Pępek antycznego świata

Jacek Konikowski
23-03-2007, 00:00

Szybka decyzja, samolot za 200 zł i po dwóch godzinach jesteś na miejscu. Rankiem, gdy Wieczne Miasto otrząsa się z nocnych szaleństw.

Jeżeli myli ci się Hurghada z Ejlatem, a po kolejnym urlopie w Alpach nie pamiętasz, czy to Austria, czy Francja, machnij ręką na modne kierunki. Jedź do Rzymu. Teraz. Na cztery dni.

Szybka decyzja, samolot za 200 zł i po dwóch godzinach jesteś na miejscu. Rankiem, gdy Wieczne Miasto otrząsa się z nocnych szaleństw.

Warto zacząć od kawy z rogalikiem, w kafejce przy Stazione Termini, niemalże tak starej jak pobliskie termy Dioklecjana. Vicenzo, kelner pamiętający czasy Mussoliniego, i tak nie zaproponuje niczego innego. Kawa dla Włochów jest tym, czym seks dla Francuzów. Zwłaszcza rano. Mocne, czarne espresso pija się tu w biegu, na stojąco, przy barze. Na śniadanie cappuccino lub cafe latte. Inne smaki Rzymu poznasz wieczorem. Na razie, patrząc znad filiżanki kawy na uliczny gwar i bryzgające kałuże, zastanawiasz się: co ja tu, do diabła, robię? Czemu nie pilnuję swoich nart w alpejskim kurorcie albo nie wykłócam się o leżak w Hurghadzie? Podpowiem: powiększasz swoje IQ o kilkanaście procent, poznając miasto, które niegdyś było pępkiem świata, w którym zabytków jest więcej niż śniegu w Alpach, a pięknych kobiet i szybkich samochodów — niż słońca w Hurghadzie. Mało?

Bez kolejki

Pogoda o tej porze roku nie rozpieszcza. Źródłem ciepła jest widok palm i sweter, ale coś za coś — nie trzeba stać dwa miesiące w kolejce do Koloseum czy do Muzeów Kapitolińskich, w otoczeniu połowy populacji Szanghaju czy Tokio. Dzięki temu w jeden dzień da się zobaczyć serce starożytnego Rzymu: Forum Romanum, Koloseum i Domus Aurea, termy Nerona, Circus Maximus, pałace na Palatynie.

Niestety, to ruiny, więc by zwiedzić autentyczne, cudem zachowane świątynie z okresu republiki, warto zajrzeć na Forum Boarium. Można się tu przyjrzeć historii podboju Dacji wyrzeźbionej na kolumnie Trajana i zwiedzić Muzea Kapitolińskie. Wspinając się na Wzgórze Kapitolińskie, warto patrzeć pod nogi, gdyż schody projektował Michał Anioł. Najciekawsza jest kolekcja antycznej rzeźby: posąg Umierającego Gala, czerwony Faun z Tivoli, uroczy Spinario, piękna Flawijka z zaskakującą fryzurą, głowa Meduzy dłuta Berniniego i etruska Wilczyca Kapitolińska karmiąca antycznych bliźniaków Remusa i Romulusa. Kiedy pod nogami zaczyna skrzypieć boazeria, znaczy, że to już Pinakoteka. Jedno trzeba tu zobaczyć koniecznie — obraz Caravaggia „Św. Jan Chrzciciel”.

Mija dzień, a Rzym starożytny zaliczony. Szybko, więc połowa rzeczy umknęła. Choćby Hale Trajana, niegdyś jeden z cudów starożytnego świata. To antyczny odpowiednik dzisiejszego centrum handlowego — 150 sklepików, w których sprzedawano wszystko: od ryb z Ostii po szklane paciorki z Kartaginy. Dwie górne kondygnacje zajmowało 12 luksusowych sklepów, dekorowanych mozaikami z wizerunkiem oferowanych towarów. Wszystkie otwierano wcześnie rano i zamykano koło południa.

Albo inny cud, Bazylika Maksencjusza i Konstantyna, największa budowla na Forum Romanum. Jej potężne mury i sklepienia są grube niczym schron atomowy, a zbudowane z milionów cegieł wielkości tabliczki czekolady w skali jeden do pięciu. W tych posępnych dzisiaj ruinach, 1700 lat temu tętniło życie. Nikt tu się nie modlił, bo bazylika pozostawała wówczas miejscem sądów i zawierania transakcji handlowych. Gdy dobrze poszukać, w jej posadzce można jeszcze znaleźć wtopione rzymskie sestercje, jedyną pozostałość po wielkim pożarze.

