Paczka przetrwania

MARCIN FABIAŃSKI
27-01-2012, 00:00

Produkcja na potrzeby pomocy humanitarnej to też biznes — przekonuje Wojciech Jóźwiak, szef firmy Javel Polska. Robi minikuchenki dla afrykańskich uchodźców.

Dla Wojciecha Jóźwiaka i jego ludzi wejście na rynek pomocy humanitarnej jest jak robienie czegoś dla ludzkości. Ale też wizja dużych pieniędzy. — To też biznes — mówi z przekonaniem Wojciech Jóźwiak, szef firmy Javel Polska.

W wielu krajach na świecie od lat istnieją firmy, które zajmują się wyłącznie taką działalnością. W Polsce tylko Javel tak myśli. Profesjonalnym pomaganiem zajmują się fundacje, nie firmy. Objawienie przyszło w podczas biurowej pogawędki z najbliższą współpracownicą Aliną Pelką. Dopinali kontrakt z polskim wojskiem na dostarczenie miniaturowych kuchenek i tabletek do odkażania wody.

Któreś z nich (zaklinają się, że nie pamiętają, które) rzuciło: Dlaczego ograniczać się do wojska? Kilka miesięcy później powstała pierwsza paczka Aidpol (Polish Aid Food Pack) — zestaw do gotowania i podgrzewania posiłków (oprócz kuchenki — kubki, sztućce, jedzenie i picie oraz tabletki do dezynfekcji wody). Idealna w obozach dla uchodźców. Potem przygotowali kolejne produkty: filtry do wody, batony energetyczne, liofilizowaną (mrożoną i suszoną) żywność, którą można ożywić odrobiną wody.

Kuchnia uchodźcy

— W obozach dla uchodźców nie można zrobić garkuchni dla 20 tys. osób, bo sposób, w jaki ludzie jedzą, zależy od ich obyczajów. Nie wszyscy chcą jeść z jednego gara. Trzeba uwzględnić kwestie religijne, kastowe, plemienne. A przede wszystkim kwestie higieny i zapobiegania chorobom. Możliwość indywidualnego przygotowania posiłku, którą daje nasz zestaw, rozwiązuje wiele takich problemów — mówi Alina Pelka, dyrektor ds. pomocy humanitarnej Javel Polska, szefowa projektu Aidpol.

Kuchenkę, którą wyprodukował Javel, można zmontować kilkoma ruchami — zginając blachę i tworząc miniaturowy ruszt. Na wierzch kładzie się konserwę. Podgrzewa ją paliwo, które wygląda jak wielkie białe tabletki. Wystarczy je podpalić, np. dołączonymi do paczki zapałkami sztormowymi. Produkcja jednej paczki Aidpol (kuchenka i jedzenie) kosztuje od kilku do kilkunastu złotych. O zawartość zadbała firma Rolnik, specjalizująca się w produkcji przetworów. Receptury dla ludzi różnych kultur przygotowali wynajęci przez Javel kucharze. Yaser, arabski kucharz z warszawskiej restauracji zrobił biryani i tepsi (odmiany ryżu z kurczakiem).

Zgodnie z tradycją i Koranem (kurczaki ubito rytualnie). — Telewizyjne obrazy z obozów, na których widzimy wychudłych ludzi patrzących pustymi oczami w przestrzeń, to fikcja. W takich obozach ludzie nie tylko umierają z głodu. Także dbają o siebie, kochają się, zmagają z codziennymi przyziemnymi troskami — twierdzi Urszula Świerczyńska, która jako freelancer współpracuje z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Trzy lata spędziła w obozach w Sudanie, gdzie chronili się uciekinierzy przed partyzantami z Ugandy. Pracując dla ONZ, koordynowała pomoc żywnościową dla uchodźców. Gdy 12 lat temu zaczynała działać w organizacjach humanitarnych, znajomi nie mogli zrozumieć, czym się zajmuje.

— Worek pokutny na karku i sandałki rzemykowe. Oto obraz pracownika organizacji humanitarnej. A realia są takie, że aby pomagać, trzeba być zawodowcem. Wykształconym, doświadczonym. Kimś, kto jest na bieżąco z tym, co się dzieje na świecie oraz jak można temu światu pomóc — przekonuje Urszula Świerczyńska.

Jak Jóźwiak trafił do Kenii

Amatorzy w pomocy humanitarnej to często strata pieniędzy. Wysyłają puszki z wieprzowiną do krajów muzułmańskich. Albo zarzucają Afrykę mlekiem w proszku.

Efekt: większa śmiertelność niemowląt pozbawionych naturalnego pokarmu z piersi matek. Mleko rozpuszczane w skażonej wodzie jest źródłem chorób. Dlatego Urszula Świerczyńska popiera obecność biznesu w pomocy humanitarnej. Mówi, że firmy prywatne mogą więcej, zaś partnerstwo między sektorem publicznym i prywatnym jest koniecznością.

