Perfekcjonista z ligi mistrzów

Adam Placek jak ognia unika list najbogatszych. Nie unika za to odważnych ruchów — jego Oknoplast został właśnie sponsorem Interu Mediolan. Polskie okna mają podbić nie tylko włoski rynek.

Od lat scenariusz spotkań Adama Placka, twórcy Oknoplastu, z mediami wygląda podobnie. To znaczy prawie nie wygląda. Jeśli już dziennikarze przyjeżdżają, to zwykle branżowi, siedziba firmy leży kawałek drogi nie tylko od Warszawy. A jeśli ktoś się pojawił, to zwykle rozmowa z potentatem rynku okien PVC przebiegała według podobnego schematu. Obowiązkowy zestaw pytań ograniczał się często do kilku podstawowych kwestii: — Jak pan to robi, że jest pan taki wspaniały?

— Jak pan ocenia miniony rok i jak zapowiada się obecny? — A rabacik na okna pan odpali? Dla szwagra bym wziął... A tak w ogóle, to od kontaktów z mediami jest syn Mikołaj, obecny prezes Oknoplastu, specjalista od marketingu, rzutki 34-latek. Dlaczego 56-letni senior zgodził się tym razem porozmawiać o sobie i firmie nieco dłużej niż kwadrans?

Do końca nie wiadomo, ale już na wstępie zastrzega:

— Jak pan będzie tylko siedział, słuchał i głową kiwał, to nic z tego nie będzie. Widać, że w ostatnich tygodniach Adam Placek trochę jednak potrenował słowny fechtunek z dziennikarzami. Bo w końcu nie miał wyjścia — pod koniec stycznia wybuchła marketingowa bomba. Na stronie internetowej Oknoplast.it pojawiło się wielkie zdjęcie uśmiechniętych piłkarzy w czarno-niebieskich strojach. Do tego podpis: „Oknoplast nel Campionato Master!”. I się zaczęło.

Sterowiec w Lidze Mistrzów

A kiedy się zaczęło, to w fabryce w podkrakowskim Ochmanowie (gmina Niepołomice) karnie stawiło się pokaźne stadko żurnalistów. Walili drzwiami i oknami, nieproszeni, ale zwabieni jedną, jakże efektowną przynętą: Oknoplast właśnie ogłoszono na konferencji w Mediolanie jednym z pięciu najważniejszych sponsorów Football Club Internazionale Milano, czyli Interu Mediolan, piłkarskiej potęgi nie tylko we Włoszech. — Gramy w Lidze Mistrzów! — ogłosili marketingowcy polskiej firmy.

Podczas meczu z Lazio (zwycięskiego) nad głowami mediolańskich kibiców majestatycznie sunął sterowiec z logo Oknoplastu. A 50 tysięcy ludzi zadzierało głowy i wcale się nie dziwiło. Na północy Włoch Oknoplast to najpopularniejsza marka okien, wkrótce zaś ma być liderem na całym Półwyspie Apenińskim. Bo piłka jest jedna, a bramki są dwie, ale okien potrzeba tam milionów.

— Niektórym trudno w to uwierzyć, ale działamy bez kompleksów. Gramy w lidze na poziomie europejskim, mamy tam kontakty i estymę. Byle kto do Interu nawet z walizką pieniędzy nie wejdzie. Trudno w takim momencie nie czuć dumy — przekonuje Adam Placek.

Udziela się to i innym. Zaraz przyszedł list od magazynu tworzącego listę 100 najbogatszych Polaków. Z prośbą, żeby się zgłosić, doszacować majątek i dać się umieścić na całkiem przyzwoitym miejscu.

Odpowiedź? Nic z tego, na liście będzie wakat. — Wielkie pieniądze lubią wielką ciszę — lubi powtarzać Adam Placek. Dodaje, że kto chce, ten wie, jak dużą i zyskowną firmą jest Oknoplast. — Znam swoją wartość, nie potrzebuję o niej czytać, nie mam takiej — nieco nowobogackiej — potrzeby. Dlatego tekstów o sobie unikam. Jeśli już, to wolę opowiadać o firmie — zaznacza.

