Eurodeputowani grożą odrzuceniem brytyjskich propozycji, do których Tony Blair bez skutku stara się przekonać nowych członków UE.
Misję, z jaką udał się do Tallina i Budapesztu szef brytyjskiego rządu, obserwatorzy od początku określali jako straceńczą. Nie dawali Tony’emu Blairowi nawet cienia szansy na przekonanie przedstawicieli Litwy, Łotwy i Estonii, a dzisiaj Polski, Słowacji, Czech i Węgier do 10-proc. cięć nakładów na rozwój biedniejszych regionów.
Sygnał ostrzegawczy popłynął też z Parlamentu Europejskiego (PE). Eurodeputowani przyjęli bowiem rezolucję, w której przypominają, że jeśli porozumienie budżetowe nie weźmie pod uwagę ich priorytetów, to PE może je odrzucić.
— Nie dojdzie do przyjęcia perspektywy finansowej bez osiągnięcia porozumienia między Parlamentem Europejskim i radą — przypominają europejscy posłowie.
W czerwcu PE przyjął stanowisko, w którym sugerował, by wydatki Unii w latach 2007-13 wyniosły 974 mld EUR, a jednym z priorytetów była polityka spójności, czyli wspieranie rozwoju najbiedniejszych regionów.
Zdaniem Jacka Saryusza-Wolskiego, wiceprzewodniczącego PE, rezolucję można tłumaczyć jako groźbę zablokowania porozumienia budżetowego. Do tego nigdy wcześniej nie doszło.
— W parlamencie nastroje są rewolucyjne. Nie będziemy biernie przyglądać się, jak następuje demontaż unijnych priorytetów politycznych — ostrzega wiceprzewodniczący.
Posłowie przypominają rządom UE, że jeśli nie dojdzie do przyjęcia wieloletniego planu budżetowego, Unia będzie opierać się na budżetach rocznych. Problemem jest przyszłość brytyjskiego rabatu (obniżonej składki). Gdyby go zlikwidować, Brytyjczycy w związku z rozszerzeniem UE i zwiększonym budżetem musieliby wpłacać do unijnej kasy o 60 proc. więcej niż dotychczas. W tym czasie budżet UE zwiększyłby się zaledwie o 11 proc. Przedstawiciele Albionu wszelkimi sposobami próbowali wymóc na Francji reformę wspólnej polityki rolnej w zamian za ograniczenie rabatu. Kiedy to się nie udało, swój skalpel zwrócili przeciw nowym państwom członkowskim.