Formalnie nikt nie zgłosił jeszcze choćby projektu, ale ludność Grecji już wie o wyjściu z Eurolandu i na gwałt gromadzi zasoby gotówkowe. Wyrwane z banków pieniądze będą trzymane w skarpetach, ale przynajmniej będą. Wszak reaktywowana drachma szybko stanie się sianem skażonym inflacją. Panicznego czyszczenia nie wytrzyma żaden system bankowy, więc nieuchronnie nastąpi zamrożenie kont — coś jak u nas w stanie wojennym. I od tej chwili Grecja zacznie się staczać coraz szybciej po równi pochyłej poza Euroland.
Pamiętam bytność w tym pięknym kraju w roku bodaj 1986, czyli pięć lat po jego wstąpieniu do Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. W zasobnych sklepach szczęśliwi ludzie mieli wszystko z importu, a przy tym nic nie musieli robić! Miejscowe były jedynie marmury, feta oraz ohydne anyżowe ouzo. Od tamtego czasu w kształtowanej przez kilka tysięcy lat greckiej mentalności absolutnie nic się nie zmieniło. Dlatego tak zdumiewa naiwność twardego jądra Unii Europejskiej, że Grecy z dnia na dzień dobrowolnie założą finansowy kaganiec. W tym wypadku polityczna poprawność staje się wyjątkowo kosztowna. Zamiast spojrzeć prawdzie w oczy i wyrwać wreszcie poduszkę spod głowy bankruta, kolejne szczyty Rady Europejskiej jeszcze długo będą przyjmowały odnoszące się do Grecji konkluzje pełne abstrakcji.
Decydentów przeraża finansowa skala tej nieuchronnej operacji, dlatego odsuwają ją w czasie. Europejski Bank Centralny, Międzynarodowy Fundusz Walutowy oraz kraje Eurolandu posiadają greckie wierzytelności warte co najmniej 200 mld EUR. Ale to zaledwie wierzchołek góry lodowej, bo gdy Grecja formalnie opuści unię walutową, jej członkowie będą musieli zapłacić niezrównanie więcej za zaszczepienie się przeciwko zarazie.