Modelka zamiast zupy

A więc słowo o firmie. Oknoplast w tym roku będzie atakował sumę 380 mln zł przychodów i 50 mln zł zysku — także dzięki ofensywie na włoskich boiskach. Co roku firma rozwija się o minimum 15-20 proc. Ponad połowa przychodów pochodzi z siedmiu zagranicznych rynków, na których Oknoplast ma przedstawicielstwa i ponad 800 autoryzowanych sprzedawców. Wśród nich prym wiodą właśnie Włosi.

— Prawda jest taka, że w wielkiej piątce europejskich producentów okien są trzy firmy z Polski, w tym my. W naszej branży nadprodukcja sięga 50 proc. i gdyby nie eksport, byśmy co najwyżej zupę z tych naszych okien gotowali — przekonuje Adam Placek. Zupa z PVC nie będzie kulinarnym hitem, więc marketingowy pomysł panów Placków na Włochy — i nie tylko — będzie kosztował do połowy 2013 r. kilka milionów złotych. Eksperci z uznaniem kiwają głowami: to może być reklamowy strzał nie w okno, lecz w dziesiątkę.

— Inter to bardzo zacny klub, a polski sponsor Interu to brzmi dumnie. Okazuje się, że polskie produkty potrafią się bić nie tylko ceną, ale i marką. Teraz trzeba cierpliwie czekać na efekty sponsoringu, które przyjdą, ale nie od razu. Zamknąć oczy i płacić — przekonuje Roman Jędrkowiak, specjalista od marketingu, który wymyślił m.in. Marka Kondrata do ING i nadzorował ostatnią kampanię wyborczą Platformy Obywatelskiej.

Na wiosnę zaplanowano sesję zdjęciową z piłkarzami Interu, którzy wystąpią w materiałach reklamowych polskiej firmy z hasłem „L'eleganza del PVC”. Markę wspiera też Nina Senicar, miss Jugosławii z 2000 r., obecnie jedna z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarek telewizyjnych we Włoszech. — Jest piękna, w dodatku to kobieta z klasą, żadna tam rozpuszczona celebrytka. Nasza marka ma się kojarzyć z elegancją i jakością wykonania, a nie z tanimi fajerwerkami — kwituje Adam Placek.

Figi za Gomułki

Historie przemysłowców nie tylko w Polsce to często opowieści o ludziach rzutkich, przebojowych, ale pochodzących z ubogich rodzin, którzy siłą rąk i charakteru dorobili się milionów. To wspomnienia o tym, jak z marchewki na obiad w młodości zrobiło się kupowanie marchewkowych pól pod budowę kolejnych hal. Nie tym razem.

— Już jak miałem 4-5 lat to sobie brałem pieniądze z torby z utargiem — garść, dwie, ot, na swoje wydatki. Ojciec handlował owocami i warzywami, świetnie mu szło. Za Gomułki wiedziałem, jak słodkie są figi, za Gierka nosiłem garnitury od dobrych krawców — wspomina Adam Placek i co rusz z zadowoleniem zerka przez okno, za którym widać falujące dachy hal produkcyjnych.

Jest sukces. Zresztą tak miało być. Jeszcze w czasach, gdy z licznym rodzeństwem mieszkał w rodzinnym domu nieopodal Krakowa, uważnie podpatrywał ojca i jego biznesowy rozwój. Zaradność, pomysłowość, konsekwencję, a nieraz i upór. W rodzinie AK-owca moralność i etyka były na pierwszym miejscu.

Białe było białe, czarne — czarne, pierwsze sukcesy Adama Placka w biznesie przyszły w zgodzie z tymi zasadami. W PRL interesy trzydziestoletniego wówczas przedsiębiorcy nie były spektakularne, bo i nie mogły być, wiadomo — władza czuwała.

W latach 80. najlepiej mu szło jako producentowi galanterii skórzanej. Zajął się nią po tym, jak rzucił studia na politechnice. Zostawił naukę, bo nie marzyło mu się życie za dwa tysiące. I nie wspomina tamtych lat z rozrzewnieniem. — W PRL, gdy pracowałeś na swój rachunek, bałeś się własnego cienia. Nie chodzi mi tylko o SB, ale np. o urzędników skarbówki. Kiedyś robili, co chcieli. Dziś można bez stresu odesłać ich do doradcy podatkowego — przekonuje przedsiębiorca.

