Ostra rozgrywka o akcje

Wiktor Szczepaniak
opublikowano: 06-01-2009, 00:00

Tomasz Morawski ujawnia kulisy przejęcia jego spółki przez AmRest. I szykuje kontratak.

Założyciel sieci restauracji twierdzi, że AmRest go oszukał

Tomasz Morawski ujawnia kulisy przejęcia jego spółki przez AmRest. I szykuje kontratak.

Zaskakujące zwroty akcji, dziwne zbiegi okoliczności, sensacyjne raporty, a w tle wielkie pieniądze. Tak mógłby wyglądać scenariusz filmu sensacyjnego. Tymczasem taki właśnie sensacyjny obraz polskiego rynku kapitałowego, a dokładnie — rozgrywki o przejęcie giełdowego Sfinksa, wyłania się z wywiadu, jakiego udzielił "PB" Tomasz Morawski, założyciel i współwłaściciel spółki.

Pierwsze podchody

— W styczniu 2008 r. zgłosił się do mnie Henry McGovern, ówczesny prezes AmRestu (operatora sieci Pizza Hut i KFC w Polsce), z propozycją sprzedania jego firmie moich akcji Sfinksa. Odmówiłem. Powołaliśmy nowy zarząd firmy i próbowaliśmy wyprowadzić ją na prostą. Po kilku miesiącach znów dostałem propozycję od McGoverna. Proponował fuzję przez wymianę akcji. Niestety, trudno było rozmawiać o fuzji i parytecie wymiany akcji, bo kurs giełdowy Sfinksa od września 2007 r. dziwnie się kształtował. Spadał szybciej niż rynek i do tego najczęściej po ostatnim fixingu. Wyglądało na to, że ktoś manipuluje kursem. Złożyłem zawiadomienie do Komisji Nadzoru Finansowego, z którego niewiele wynikło. Gdy odmówiłem sprzedaży swojego pakietu McGovern powiedział mi, że i tak przejmie Sfinksa — mówi Tomasz Morawski, założyciel i akcjonariusz Sfinks Polska, operatora sieci restauracji Sphinx.

Niedługo potem AmRest poinformował o zakupie pakietu ponad 5 proc. akcji Sfinksa. W prasie zapowiadał chęć przejęcia kontroli nad spółką.

— To podkopało morale pracowników i partnerów. Rozgorzały spekulacje dotyczące rzekomych planów sprzedaży mojego pakietu akcji. To był początek ostrej rozgrywki o Sfinksa. McGovern dzwonił do prezesa Rodaka i do mnie, aby ostrzec, że jeśli nie zgodzę się sprzedać swoich akcji, to on "wysypie" swoje na rynek, co jeszcze bardziej obniży kurs Sfinksa — mówi Tomasz Morawski.

Wrogie przejęcie

W końcu zdecydował się sprzedać 5 z 46 proc. akcji Sfinksa, bo potrzebował gotówki.

— McGovern o tym się dowiedział i zaprosił mnie na kolację do swojego domu we Wrocławiu. Powiedział, że kupi ode mnie akcje, ale minimum 10 proc. Po cenie 19,40 za sztukę, a w przypadku całego pakietu moich akcji — po cenie wyższej. Podtrzymał też propozycję fuzji. Ja nie powiedziałem nie, ale chciałem się nad tym jeszcze zastanowić. Wyjechałem na wakacje. W końcu zdecydowałem się sprzedać cały pakiet akcji, a Henry McGovern obiecał, że AmRest go kupi jeszcze w 2008 r. Niestety, nie podpisaliśmy w tej sprawie umowy na piśmie, ale McGovern zapewnił mnie, że jest człowiekiem honoru i umowa ustna w zupełności wystarczy. Jest tak samo ważna jak pisemna. Przedstawiciele AmRestu zapewniali mnie, że kupią ode mnie akcje w dwóch etapach: najpierw do poziomu 33 proc. (co rzeczywiście zrobili), a potem ogłoszą wezwanie na resztę. W grudniu zostałem jednak poinformowany przez McGoverna, że AmRest nie kupi reszty akcji. Jako powód podał m.in. zły stan Sfinksa. Henry McGovern oszukał więc mnie, podstępnie przejmując kontrolę nad Sfinksem — twierdzi Tomasz Morawski.

Spodziewając się domknięcia transakcji, oddał inicjatywę w spółce ludziom AmRestu, co wykorzystali do wymiany zarządu. AmRest nie ma sobie jednak nic do zarzucenia.

— Reakcja pana Morawskiego jest w pewnym sensie naturalną formą obrony w stosunku do ogłoszonych przez nowy zarząd Sfinksa faktów [problemy spółki ze spłatą długów — przyp. red]. AmRest nadal traktuje integrację działalności własnej z działalnością Sfinksa jako działanie strategiczne. Czekamy na oficjalne wyniki audytu, który w sposób bezstronny potwierdzi kondycję spółki Sfinks — odpowiada Wojciech Mroczyński, członek zarządu AmRestu, na pytanie o kulisy transakcji z Tomaszem Morawskim.

Obrona przez atak

— 24 grudnia złożyłem w sekretariacie spółki wniosek o zwołanie NWZA w celu omówienia jej sytuacji finansowej, a także dokonania zmian w radzie nadzorczej i zarządzie. Uważam, że NWZA powinno odbyć się jak najszybciej, bo podejrzewam nowy zarząd spółki o działanie na jej szkodę — mówi Tomasz Morawski.