— Aidpol jest jak objawienie na polskim rynku. Zadzwonili do mnie pewnego dnia. Akurat przejeżdżałam przez Warszawę, spotkałam się na kawie z Wojciechem Jóźwiakiem — wspomina Urszula Świerczyńska. To było w czerwcu 2011 r. A efekty już są. W listopadzie zestawy Aidpol trafiły do obozu w Dadaab w Kenii, gdzie przebywają somalijscy uchodźcy. Dzięki temu, że zapalił się do tego pomysłu ONZ-owski Urząd Wysokiego Komisarza ds. Uchodźców. A dokładnie koordynatorzy w Nairobi: Lejla Hrasnica, odpowiedzialna za współpracę pomocową, a także Venanzio Njuki, odpowiedzialny za środowiskowe aspekty pomocy w Dadaab.

Paczki Aidpol spodobały się także organizacjom charytatywnym działającym w obozie. Gdy uchodźca trafia do Dadaab (przybywa tam nawet 1500 ludzi dziennie), mijają dni, zanim się zorientuje, gdzie co może dostać czy kupić. Zwykle zaczyna od tego, że wycina okoliczny busz, by mieć na czym ugotować jedzenie dla siebie i rodziny.

Dlatego walka z katastrofą humanitarną prokuruje nową katastrofę — ekologiczną. Być może za parę miesięcy Dadaab byłby suchą pustynią, gdyby nie zestawy Aidpol dystrybuowane przez Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej. O ich sfinansowaniu zadecydowało MSZ. W listopadzie 2011 r. mieszkańcy obozu otrzymali kuchenki Aidpol i zapas paliwa w tabletkach. Busz wokół Dadaab odetchnie. A uchodźcy zjedzą przepisowych 2100 kalorii dziennie na ciepło.

Człowiek, który zastąpił Lizol

Wojciech Jóźwiak wyjechał w 1984 r. jako student na winobranie do Francji. Został tam, założył rodzinę. Do wolnej Polski wrócił na początku lat 90., aby zająć się biznesem. W tamtych czasach w szpitalach od Bałtyku po Tatry śmierdziało środkiem do dezynfekcji o nazwie Lizol. Jóźwiak zaproponował im nowoczesne francuskie środki (m.in. Eau De Javel). Były tańsze i nie śmierdziały.

Nie było łatwo, ale stopniowo przekonał do nich dyrektorów szpitali. Pod koniec lat 90. sprzedawał ponad pół miliona opakowań miesięcznie. W ten sposób powstała firma Javel. Zatrudnia kilka osób, ale w roli podwykonawców pracuje dla niej kilkadziesiąt — to producenci, przedstawiciele handlowi, pracownicy hurtowni.

— Musimy jeszcze wiele zrobić, żeby dogonić świat pod względem higieny. U nas wciąż zaleca się dezynfekcję wody pitnej wapnem chlorowanym. Jakbyśmy się zatrzymali w czasach, gdy na polskiej wsi malowano nim ściany w oborze, a wodę ciągnięto wiadrami ze studni. Po kuracji wapnem nowoczesne pompy w studniach i zmywarki do naczyń są do wymiany. Nawet w Afryce nie dezynfekują nim wody — twierdzi Wojciech Jóźwiak.

Kuchenka zdobyła armię

Potem pojawiła się kuchenka. I pobudziła wyobraźnię. Javel odkupił prawa do jej produkcji od francuskiej firmy kooperującej z armią. Dotąd była to technologia wojskowa. Na podobnych kuchenkach podgrzewali konserwy żołnierze Wermachtu, gdy w 1942 r. próbowali zdobyć Stalingrad. Dzisiaj stosuje je kilka armii, w tym francuska, włoska i kanadyjska.

Amerykanie mają foliowe opakowania, do których wlewa się wodę, by przygotować jedzenie. Ale takie racje są najwyżej letnie. Smakują podle. Dlatego żołnierze zza oceanu lubią szkolić się lub walczyć blisko Kanadyjczyków albo Francuzów. Tak było na pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej. Polska armia ma zestaw Aidpol w racjach żywnościowych od grudnia 2010 r. Wcześniej za oddziałami jeździły garkuchnie. Indywidualne racje jedli na sucho.

To wbrew przepisom, bo żołnierz powinien jeść co najmniej jeden ciepły posiłek latem i dwa zimą. Przekonanie wojska, żeby kupiło zestaw, nie było łatwe. Poprzedzone trzema latami skomplikowanych i kosztownych (płacił Javel) ekspertyz na Politechnice Warszawskiej, Politechnice w Radomiu. Naukowcy potwierdzili, że kuchenka działa w temperaturze od -30 do +50 stopni Celsjusza. Przy wilgotności powietrza nawet 100 proc. Nie psuje się przez 10 lat nawet w ekstremalnych warunkach. Tyle o kuchence.