Rozwody na Leksztonia

Ale dlaczego akurat okna? Są różne wersje: „Gazeta Wyborcza” pisała swego czasu, że na początku lat 90. Adam Placek chodził zimą po Krakowie i patrzył jak ludzie uszczelniają stare drewniane okna szmatami i watą. I podobno rozmyślał nad tym, że krakusom nowe okna by się przydały, szczelne, niezawodne.

„Tylko że w Polsce takich porządnych okien jeszcze nie ma, a żeby je sprowadzać z Zachodu, to trzeba mieć kupę pieniędzy. Mało kogo na to stać” — tak gazeta relacjonowała wewnętrzne rozterki przyszłego prezesa Oknoplastu. I łzy wzruszenia ciekły czytelnikom po policzkach, na myśl o dobrym sercu Adama Placka.

Być może, ale ta historia miała jeszcze i inne dno. Przyszły prezes Oknoplastu podpatrywał wtedy nie tylko krakusów zimą, lecz i to, co robi m.in. gdyński ElGaz Janusza Leksztonia, jednego z najgłośniejszych miliarderów lat 90. (przed denominacją). Wśród dziesiątek biznesów, jakimi zajmował się ElGaz, była i produkcja okien PVC, którymi Leksztoń zalewał polski rynek.

— To była ogromna liczba okien, imponowała mi skala rozwoju ElGazu. Dlatego długo się nie wahałem, gdy podczas pobytu w Niemczech nadarzyła się okazja, by wspólnie z mieszkającym tam Polakiem przejąć maszyny do produkcji okien po upadłym przedsiębiorstwie — wspomina Adam Placek. Po kilkunastu miesiącach okazało się, że lepiej ze wspólnikiem się rozejść. I znaleźć następnego w tej samej branży, bo okna sprzedawały się na pniu. Kolejny udziałowiec był już poważniejszym graczem, ale po niecałych trzech latach historia zatoczyła koło.

— Różniła nas wizja rozwoju. Mnie zależało na jakości, wyglądzie, a nie na szybkiej rotacji w magazynie. Jestem wymagający, szukam perfekcji na każdym kroku. Zresztą klientów na dobre okna nie brakowało, bo konkurencji na rynku nie było praktycznie żadnej. Dlatego postanowiłem wziąć część sprawdzonej kadry, dać jej udziały, założyć kolejną spółkę — wyjaśnia Adam Placek.

W 1994 r. ruszył Oknoplast. Zakład mieścił się w halach przy alei Pokoju w Nowej Hucie. Po trzech latach firmie szło już na tyle dobrze, że zanosiło się na… tak, tak, na powtórkę z rozrywki. Z tą różnicą, że tym razem to mniejszościowi udziałowcy odeszli na swoje.

— Każde kolejne zawirowania w firmie dawały mi kopa, nie biłem się z myślami, nie było mowy o bankructwie. Szybko organizowałem się od nowa. W 1997 r. obroniłem firmę, zbudowałem nowy zespół, jeszcze lepszy — podkreśla. Jego syn, wtedy nastoletni, pamięta jednak, że podczas falowania i spadania w latach 90. chwilami trzeba było zacisnąć zęby.

— Nie było mu łatwo po raz kolejny stawiać wszystko od początku. Ale imponował konsekwencją, latami pracował po kilkanaście godzin na dobę — wspomina Mikołaj Placek. Po dekadzie działalności Oknoplastu stało się jasne, że decyzje o rozstaniach były odważne, ale słuszne. Przychody krakowskiego potentata przebiły 100 mln zł, zyski składały się z ośmiu cyfr.

Spółka urzędowała już wtedy w nowych halach nieopodal Niepołomic. A dawni wspólnicy? Zniknęli w otchłani gospodarczego tygla. Dość powiedzieć, że nawet sławny Janusz Leksztoń szykował się właśnie do odsiadki kary za wyłudzone kredyty. Jedyny trudniejszy moment to czas przeprowadzki z Krakowa do Ochmanowa, gdy rynek przetrzebiła zapaść w Rosji.

Wtedy, jedyny raz w historii Oknoplastu, spadły przychody firmy. Potem, gdy w 2001 r. przyszło odbicie, maszyny cięły, sklejały i skręcały non stop, dzień i noc. I tak już zostało, że co rok to rakieta w górę, ostatnie trzy lata to skok z 220 mln do ponad 340 mln zł przychodów.