Twierdzi, że sytuacja firmy choć trudna, nie jest tak dramatyczna, jak wynika z komunikatu nowego zarządu. Deklaruje, że jest gotów zostać jej prezesem i wyprowadzić na prostą.

— Sfinks Polska przynosi wystarczająco dużo gotówki, by spłacić zobowiązania w 2-3 lata. Banki też nie widzą problemu z przedłużeniem terminu płatności. Zarząd spółki kreuje złą atmosferę, co moim zdaniem jest dowodem na to, że padła ona ofiarą wrogiego przejęcia. Celem takiego działania jest obniżenie wartości akcji spółki i przejęcie jej za bezcen — twierdziTomasz Morawski i zapowiada, że nie sprzeda już więcej swoich akcji.

— Nie mam innego wyjścia. Muszę walczyć o jak największą wartość akcji i dla dobra spółki chciałbym, aby na NWZA doszło do zmian w radzie nadzorczej, a następnie do zmiany zarządu na ludzi, którzy nie będą działać na szkodę spółki. Jeżeli nowa rada zaakceptowałaby moją kandydaturę na prezes, to chętnie się tego podejmę. Co do sprzedaży akcji, to sprawa jest w tej sytuacji nieaktualna. Będę próbował zwiększyć swój pakiet — mówi Tomasz Morawski.

— Informacje podane w raporcie bieżącym 31 grudnia 2008 r. to fakty, których opublikowanie było konieczne ze względu na ich istotność (ponad 10 proc. wartości kapitałów własnych spółki) — przekonuje Wojciech Mroczyński.

Po publikacji raportu o problemach Sfinksa kurs akcji spadł wczoraj o blisko 30 proc., pociągając w dół także kurs AmRestu (-6 proc.).

Sfinks to całkiem dochodowy biznes

Marcin Sójka

analityk DM PKO BP

Problemy Sfinksa nie są dla analityków wielkim zaskoczeniem. Wszyscy zdawali sobie sprawę z rosnącego zadłużenia spółki, wynikającego z bardzo szybkiego tempa ekspansji, przy kosztownym modelu działania firmy (Sfinks ponosi koszty inwestycji w lokale, które potem oddaje w zarządzanie franczyzobiorcom). Zaskoczeniem dla mnie są tylko inwestycje Sfinksa w opcje walutowe. Sądzę jednak, że spółce uda się wynegocjować korzystne warunki spłaty zobowiązań. Biznes gastronomiczny Sfinksa przynosi bowiem zyski (biorąc pod uwagę wyniki akcjonariuszy mniejszościowych, czyli franczyzobiorców).

Korzystne dla spółki powinno być też przejęcie jej zarządu przez AmRest, który ma duże doświadczenie i uporządkowany własny biznes gastronomiczny. Kołem ratunkowym dla Sfinksa może być też sprzedaż Chłopskiego Jadła.

Enterprise Investors na cenzurowanym

Tomasz Morawski uważa, że do problemów Sfinksa przyczynił się w przeszłości Enterprise Investors. Fundusz zaprzecza.

Konflikt z AmRestem to niejedyna bolączka Tomasza Morawskiego, założyciela i wciąż znaczącego akcjonariusza Sfinksa. Ma on też duży żal do Enterprise Investors.

— W 2002 r. zdecydowałem się na współpracę z Enterprise Investors (EI), który przez podniesienie kapitału w spółce stał się właścicielem 28 proc. akcji Sfinksa. Ostatecznie fundusz wyszedł z akcjonariatu spółki po wprowadzeniu jej na giełdę. Współpracy z EI nie wspominam jednak dobrze. Będąc mniejszościowym akcjonariuszem, ludzie z EI zdołali podporządkować sobie członków zarządu Sfinksa i forsowali ich rękami działania, których skutki do dziś ciążą na wynikach firmy. Koronnym tego przykładem jest zakup Chłopskiego Jadła wbrew mojej rekomendacji. Ta zupełnie nieopłacalna i chybiona transakcja do dziś odbija się czkawką Sfinksowi. Funduszowi EI z pewnych powodów zależało jednak na niej i do niej doprowadził — mówi Tomasz Morawski.

Zupełnie inny pogląd na sprawę mają przedstawiciele znanego funduszu.

— To nieprawda, że zmusiliśmy zarząd Sfinksa do zakupu Chłopskiego Jadła. Była to inicjatywa zarządu spółki, którą my poparliśmy, uznając ją za bardzo korzystną. Sfinks zyskał dzięki temu możliwość wejścia w nowy segment rynku gastronomicznego — droższych restauracji. Chłopskie Jadło miało dobry model działania, dobre wyniki finansowe i zostało kupione za atrakcyjną cenę: ośmiokrotność rocznego zysku tej sieci — przekonuje Jacek Woźniak, partner w Enterprise Investors.

Podkreśla, że jego fundusz był inwestorem Sfinksa przez cztery lata. W tym czasie sieć jego restauracji rozrosła się z 20 aż do 90 i zwiększyła swój roczny zysk ponad 8 razy — z nieco ponad 1 mln zł do 12 mln zł.

— Zainwestowaliśmy w tę firmę 4,5 mln USD, dobrze jednak na tej inwestycji zarobiliśmy. Za każdego zainwestowanego dolara, wychodząc ze spółki w 2006 r., uzyskaliśmy 7 dolarów — informuje Jacek Woźniak.

Wiktor

Szczepaniak

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Wiktor Szczepaniak

Polecane