W 2010 r. w liście otwartym do przewodniczącego Fedu, podpisanym przez znanych inwestorów i ekonomistów, ostrzegano przed QE jako zalążkiem dewaluacji waluty i ostatecznie hiperinflacji. Później, 6 maja 2010 r., rynek implodował – o godzinie 14:32 czasu nowojorskiego 1,2 bln USD wyparowało w 36 minut. Akcje spółek, takich jak Procter & Gamble czy General Electric, straciły ku przerażeniu inwestorów jedną trzecią kapitalizacji.
– To jak obserwowanie pękającej tamy. Pewnego dnia, nie wiem kiedy, będzie kolejne trzęsienie ziemi – ostrzegał James Angel, profesor Georgetown University.
Ogromny deficyt fiskalny i bezrobocie na najwyższym poziomie od 40 lat dały republikanom miażdżące zwycięstwo w wyborach uzupełniających. Stosunek zadłużenia do PKB w trzy lata wzrósł o jedną trzcią do 90 proc. i dotychczas rutynowa operacja podwyższenia limitu zadłużenia zamieniła się w polityczne starcie dekady. Niewypłacalności państwa ostatecznie uniknięto, ale konsekwencje pozostały. Agencja S&P po raz pierwszy w historii obniżyła rating USA ze względu na niestabilność polityczną.
Tak dziś oczywisty potencjał rynku amerykańskiego był wtedy mrzonką, łącznie z technologicznym rynkiem byka. IPO Facebooka (dziś Meta) odbyło się w maju 2012 r. - trzy miesiące później kurs spadł o ponad 30 proc. Największa w historii oferta publiczna spółki technologicznej okazało się całkowitą porażką. W 2013 r. indeks S&P 500 był na tym samym poziomie, co w 2000 r. Amerykańska hossa, którą znamy, nie była oczywista – kto chciałby inwestować w państwie o niestabilnym systemie finansowym, słabnących instytucjach i z mocno zadłużonym konsumentem?
Dekadę temu rynki wschodzące były w okresie boomu – również miał on swoje początki w kryzysach, takich jak azjatycki w 1997 r., rosyjski w 1998, brazylijski w 1999 czy argentyński w 2000 r. Wówczas w USA trwała internetowa gorączka i inwestowanie w niestabilnych politycznie i fiskalnie państwach było dla inwestorów pozbawione sensu. A jednak, od 2002 do 2012 r. indeks MSCI Emerging Markets wzrósł o 350 proc., sześciokrotnie bijąc wynik S&P 500 za ten okres. W IV kwartale 2012 r. napływy do ETF-ów były rekordowe, a inwestorzy rozważali trwały re-rating rynkó wschodzących i wyższą alokacje z racji lepszych perspektyw wzrostu. To był najlepszy moment na wyjście.
Tak, jak na rynkach wschodzących w 2000 r. i w USA w 2010 ., tak pesymizm względem rynku chińskiego przychodzi dziś bez żadnego wysiłku. Mark Mobius, weteran rynków wschodzących, Jamie Dimon, prezes JP Morgan czy Adam Posen, prezes wpływowego Peterson Institute, zgodnie ostrzegają przed inwestowaniem w Chinach. Mimo podwojenia PKB od 2011 r., zysk na akcję z indeksu MSCI China nie zmienił się, a poziom indeksu jest niewiele wyższy od covidowego minimum.
Czy warto inwestować w państwie autorytarnym, o trudnym reżimie regulacyjnym, z silnie zadłużonym i nieskorym do wydatków konsumencie, długotrwałym kryzysem na rynku nieruchomości i potencjałem na konfrontację militarną? Oczywiście, że nie. Jednak jak zauważył Sherlock Holmes – nie ma nic równie złudnego, niż oczywisty fakt.