Jakością odgrzewanego jedzenia zajął się w styczniu 2010 r. Wojskowy Ośrodek Badawczo-Wdrożeniowy Służby Żywnościowej w Warszawie. Naukowcy wkładali termometry w żywność, badali, jak działa zestaw w różnych warunkach, sprawdzali niemal do atomów blachę kuchenki. Ocenili, że się nadaje. Ale równie ważna dla Wojciecha Jóźwiaka jest opinia przpadkowo spotkanego na Mazurach żołnierza. Szczególniechwalił wolno nagrzewający się chwytak. Można go doczepić do puszki, aby nie poparzyć dłoni. Obecnie kuchenkę produkuje pięciu podwykonawców. Powstało dzięki niej kilkanaście miejsc pracy.

Kłopoty z fundacjami

Pomoc humanitarna, bardziej potrzebna niż kiedykolwiek wcześniej, znalazła się na zakręcie. W światowych mediach trwa dyskusja o jej skuteczności. Większość wyliczeń wskazuje, że w pomaganiu potrzebującym najskuteczniejsza jest armia. I najtańsza.

Ubrani po cywilnemu, dyskretnie uzbrojeni żołnierze amerykańscy jeżdżą po afgańskich wioskach, piją herbatę ze starszyzną i pytają, czego brakuje, by lepiej żyć. Wracają do bazy, a potem szkolą w zakresie higieny, dostarczają urządzenia, wiercą studnie. Są skuteczni i precyzyjni. I wcale nie mniej bezstronni niż wielkie cywilne organizacje zajmujące się pomocą humanitarną.

— Takie organizacje nie są neutralne politycznie. Podczas wielkich konfliktów zbrojnych zwykle pomagają jednej stronie. Są zapraszane przez konkretne rządy. Neutralny jest tylko Czerwony Krzyż, uznawany na całym świecie — mówi Urszula Świerczyńska.

Organizacje humanitarne nie są też bezinteresowne. To wielkie biznesy, z setkami tysięcy pracowników. Granica między idealizmem organizacji i drapieżnością finansową firm nie jest klarowna. Były działacz humanitarny i amerykański pisarz Michael Maren twierdzi, że nie ma jej w ogóle. Jego zdaniem, organizacje mają słabą skuteczność, za to dobrą prasę.

Dlatego, że dziennikarze coraz częściej zabierają się z nimi w rejony konfliktów „na krzywy ryj”. Podkręcają potem grozę sytuacji, podając np. niesprawdzone liczby. Organizacje mogą dzięki temu starać się o nowe fundusze. Nie tylko na pomoc, ale także na samochody, pensje pracowników i utrzymanie biur w bezpiecznych krajach, gdzie mają siedziby.

To, co działo się po masakrze w Rwandzie w 1994 r., Michael Maren nazwał „pomocowym cyrkiem”. Nad obozem dla uchodźców w Zairze powiewały flagi dziesiątek organizacji niczym bannery korporacyjne nad biznesowymi centralami. Organizacji bijących się o rynek, a nie współpracujących ze sobą.

Walczących o pieniądze z Unii Europejskiej, ONZ i rządów. Niektóre francuskie organizacje — Lekarze Bez Granic i International Rescue Committee — wycofały się z Zairu, gdy dostrzegły, co się dzieje. Ale pomoc humanitarna nie zna próżni. Na ich miejsce zaraz weszły inne. W Libii po obaleniu Kadafiego w styczniu 2011 r. pomoc organizuje się zupełnie inaczej. W odbudowę kraju od początku zaangażowane będą międzynarodowe firmy. To biznes daje wieloletnią stabilność i stwarza miejsca pracy. A praca w jednej firmie to najlepszy sposób na pogodzenie się z wrogiem.

Przyszłość pewnej paczki

Aidpol nie musi podbijać Afryki. Twórcy paczki widzą jej przyszłość nad Wisłą. Choćby wtedy, kiedy ta Wisła wyleje. Wiosną 2010 r. Wojciech Jóźwiak i Alina Pelka jak większość Polaków oglądali w telewizji łódki płynące po ludzi, którzy nie zdążyli ewakuować się przed powodzią, i strażaków narzekających, że od trzech dni nie jedli ciepłego posiłku.

W przeciwieństwie do większości Polaków postanowili działać. Efekt — zupa gulaszowa z sucharami i kuchenką Aidpol. Potem kolejne potrawy. Teraz rzucony przez ratowników zestaw z grochówką albo paprykarzem łowickim można ugotować w siekącym deszczu na dachu zalanego domu. Wystarczy kilka minut. W każdych warunkach, padający ze zmęczenia strażak uzupełni energię.