Dziadostwo czy Meksyk

Fabryka okien w Ochmanowie stanęła w szczerym polu, przy jednej z lokalnych dróg. Kiedy się nią jedzie od strony Niepołomic, uwagę zwraca jedna rzecz: niemal wszystkie okoliczne domy, nawet te przedwojenne, mają wymienione okna. Zwykle to klasyczne białe plastiki lśniące z daleka nowością. Można się tylko domyślać, skąd pochodzą.

A sama fabryka? Od zewnątrz wygląda dość zwyczajnie. Imponuje jej rozmiar: niemal 30 tys. mkw. pod dachem, kilka potężnych hal przedzielonych placem, gdzie magazynowane są okna gotowe do wysyłki. Ostatnia rozbudowa kosztowała 15 mln zł i zakończyła się jesienią zeszłego roku. W sumie w rozwój mocy produkcyjnych Oknoplast zainwestował kilkadziesiąt milionów złotych. Na parkingu przed salonem sprzedaży stoją rzędy samochodów. W większości upaćkane słoną zimową breją. Tylko jeden idealnie czysty, jakby z salonu. Zgadnijcie, czyj.

— Lubię porządek, ale chcę też być porządny dla innych, zgodnie z zasadą, że ryba psuje się od głowy. To jasne, że można zarobić na wielu rzeczach, ale pytanie, w jakim stylu. Moje okna są droższe niż innych polskich firm, ale przy tym są lepsze. U mnie ludzie zarabiają całkiem dobrze, realizują swoje życiowe marzenia, awansują — tłumaczy przedsiębiorca.

Ta wyliczanka ma ciąg dalszy: handlowcy — i nie tylko oni — latają czarterami na firmowe wakacje choćby do Meksyku, imprezy firmowe uświetnia Maryla Rodowicz. Jak się bawić, to się bawić: nie ma łażenia w gumiakach po brudnej hali za minimalną pensję. — Nie toleruję dziadostwa — przekonuje Adam Placek. — W domu zawsze wszystko musiało być na swoim miejscu — potwierdza jego syn.

Chałupnictwo czy Singapur

Perfekcjoniście imponuje więc na przykład Singapur, miasto państwo, w którym zakazano żucia gumy, a urzędnikom za korupcję grozi kara śmierci. Może to chwilami za ostre prawo, ale kraj z kompletnej biedy w kilkanaście lat przeistoczył się w gospodarczą potęgę.

— Nie jestem apodyktycznym robotem. Lubię się dobrze bawić, żartować, korzystam ze swojego sukcesu finansowego — twierdzi Adam Placek.

Korzystanie z życia na dobre zaczęło się w 2008 r., kiedy formalnie zrezygnował z prezesury, połowę udziałów w spółce i fotel szefa przekazał synowi. Ale de facto nie odciął się od Ochmanowa, pracuje nad strategią i kontaktami za granicą, nie gardząc dłuższymi wypadami na wakacje. Dużo lata po świecie, ale w biznesie stara się twardo stąpać po ziemi — do dziś większość zysków jest reinwestowana. Bo zrobić okno na jedno kopyto nie jest dużym problemem, w niejednym garażu na południu Polski produkuje się takie chałupniczo.

A w Oknoplaście nie ma produkcji seryjnej. Każdy z setek tysięcy wyrobów, jakie co roku opuszczają fabrykę, został kilka tygodni wcześniej zamówiony. Kupujący mają pełną dowolność i z niej korzystają — opcji, rozmiarów i typów jest kilkanaście tysięcy. Płatne z góry, bez wyjątku.

— To ewenement. Standardem w Polsce jest przeciąganie płatności miesiącami. U mnie nie ma takiej opcji — przekonuje twórca Oknoplastu.

Giuseppe odkrywa Włochy

To właśnie dzięki umiłowaniu perfekcji jest Inter Mediolan. Bo historia z włoskim klubem na dobre zaczęła się około 2007 r. Wtedy właśnie właściciele Oknoplastu szykowali się na podbój włoskiego rynku, gdzie okna sprzedają się także zimą.

W tym samym czasie włoski projektant i biznesmen Giuseppe Bencivenga jeździł po Polsce, szukając kontrahentów lub wspólników do sprzedaży okien z Polski w jego ojczyźnie. Jak to Włoch — jeździł od Suwałk po Wrocław i wszędzie kręcił nosem, nie widząc wystarczającej estetyki i jakości, by przebić się do wymagającego Europejczyka z zachodu kontynentu. Oknoplast był ostatni na liście.