Hotele i parasolki

Nie warto zawracać sobie głowy rezerwowaniem hoteli. W Rzymie jest ich tyle, że o tej porze roku trafi się na jakiś równie łatwo jak na filipińskiego handlarza parasolkami. Jednych i drugich tu pełno, zwłaszcza przy Forum Romanum.

Najlepiej iść na całość i zatrzymać się w hotelu Romano (przy via Cavour), w kamienicy pamiętającej czasy Kaliguli, pod wielką pinią, dosłownie 10 metrów od Forum Romanum (bliżej już nic się nie znajdzie). Pechowcy dostaną pokój z widokiem na Koloseum (i hotelową pralnię), farciarze — lokum z panoramą Forum Romanum.

Wychodząc rano, trzeba uważać, by nie potknąć się o kawałek antycznej kolumny lub wystający z ziemi marmurowy posąg. Romano (albo Perugia) należy do pierwszego z dwóch rodzajów rzymskich hoteli: niezbyt drogi (równowartość obiadu dla dwóch osób), za to w świetnym miejscu. Ma wadę — do małych pokoi wchodzi się po miniaturowych schodach, krętych i wąskich niczym w średniowiecznej wieży, a w łazience nie wolno, ot tak sobie, rzucać ręczników na podłogę, bo jest to nieekologicznie, o czym informują specjalne wywieszki. Drugi typ hoteli to takie, w których można robić, co się chce, ale pokój kosztuje tyle, co działka na Mazurach.

Cechą wspólną jest czatujący przy wejściu Filipińczyk. To ikona współczesnego Rzymu (z wyjątkiem Watykanu). Obserwując takiego, wiadomo, jaka jest pogoda. Albo jaka będzie. Gdy pada, każdy filipiński handlarz obwieszony jest parasolkami po 5 euro (po chwili za cztery, w końcu za trzy), ale niech tylko zaświeci słońce: wówczas pojawiają się okulary, także po 5 euro (itd.). A gdy ani nie pada, ani nie świeci? Wtedy sprzedają statywy do cyfrowych aparatów fotograficznych. Po 5 euro.

W Watykanie handlują wyłącznie Murzyni i tylko „markowymi” torebkami od Gucciego, Gabbany, Prady czy Cavalli. Jedni i drudzy szybko biegają, choć policja wolno ich goni. Za wyjątkiem pewnego sierżanta karabinierów, który pod Panteonem ściga parasolkarza fiatem Uno. Dookoła tamtejszej fontanny.

Kunsztowny trik

Właśnie — Panteon. Świątynia wszystkich bogów, a zarazem grób Rafaela i ostatnich królów Włoch z Emanuelem na czele (włoski odpowiednik Piłsudskiego). Jego wnętrze napawa pobożnym lękiem. Kopuła to kolejny cud, tym razem w wykonaniu inżynierów cesarza Hadriana. Powstała przez zalanie drewnianej konstrukcji betonem z tufu i pumeksu.

A skoro mowa o cudach nad głową, to rzymskie kościoły są ich pełne. W Il Gesu, pierwszej świątyni jezuitów w Rzymie, zaskakuje fresk na sklepieniu nawy głównej. Apoteoza imienia Jezus. Zwiedzający da sobie rękę uciąć, twierdząc, że jest trójwymiarowa. A to trik. Kunszt Il Bacicci. Najlepiej oglądać go za pomocą lusterka. Podobnie iluzjonistyczne efekty zadziwiają w kościele Sant Ignazio di Loyola. Tu traci się drugą rękę, zapewniając, że w sklepieniu widać kopułę. Owszem, miała być, ale skończyło się na iluzjonistycznym fresku. Jeśli uda się to wszystko zobaczyć, nie sięgając po drobniaki, znaczy, że ktoś już za nas wrzucił 1 euro do automatu, który na moment podświetla sklepienie.

Po dniu wypełnionym zwiedzaniem czuje się głód. W okolicznych knajpkach warto spróbować prawdziwego spaghetti alla carbonara z pancettą (wędzonym boczkiem) lub gnocchi z sosem pomidorowym, popijając je czerwonym, domowym winem. O inne nie warto prosić. Tak samo jak o zielony czy fioletowy makaron, bo wezmą nas za Niemców lub szkockich highlanderów i odeślą do Museo delle Pasti Alimetari (Narodowe Muzeum Makaronu, Piazza Scanderberg), pełnego kolorowych makaronów.

Zostały jeszcze trzy dni. Wystarczy, żeby się Rzymem zachwycić, za mało, żeby go poznać. Choć po tygodniu czy dwóch w Wiecznym Mieście zaczynają korcić pobliski Neapol, niedaleka Florencja czy choćby Wenecja. A kto wie, może i Sycylia, na którą kursuje nocny pociąg z Rzymu, za jedyne 60 euro.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Pępek antycznego świata