— Palący się pod kuchenką płomień ma także znaczenie psychologiczne. Dodaje ludziom otuchy, pozwala przetrwać trudne sytuacje — opowiada Alina Pelka. W 2009 r. Polska wydała na pomoc krajom rozwijającym się ponad 1,1 mld zł (według MSZ). Złożyły się na nie m.in. Ministerstwo Finansów i resort spraw zagranicznych. Pieniądze na pomoc humanitarną w nagłych sytuacjach przyznaje MSZ, rozpisując konkursy. Libii pomagamy za 1,5 mln zł dzięki pieniądzom z rezerw walutowych. Idą na żywność, koce, namioty i inny sprzęt.

— Dlaczego nie na polskie produkty? — dziwi się Alina Pelka. Jej zdaniem, inne kraje europejskie dbają, by wydawać na swoje — my nie. Mistrzami świata we wspieraniu rodzimego biznesu są Amerykanie. Sprzedają dotowane produkty organizacjom pomocowym z całego świata. — Dlaczego wspieramy rolnika w Ohio? — zapytał pewnego dnia Wojciech Jóźwiak urzędniczkę w Ministerstwie Rolnictwa.

Większość produktów wykorzystywanych przez organizacje pomocowe powstaje w Indiach i Chinach. — Javel ma jednak sporo patentów, technologię i receptury, których w Chinach tak łatwo nie podrobią — ocenia Grzegorz Gruca.

W marcu 2011 r. Javel pojawił się targach pomocy humanitarnej i rozwoju w Dubaju. Pracownicy Javela wywieźli kilka kontaktów. I trochę wypromowali swoje produkty. Paczkami Aidpol poczęstowali przedstawicieli rządu Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Następnego dnia urzędnicy rządowi uśmiechali się do nich jakby szerzej. Polacy zrozumieli — Arabom smakowało.

Liofilizacja, w której wyniku ostateczny produkt pakuje się szczelnie w folię, pomaga na rynkach arabskich. W bogatszych krajach tego regionu ludzie nie jedzą z puszek. Puszki są dla psów. W Javelu mówią, że nikt na świecie nie ma takich receptur jak oni. I takiej różnorodności: z wodą, bez wody, specjalne porcje dla dzieci.

A na półkach w siedzibie firmy Javel przy ul. Cietrzewia w warszawskich Włochach są także batony energetyczne i urządzenia do dezynfekcji wody. Filtr według autorskiego pomysłu (jeszcze nieopatentowany) jest jednorazowy. Zawiera unikatowe włókno nasączone aktywnym węglem, które dezynfekuje i eliminuje zapach chloru. Wodę z najczarniejszej kałuży zmienia w zdatną do picia. Ma kosztować kilkanaście złotych.

— Jedna z organizacji charytatywnych zarzuciła nam, że jednorazowe filtry zaśmiecają środowisko. Coś za coś. Nie bez powodu produkujemy strzykawki jednorazowe. Woda do picia w pierwszych tygodniach po klęsce żywiołowej jest ważniejsza dla tych, którzy przetrwali, niż ekologia. Najwięcej ludzi umiera nie od kataklizmu, tylko w wyniku jego następstw — przekonuje Alina Pelka. Wkrótce może przestać zarządzać wyłącznie projektem Aidpol. W planach jest osobna firma, która zajmie się wyłącznie produktami pomocowymi. I ona, i Wojciech Jóźwiak nie mają wątpliwości: gdy biznes pomocowy okrzepnie, to Javel będzie dodatkiem do Aidpolu. &

Polska Akcja Humanitarna (PAH) nie ma nic przeciwko temu, by część rządowych pieniędzy trafiła do biznesu.

— Ustawa o współpracy rozwojowej, uchwalona 16 września 2011 r. przez Sejm, otwiera furtkę do takich działań. Partnerstwa organizacji pozarządowych z firmami są optymalnym rozwiązaniem. Mamy doświadczenie i umiejętność operowania podczas klęsk żywiołowych i humanitarnych, a oni technologię — mówi Grzegorz Gruca z PAH. W PAH znają Javela. Po trzęsieniu ziemi na Javie, we wrześniu 2009 r., Polska wysłała do Indonezji samoloty z pomocą.

— Dostarczyliśmy tabletki uzdatniające wodę. Produkt prosty w użyciu, a pozwalał uchronić ludzi przed chorobami zakaźnymi. I rząd Indonezji, i Czerwony Krzyż bardzo je chwaliły — twierdzi Grzegorz Gruca. Jego zdaniem, to trudny rynek. Liczy się nie tylko jakość produktu, ale także cena.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN FABIAŃSKI

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / / Paczka przetrwania