— Jeśli tu mi się nie uda, to porzucam pomysł — przysiągł sobie, czekając na spotkanie z Mikołajem Plackiem. Niepotrzebnie. Dziś Bencivenga to koło zamachowe eksportu firmy z Ochmanowa, świetnie zna śmietankę włoskiego biznesu, otworzył drzwi dla okien z Polski. Tajemnicą poliszynela jest, że gdyby nie reputacja Bencivengi i jego wsparcie, Oknoplast za Chiny Ludowe nie trafiłby do Interu.

Choć Adam Placek może tu mieć odmienne zdanie.

— Przez lata podpatrywałem, jak są zarządzane firmy na Zachodzie, śledziłem decyzje tamtejszych menedżerów. I krok po kroku przyspieszałem w biznesie. Lata temu dla dostawców na przykład z Niemiec byłem Kopciuszkiem. Patrzyli na mnie z lekceważeniem, jakbym z Mozambiku był. Dziś to my twardo negocjujemy z nimi warunki handlowe — podkreśla Adam Placek.

Przy czym cała ta akcja z Interem to rozgrzewka. Atak na Europę dopiero się rozkręca. 2014 r. ma być kolejną przełomową datą w historii firmy. Wejdzie nowa technologia, ruszy platforma informatyczna, proces produkcji usprawnią doradcy, którzy niegdyś wspierali Toyotę.

— Rezerwy i pomysły mamy, że ho, ho! Trzeba tylko umieć przykręcać śrubkę — przekonuje biznesmen. Wracamy z najnowszej hali na skróty przez parking. Mroźny wiatr sprawia, że mimowolnie przyspiesza się kroku. A prezes zwalnia, wdycha głęboko powietrze. Cieszy się. Przypomniało mu się coś? — Lubię taki mrozek. Na rowerze wtedy jeżdżę 20 kilometrów i jestem inny człowiek — przyznaje.

W lecie przyjeżdża jednym z dwóch ukochanych Harleyów, czasem poszaleje na quadzie lub motorze crossowym. Twierdzi, że od kiedy porzucił prezesurę, odmłodniał o dekadę. Z przyjemnością uczy się cieszyć bogactwem. Inwestuje, trochę dla sportu, w niewielkie start-upy, takie jak np. Eco Sac, producent papierowych toreb na zakupy, lub w pakiet udziałów w jednym z domów maklerskich.

Jeszcze bardziej zaangażował się w filantropię, namiętnie kupuje prace kilku współczesnych malarzy. A kiedy nie w pracy, to w podróży. Gdy na lotnisku na terminalu VIP siedzi obok słynnego piłkarza i znanej modelki, nie wzrusza go to. — Wtedy nakręca mnie co innego — fakt, że lecę do Marrakeszu, gdzie w kameralnym hotelu spędzę z rodziną kilka niezwykłych dni — wyznaje.

Biali w dżungli

Nie pogardzi też męskim wypadem z zaprzyjaźnionymi obieżyświatami. Podróżują od Afryki po Amerykę Południową. Bynajmniej nie boso przez świat, owszem, z dawką przygody, ale jeśli spać, to zwykle w porządnym hotelu — po co tracić noc na łapanie pluskiew? Gdy człowiek niewyspany, to i nie będzie miał siły na zabawę.

— W Brazylii zrobiliśmy sobie wycieczkę łodziami w dżunglę. Anakondy, piranie, ale też wioska, dość prymitywna. Wchodzimy do czegoś na kształt miejscowego baru, muzyka gra, przewodnicy załatwili piwo. Zróbmy dyskotekę! — zaproponowałem.

Zaraz zlecieli się wszyscy z wioski, tańce do rana. Po kilku tygodniach dżungla wciąż żyła tym, że sześciu białych taką imprezę zrobiło — śmieje się Adam Placek. I koniec końców, opalony brazylijskim słońcem albo wysmagany wiatrem po rowerowej przejażdżce i tak trafia do Ochmanowa. Ot tak, żeby śrubki podokręcać. Ale o tym cicho, sza!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: KAROL JEDLIŃSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Perfekcjonista z ligi mistrzów