Pan sensu i znaczenia

opublikowano: 23-12-2021, 15:15
aktualizacja: 24-12-2021, 15:24

Hyundai Tucson z dopiskiem plug-in to auto, któremu ty nadajesz sens. Jeśli nie masz na to ochoty (lub możliwości), odpuść sobie. Nie auto – dopisek.

Łączone osiągi:
Łączone osiągi:
Tucsona w wersji plug-in hybrid napędza układ silnika spalinowego i elektrycznego o mocy systemowej 265 KM, co w parze z napędem na 4 koła i 6-stopniową skrzynią automatyczną pozwala osiągać pierwszą setkę w 8,6 s.
materiały prasowe

Hybrydy typu plug-in to kolejny motoryzacyjny pomost – tym razem między klasyczną hybrydą i autem czysto elektrycznym. Możliwość doładowania baterii z zewnętrznego źródła i pokonania w trybie elektrycznym około 50 km ma za zadanie uczynić zeń połączenie niskiego (lub nawet zerowego) spalania korzystnego dla kieszeni i środowiska z możliwością bezproblemowego podróżowania na długich dystansach (ale już nie na prądzie). Tyle teorii. Praktyka jest inna, czemu winni są zarówno właściciele takich aut, jak i projektujący przepisy politycy. Założenie było piękne. Z jednej strony plug-in jest jak elektryk. Około 50 km zasięgu wystarczy większości mieszczuchów (i podmieszczuchów) – jeśli będą pamiętać o łapaniu kilowatów przy każdej okazji, większość miejskiego życia auto spędzi na prądzie. Z drugiej strony plug-in nie jest jak elektryk – chętnie zabierze cię w daleką podróż, nie zmuszając przy okazji do planowania trasy pod dostępne punkty ładowania, co zawdzięcza silnikowi spalinowemu. Dzięki temu sprytnemu połączeniu sumaryczne zapotrzebowanie na paliwo tradycyjne w cyklu życia auta jest doprawdy symboliczne. Wynik rzędu trzech, czterech, pięciu litrów na 100 km (w zależności od wielkości auta) jest całkiem realny, a precyzyjnie… może taki być, bo rzadko jest.

Teoria a emisja

Zużycie i ładowanie:
Zużycie i ładowanie:
Za dostarczanie energii silnikowi elektrycznemu odpowiada akumulator o pojemności 13,8 kWh. Jazda w trybie elektrycznym jest możliwa przez około 50 km. Uzupełnienie zapasu energii odbywa się z pomocą ładowarki pokładowej 7,2 kW.
materiały prasowe

Powody? Kierowcy takich hybryd używają ich tak jak tradycyjnych pojazdów, czyli… nie ładują, lecz wyłącznie tankują. Analizy z Holandii wykazały np., że ulgi, na jakie mogli tam liczyć kierowcy, szybko uczyniły plug-in marki Mitsubishi (a konkretnie Outlandera) jednym z najpopularniejszych aut na rynku. Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale doskonale obrazuje to, co chcę przekazać. Badanie kart paliwowych firm ujawniło, że auta praktycznie nie były ładowane z zewnętrznego źródła, więc cały czas spalały benzynę. Takie podejście do „plaginów” jest destrukcyjne – dla środowiska, hybryd, ekonomiki podróżowania, dopłat i portfela. Emission Analytics (EA), firma zajmująca się badaniem emisji w transporcie, wskazuje, że klienci mieszkający w USA i jeżdżący Chevroletem Voltem doładowywali auto z gniazdek częściej, ale i tak za rzadko. W rezultacie katalogowa średnia emisja CO2 (46 g/km) nijak miała się do rzeczywistej, która – zdaniem analityków – przekracza 150 g/km, czyli była jak w samochodzie z tradycyjnym napędem.

EA uważało wówczas, że w prawdziwej redukcji emisji bardziej mogą pomóc klasyczne hybrydy, które nie wymagają od kierowcy zaangażowania. Do prawidłowego wykorzystania rozwiązań typu plug-in potrzebna jest edukacja, no i wspomniane zaangażowanie. A z tym, jak wiecie, bywa różnie. Do takiego świata wjechał Hyundai. Modelem Tucson w wersji plug-in hybrid. Z jednej strony to zupełnie wyjątkowy wjazd, z drugiej zupełnie przeciętny. Ale do rzeczy.

Koncept na ulicy

Świadomy wybór:
Świadomy wybór:
Tucson plug-in hybrid sprawdzi się włącznie wtedy, gdy pamiętasz o doładowywaniu baterii (i masz gdzie to robić). W przeciwnym razie lepszym (i tańszym) wyborem będzie wersja z klasyczną hybrydą.
materiały prasowe

