Ostatnia łódzka szczotkarka

aktualizacja: 18-05-2018, 17:22

Oprawa szczotki do zamiatania ma 250 otworów, przez które rzemieślnik przewleka pęczki włosia i łączy je mosiężnym drutem. Doświadczony szczotkarz potrafi, jak się mówi w zawodowym języku, „zrobić” przez osiem godzin dwa tysiące otworów. Taka szczotka będzie służyła nawet przez ćwierć wieku — zapewnia Zofia Filipowicz, właścicielka jedynego już w Łodzi zakładu szczotkarskiego.

Za niedużym sklepikiem z niewielką witryną przy ul. Więckowskiego 1 w Łodzi jest sporo większe zaplecze. Kiedyś tętniło życiem. W złotych dla rzemiosła czasach szczotki robiono tu ręcznie i za pomocą żeliwnych maszyn z przełomu XVIII i XIX w. — dwie nadal tu stoją. Ten zakład szczotkarski, założony w latach 50. XX w. przez Pawła Wojnarowskiego, prowadzi od 2004 r. Zofia Filipowicz. Wtedy go odziedziczyła. Był to dla niej niejako powrót do korzeni — w tym miejscu zdawała egzamin czeladniczy i mistrzowski, a później przez 20 lat prowadziła swój zakład kilka ulic dalej.

— To były takie czasy, że najpierw należało być przez dwa lata uczniem, zdać egzamin czeladniczy, potem odbyć dwuletni staż i jeszcze trzy lata pracować, żeby móc podejść do egzaminu mistrzowskiego. Takie były warunki, jeżeli zamierzało się prowadzić działalność gospodarczą. Niezbędny był też dokument o niekaralności. W zakładzie przechodziło się przez praktyczną naukę zawodu, ale jeżeli uczeń nie był pełnoletni, to miał obowiązek dokształcania się np. w szkole zawodowej — wspomina Zofia Filipowicz.

Egzamin obejmował również język polski, matematykę, wiedzę o Polsce, towaroznawstwo. Dyplom mistrzowski dawał uprawnienia do przyjęcia uczniów, ale żeby ich uczyć, trzeba było skończyć kurs pedagogiczny, zdać państwowy egzamin, no i zostać instruktorem BHP. Dobre czasy dla rzemieślników trwały do końca lat 80. Zakłady dawały utrzymanie całym rodzinom. Tylko w Łodzi było zarejestrowanych 16 zakładów szczotkarskich. Teraz został jeden, a w całej Polsce zaledwie kilka.

Milion obrotu

— Zaczynałam pracę w bardzo dobrych czasach, produkcja szła pełną parą, choć prawo ograniczało możliwość zatrudnienia — można było mieć najwyżej dwóch pracowników, dwóch stażystów i czterech uczniów. Zatrudnienie powyżej tych liczb wiązało się ze skomplikowanym opodatkowaniem, dlatego mało kto się na to decydował. Ale zakład wypracowywał rocznie milion ówczesnych złotych obrotu — opowiada Zofia Filipowicz.

Rzemieślnicy łączyli się w spółdzielnię, na której działalność przeznaczali 4 proc. obrotu. Ta składka szła na zatrudnienie księgowej i zaopatrzeniowca i spółdzielnia sprowadzała surowiec, którego szukała w magazynach, na targach, w przetwórniach włosia, i drewniane oprawy szczotek. Rzemieślnicy tylko wypisywali zlecenia. Ich zadaniem było produkowanie zgodnie z polskimi normami.

— Po transformacji w 1989 każdy starał się utrzymać na rynku, nawet handlować dodatkowo np. proszkami do prania, żeby nie utonąć, ale gdy pojawiły się supermarkety i produkty z Chin, prawie wszyscy polegli. Teraz zamówienia realizuje się samemu, nie ma już spółdzielni — wzdycha szczotkarka.

Od wiewiórki do dzika

Surowce na szczotki to twarda świńska szczecina, delikatne włosie wiewiórki, miękka sierść borsuka.

— Zależnie od przeznaczenia szczotkę można zrobić za pomocą maszyny albo ręcznie. Ręczna praca przypomina podszywanie listwy w spódnicy, tylko że do szczotki potrzebny jest drut, oprawka i odpowiednie włosie. Każdy pęczek jest pojedynczo wiązany i wklejany w oprawę, potem dziurka po dziurce, dziurka po dziurce, używając drutu zamiast nici, robi się szczotkę — wyjaśnia Zofia Filipowicz.

Jej zdaniem, dla wprawnych rąk to bardzo proste. Ale to dopiero jeden etap pracy. Trzeba jeszcze skleić, wyszlifować i polakierować oprawkę. Drewno na nią musi być liściaste, żeby nie pękało, i sezonowane, najlepiej około dwóch lat. Dobór włosia zależy od przeznaczenia szczotki. Do szczotek do włosów nadaje się tylko szczecina z dzika. W pędzlach do golenia stosuje się świńską szczecinę i sierść borsuka — dzięki nim mydło do golenia dobrze się pieni. Taki pędzel po sklejeniu i złożeniu czyści się na czyszczarce, która usuwa z niego krótsze włosy. Z dobrze zrobionego pędzla włosy nie wychodzą.

Zamiatacze, czyli szczotki do podłóg, robi się z końskiego ogona, szczotki sanitarne z włókna roślinnego, które dobrze trzyma wodę i jest odporne na temperaturę, sprawdza się nawet przy czyszczeniu kominków i pieców. Szczotki ze sztucznych tworzyw są przy nich bez szans. Zastosowanie ma też włosie szlachetne, sprowadzane z Chin, a kiedyś z ZSRR: kałanki, tchórze, wiewiórki. Te szlachetne włosy mają kształt stożka, dlatego nadają się do precyzyjnych narzędzi, np. pędzli. Zwilżony wodą pędzel również układa się w stożek, którym można namalować cieniutkie linie.

— W dobrych czasach mieliśmy bardzo dużo zamówień na pędzle artystyczne. Robiliśmy je z włosia z ucha bydlęcego do farb wodnych, z kałanki, szczeciny świńskiej do temper, farb olejnych. Produkowaliśmy dziesiątki tysięcy pędzli dla sklepów zaopatrzenia plastycznego w całej Polsce — opowiada szczotkarka.

Z włosia z ucha bydlęcego lub z koziej brody robi się też najdelikatniejsze szczotki dla niemowląt. Takie wyroby kupują też fotografowie do czyszczenia obiektywów i kolekcjonerzy płyt analogowych, by nie porysować cennych krążków.

— Dzisiaj w zakładzie jestem sama, nie ma już uczniów i stażystów, więc robię tylko to, czego nie ma na rynku — to produkty ekskluzywne. Podjęłam taką decyzję, bo szczotki w supermarketach są tańsze nawet niż moje materiały, nie mówiąc o robociźnie. Na szczotkę do zamiatania zużywa się około 20 dkg końskiego włosia — to koszt 18 zł, oprawa kosztuje 15-20 zł, do tego klej, lakier, kij. Sierść borsuka kosztuje około 3 tys. zł za kilogram, a na jeden pędzel do golenia zużywa się 12-15 g — wylicza Zofia Filipowicz.

Klient dziedziczny

— Moje szczotki to produkty naturalne — z włosia, drewna, drutu, zabezpieczane lakierem wodnym. Ich żywotność jest bardzo długa. Szczotka do zamiatania przetrwa 20- -25 lat. Pędzel do golenia — 30 lat. Wiem o tym, bo zdarza się, że przychodzą klienci z wyłysiałym pędzlem, po kilkudziesięciu latach używania, prosząc o renowację. Przychodzą wnuki pań, które kupiły szczotkę do zamiatania przed ich urodzeniem. Jak tu zarabiać, jeśli sprzedaje się jeden produkt rodzinie na kilkadziesiąt lat? — śmieje się szczotkarka.

Naprawia też stare szczotki, cenne ze względu na rączkę, uchwyt. Odnawiała również szczotki do drogich maszyn, używanych kiedyś w przemyśle bawełnianym. Na półkach w zakładzie leżą szczotki i pędzle rzadko już stosowane, np. chlapaki murarskie — kiedyś moczono nimi mur przed położeniem tynku. Rzadko też już ktoś pyta o szczoteczki do zębów z naturalnym włosiem. Szczotki i pędzle kupują dziś głównie emeryci, którzy znają wyroby zakładu, a także dzieci i wnuki dawnych klientów. Przychodzą też ci, którzy lubią naturalne produkty. Pytają o szczotki do masażu ciała i pomocne przy wypadaniu włosów, a także do brody, wąsów i do golenia. Czasem kupują również wygięte szczotki do zmiatania okruszków ze stołu. Fryzjerzy przychodzą po omiatacze do usuwania włosów po strzyżeniu.

Szczotkowanie

Szczotka ze szczeciny z grzbietu dzika nie elektryzuje włosów, nie szarpie ich i nie plącze. Zawarta w niej keratyna dobrze rozprowadza sebum na powierzchni włosów, masuje skórę głowy, poprawia ukrwienie i pobudza cebulki. Zofia Filipowicz, używając delikatniejszego włosia, przygotowuje też szczotki dla osób z wrażliwą skórą lub po chemioterapii.

— Nie szczotkujmy mokrych włosów, bo są bardziej podatne na uszkodzenia. Żeby zabieg był skuteczny, szczotkę trzeba przykładać do głowy pod kątem 30 stopni i szczotkować każde pasmo od nasady aż do końca — instruuje szczotkarka.

Żeby szczotka długo służyła, trzeba o nią dbać. Pamiętać, że oprawka jest z drewna i jej długie moczenie spowoduje zniszczenie. Szczotkę do włosów należy regularnie myć wodą z mydłem i osuszać ręcznikiem.

— Słyszałam gdzieś o czyszczeniu spirytusem — zdecydowanie odradzam, przecież swoich włosów też nie traktujemy tak silnym środkiem. Klienci miewają czasem dziwne pomysły. Ktoś uprał szczotkę w pralce, ktoś inny wygotował pędzel do golenia we wrzątku. Tego moje wyroby nie przetrwają — ostrzega Zofia Filipowicz.

Szczotka do zamiatania powinna albo wisieć albo stać włosiem do góry. Od czasu do czasu też trzeba ją czyścić wodą z mydłem i wyczesać.

— Odkurzacze eliminują z rynku szczotki, a pianki do golenia czy żele nie wymagają pędzla, ale widzę powolny powrót do produktów rzemieślniczych. Przyroda wymyśliła takie materiały, że po prostu trudno je podrobić — konkluduje filozoficznie Zofia Filipowicz. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Ewa Tyszko

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Ostatnia łódzka szczotkarka