Nie staramy się jednak przerażać czytelników ludzką tragedią i statystykami. Choć to właśnie tragedia ludzi, którzy ucierpieli w wypadkach, lub rodzin tych, którzy zginęli, jest główną motywacją starań o poprawę bezpieczeństwa, to nie można zapomnieć o pieniądzach. Ogromnych.
Z polskich firm, szczególnie małych i średnich, uciekają setki tysięcy złotych. Rzeka pieniędzy znalazła ujście w źle zarządzanych lub w ogóle niezarządzanych flotach samochodów wykorzystywanych do pracy. Do tego dochodzi ryzyko odpowiedzialności karnej. Innymi słowy: kto, prowadząc firmę i wykorzystując do tego celu samochody, nie dba o zarządzanie flotą, ryzykuje upadłością. Przesada?
Niekoniecznie. Działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa są w polskich MŚP odbierane najczęściej jako niepotrzebny wydatek, bez szans na zwrot. Dlatego, jeśli nawet firma inwestuje w proste szkolenia z techniki jazdy, wydatki te są cięte jako pierwsze w okresach spowolnienia gospodarki. Tymczasem ani szkolenia na płytach poślizgowych niczego nie gwarantują, ani rezygnacja z nich nie jest oszczędnością. Bezpieczeństwo floty samochodowej (niezależnie od jej wielkości) należy traktować jako bezpieczeństwo finansowe firmy, element zarządzania nią, a wydatki na ten cel jako inwestycję. O bardzo dużej stopie zwrotu.
Średni koszt utrzymania auta w firmie wynosi 1893 zł brutto miesięcznie. To dane z badania przeprowadzonego prawie dwa lata temu przez „Puls Biznesu” i firmę Safety Logic w 200 małych i średnich firmach. Chodzi wyłącznie o wydatki na paliwo, ubezpieczenie i naprawy (bez amortyzacji i finansowania zakupu floty). A zatem 32-samochodowa flota (średnia liczba aut w firmach biorących udział w badaniu) kosztuje 726 912 zł brutto. Stosunkowo łatwo o redukcję wydatków na ubezpieczenie i naprawy. Można to zrobić, wprowadzając wewnętrzne regulacje dotyczące floty i system nagród oraz przekazując kierowcom podstawową wiedzę na temat ekojazdy i bezpieczeństwa. Niewielka, tylko 5-proc. redukcja tych kosztów pozwala zwiększyć zyski firmy o 36 340 zł rocznie. Niestety, właściciele większości małych i średnich firm nie widzą problemu. Nie widzą (lub widzieć nie chcą) uciekającej gotówki. Najgorzej jest w małych firmach. Rola „kierownika floty” sprowadza się do odpowiedzialności „przy okazji” za przeglądy, sezonową wymianę opon i zgłaszanie szkód. Tymczasem brak tzw. polityki flotowej może wpędzić zarząd lub właścicieli firm w poważne tarapaty. Nie tylko finansowe. To pracodawca prowadzący działalność, która stwarza możliwość wystąpienia nagłego niebezpieczeństwa dla zdrowia lub życia pracowników, jest zobowiązany do działań zapobiegających takiemu niebezpieczeństwu (art. 224 par. 1 Kodeksu pracy). Niestety, mało kto przykłada do tego wagę.
Na koniec zachęta. Z życia. Firma handlowa. 200 samochodów we flocie. Inwestycja w poprawę bezpieczeństwa — około 60 tys. zł. Oszczędności? Ponad 600 tys. zł — i to na samym ubezpieczeniu. O innych profitach płynących z dbania o bezpieczeństwo firmowych flot i o tym, jak to robić, będziemy regularnie pisali w czwartkowych wydaniach „Pulsu Biznesu”.