Tucson to jeden z najpopularniejszych SUV-ów marki Hyundai. Obecna generacja (już czwarta) pojawiła się na rynku w 2020 r. i od razu urzekła wyglądem godnym auta koncepcyjnego. Przyciąga uwagę, bo – co wcale nie jest oczywiste na dzisiejszym rynku motoryzacyjnym – się wyróżnia. Koreańczycy przyłożyli się nie tylko do aparycji Tucsona. Cały projekt wydaje się dopracowany. W autach tej marki postęp jakościowy z każdej generacji na kolejną (podobnie jak w siostrzanej Kii) jest dużo bardziej widoczny niż u bardziej doświadczonej w budowaniu aut konkurencji. Mimo niemal kosmicznego wyglądu Tucson nie jest kosmicznym samochodem. Nie wprowadza kosmicznych innowacji (może poza kamerami wyświetlającymi widok z bocznych lusterek na zegarach przed twarzą kierowcy). Auto trzyma gardę i poziom bezpośredniej konkurencji. Znaczy nie odstaje. To najpopularniejszy z SUV-ów koncernu. Nie może więc zawieść klienteli – może dlatego trudno doszukać się w nim szczególnych wad użytkowych. Oferta układów hybrydowych obejmuje zwykłą hybrydę i tę, która przypadła mi w udziale: plug-in. Na niej się skoncentruję. Cechy? Możesz doładować auto przez noc w garażu i wyruszyć w bezemisyjną trasę. Hyundai twierdzi, że Tucson plug-in jest w stanie przejechać do 74 km na samym prądzie. Ja, że z akumulatora o pojemności 13,8 kWh nie umiem wycisnąć więcej niż 52 km.

Hyundai Tucson Plug-in Hybrid ma 180-konny silnik benzynowy 1,6 turbo i elektryczny o mocy 85 KM. Moc systemowa to 265 KM, a moment obrotowy – 350 Nm. Automatyczna skrzynia biegów ma sześć przełożeń. Seryjnie: napęd na cztery koła.

Wygląda dobrze. No właśnie. Wygląda. Wartości zacne, ale nie powalają na kolana – zwłaszcza że słabsze (i tańsze!) samochody mają taką samą, a nawet odrobinę lepszą dynamikę w sprincie do setki. Plug-in od Hyundaia robi to w ponad 8,5 s. To oczywiście konsekwencja bycia plug-inem. Dodatkowe akumulatory oznaczają wyższą (o prawie 200 kg) wagę. To czuć podczas przyspieszania i szybszego wchodzenia w zakręty. Po drugie wersja plug-in ma napęd na cztery koła. Nie zdecydowano się jednak na napędzanie tylnej osi jedynie silnikiem elektrycznym – mamy tu mechaniczne połączenie z jednostką spalinową, a to oznacza nie tylko lepsze właściwości napędu, ale i kolejne kilogramy, przez co plug-in nieznacznie przebija granicę 1800 kg.

Plug-in jest nie tylko cięższy, lecz także mniejszy od zwykłej hybrydy. Bagażnik ma 558 l zamiast 616 i mniejszy bak (42 l zamiast 52). O ile litrów w bagażniku szkoda mniej (to i tak spore auto), o tyle tych w baku bardziej. Wyładowany Tucson plug-in wciąga na autostradzie ponad 11 l na 100 km. Do tego kosztuje więcej. Ceny zwykłej hybrydy startują od 133,9 tys. zł. Do plug-ina nie podchodź bez 173,9 tys. Warto?

Pamiętaj albo zapomnij

Wracamy do punktu wyjścia – tego z początku tekstu. Ty jesteś panem sensu tego zakupu. Hyundai oddaje maszynę potrafiącą sporo, ale od użytkownika zależy, jak to wykorzysta. Tucson ładowany z gniazdka jest prawie normalnym tucsonem. Wersję plug-in wyróżnia tylko obecność sporego akumulatora. Gdy auto porusza się po mieście z naładowanym akumulatorem, paliwa nie ubywa – i tak przez co najmniej 50 km. Na trasie układ elektryczny dalej stara się wspomagać silnik, co sprawia, że spalanie przy 140 km/h utrzymuje się na poziomie 6 l. Nic jednak nie trwa wiecznie, a po rozładowaniu akumulatora zużycie paliwa wzrasta do ponad 11 l na 100 km. Wniosek? Domowe doładowywanie nadaje mu sens. To jest najważniejsze zdanie. Jeśli mierzi cię konieczność doładowywania, pamiętania o tym i pilnowania stanu naładowania akumulatora, odpuść. Kup zwykłą hybrydę. Inaczej będziesz jak gość, który za sporą gotówkę kupił rower elektryczny i nie ładuje dołączonej do zestawu baterii, a zamiast tego narzeka, że ciężki, że drogi i że trudno nim wjechać pod górkę.

Tucson plug-in (tak jak każdy inny model z tym rodzajem napędu) sprawdzi się w specyficznym scenariuszu. Masz garaż lub przynajmniej miejsce parkingowe ze zwykłym gniazdkiem, dziennie pokonujesz 40–50 km, jeździsz spokojnie – plug-in jest rozwiązaniem dla ciebie. Nie zauważysz wtedy mniejszego baku. Okazjonalne trasy pokonasz na paliwie. Jeśli jednak trasy nie są dla ciebie okazjonalne, to albo przepłacisz, albo będziesz wkurzać kierowców aut elektrycznych, doładowując się na ogólnodostępnych stacjach ładowania, a i o wykorzystaniu ekopotencjału plug-ina mowy nie będzie. Zostanie tylko przekonanie o wyrzuconych pieniądzach. Pod tym względem plug-in jest jak elektryk. Wymaga świadomości zakupu, zmiany podejścia i konsekwencji własnych decyzji. W przeciwnym wypadku zostaje jedynie… droższym odpowiednikiem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane