdy – mówi Sylwester Łagowski, koordynator ds. zamówień samochodów w Carsmile’u.
O ile w kwietniu problem ograniczonej dostępności samochodów dotyczył wybranych marek i części modeli, to obecnie dotyka już całego rynku. Według przedstawiciela Carsmile’a, niektóre modele są praktycznie niedostępne. Przykładowo, forda mondeo można zamówić tylko w wersji hybrydowej. Rynek czeka na nową fabię, której jeszcze nie da się zamówić, pomimo faktu, że Skoda opublikowała już cennik tego auta. Niedostępne są też m.in. hyundai ioniq czy kia sorento. Osiem miesięcy poczekamy na audi A1 (inne modele tej marki mają średnio o połowę krótszy czas oczekiwania) , każdy model Jaguara czy Land Rovera. Dopiero po około pół roku od zamówienia odbierzemy Volvo czy Mercedesa. W przypadku tej ostatniej marki dużo krótsze terminy są jednak w przypadku aut dostawczych. Na tym tle dość dobrze prezentują się średnio trzy-czteromiesięczne terminy oczekiwania na większość modeli Renault czy Volkswagena, jak również dwu-trzymiesięczny czas oczekiwania na większość modeli Dacii.

Pandemiczne wyposażenie
O mniejszej dostępności samochodu często decyduje konkretny element wyposażenia. Obecnie najbardziej problematyczne zespoły to: automatyczne skrzynie biegów, systemy multimedialne, światła LED i wyświetlacze LCD. Niektóre marki notują też problemy z produkcją np. dachów panoramicznych, haków holowniczych czy indukcyjnych ładowarek do telefonów. Są sygnały, że brakuje też stali do produkcji nadwozia, co jest pewną nowością na liście „braków”.
– Jeśli zależy nam na możliwie krótkim terminie dostawy auta, bądźmy możliwie elastyczni, jeśli chodzi o wyposażenie czy wybór modelu samochodu – podkreśla Sylwester Łagowski.
Obecna sytuacja na rynku motoryzacyjnym sprawia trudności nie tylko producentom i klientom, ale również analitykom. Bardzo trudno jest oszacować poziom popytu.
– Druga połowa tego roku będzie trudna do oceny. Zamówione auta zapewne zostaną dostarczone i co za tym idzie zarejestrowane w przyszłym roku. W związku z tym liczba rejestracji aut w ostatnich miesiącach tego roku nie do końca odzwierciedli wielkość popytu - mówi Wojciech Drzewiecki, prezes Samaru.
Dodaje, że nic nie wskazuje na to, żeby sytuacja miała się szybko zmienić.
- Rynek wróci do normy dopiero, gdy pandemia przejdzie do historii - uważa Wojciech Drzewiecki.