Padł bastion darmowej bankowości

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 2011-06-05 11:55

 


Skończyły się darmowe obiadki w mBanku. Analitycy mówią, że to dobre dla biznesu, niekoniecznie dla wizerunku.

Przez lata mBank był żywym zaprzeczeniem tezy, że nic nie jest za darmo. Od początku istnienia oferował bezpłatne konta i karty. Na pewien czas wprowadził opłaty za przelewy, ale do porządku doprowadził go ING Bank Śląski, który wprowadził darmowe konto direct. Teraz darmowe obiadki w mBanku również się kończą. Od sierpnia wprowadza on opłatę dyscyplinującą dla klientów, którzy rzadko lub w ogóle nie korzystają z kart. Wstrzemięźliwość będzie ich kosztowała 2 zł miesięcznie (nie dotyczy posiadaczy izzykont oraz posiadaczy pakietu "wypłaty ze wszystkich bankomatów"). Żeby uniknąć opłaty, należy zapłacić kartą równowartość co najmniej 100 zł miesięcznie. mBank dopuszcza różne kombinacje, w jakich klient może zrealizować płatność: kartą debetową, wirtualną, płatniczą lub przy użyciu wszystkich trzech.

— Konto w mBanku od przeszło 10 lat pozostaje bezwarunkowo bezpłatne, a karta będzie dostępna za darmo dla każdego, kto spełni bardzo liberalne warunki — mówi Paweł Kucharski, dyrektor banku ds. marketingu i rozwoju biznesu bankowości detalicznej BRE Banku.

Zachęta dla klienta


Wypada się z nim zgodzić, choć nie do końca. W ING Banku Śląskim za "nieużywanie karty" klient płaci 7 zł miesięcznie, a limit 100 zł płatności gotówkowej można zrealizować tylko przy użyciu karty debetowej. Ale już na przykład w DB PBC karta jest za darmo, jeśli klient zrealizuje transakcję również za 100 zł, ale bank akceptuje nie tylko płatności bezgotówkowe, lecz również wypłatę z bankomatu.

— Chcemy zachęcić klientów korzystających do tej pory z kart głównie w bankomatach do dokonywania płatności w sklepach. Jednocześnie chcemy uniknąć wydawania kart tym klientom, którzy ich nie używają — przekonuje Paweł Kucharski.

To dla banku realny koszt. Wydanie karty to wydatek około 15-20 zł. Potem bank musi opłacać Visę albo Mastercarda od każdej wyemitowanej sztuki, niezależnie, czy jest używana czy nie. Bank nie podaje, jaki odsetek posiadaczy kart trzyma je schowane na dnie szuflady. Wiadomo jedynie, że nie wszyscy posiadacze rachunków życzą sobie kartę. mBank prowadzi około 2 mln rachunków, kart wydał natomiast 1,8 mln sztuk.

Wizerunkowa rysa


— Wprowadzenie opłaty z biznesowego punktu widzenia ma sens. Bank przesieje klientów i wyeliminuje nieaktywnych. Zmiana nie dotknie natomiast aktywnych. Nie będzie mieć też większego znaczenia dla przychodów mBanku. Może mieć znaczenie wizerunkowe, ponieważ podniosą się pewnie głosy sprzeciwu, że pada bastion darmowej bankowości — mówi Tomasz Bursa, analityk Ipopema Securities.

Andrzej Powierża, analityk DM Banku Handlowego, też spodziewa się, że na rynku podniesie się krzyk, ale pozytywnie ocenia decyzję mBanku.

— Bank będzie trochę więcej zarabiać na transakcjach kartowych, nie uderzając w dobrych świadomych klientów. Może też zaktywizować klientów —mówi Andrzej Powierża.

To, że wśród klientów podniesie się krzyk, wydaje się więcej niż pewne. Wszystkie badania pokazują, że mBank jest jednym z najczęściej komentowanych banków w sieci, bijąc nawet PKO BP, który przecież ma przeszło dwa razy więcej klientów. Wielu nie może mu zapomnieć wpadki z kredytami hipotecznymi, która zaowocowała powstaniem inicjatywy "nabici w mBank". Mimo że jest on często chłopcem do bicia w branży bankowej, ma również sporą grupę lojalnych klientów. 80 proc. z nich poleca innym mBank jako instytucję, z którą warto współpracować. Nie wiadomo, czy po wprowadzeniu dyscyplinującej opłaty odsetek zwolenników obniży się. Pewne jest natomiast, że mBank nie będzie mógł mówić o sobie, że jest bankiem za darmo.