Władcy kraju bardzo jednak chcieli w Wielkim Tygodniu zafundować może nie tyle całemu społeczeństwu, ile przede wszystkim rynkom finansowym spersonalizowany prezent – przeforsować w Sejmie powołanie Adama Glapińskiego na kolejną (i zarazem jego ostatnią) kadencję 2022-28 na stanowisko prezesa Narodowego Banku Polskiego (NBP). Wszystko zostało przygotowane, przed bardzo krótkim dodatkowym posiedzeniem Sejmu 13 kwietnia – obejmującym wyłącznie blok głosowań – trwało zmasowane przygotowanie propagandowe. Zwłaszcza zasilana dodrukowanymi miliardami (taka jest finansowa istota mechanizmu obligacji) TVP opiewała osiągnięcia dotychczasowego prezesa banku centralnego jako arcymistrza walki z inflacją oraz współautora – jak to sam Adam Glapiński z lubością określa – polskiego cudu gospodarczego.
Hosanna została jednak odłożona, na razie trudno powiedzieć, do kiedy. Przyczyną był nie tyle sam przebieg bardzo długiego, trwającego ponad 3,5 godziny środowego posiedzenia Komisji Finansów Publicznych, ile wynik jej głosowania. Komisja liczy 59 członków, PiS oczywiście zagwarantowało sobie w niej przewagę, w wyrażeniu opinii wzięło udział tylko 54 posłów – i nieobecności miały znaczenie. Kandydatura Adama Glapińskiego na prezesa NBP została zaopiniowana pozytywnie, ale rezultatem jedynie 27:26, przy 1 głosie wstrzymującym się. Takie zwycięstwo… wystraszyło PiS przed forsowaniem z marszu już pół godziny później głosowania na sesji plenarnej, albowiem mogło okazać się pyrrusowe. We wszelkich głosowaniach komisyjnych obowiązuje większość zwykła i takową kandydat oczywiście uzyskał. Przy powoływaniu prezesa NBP przez Sejm wymagana jest jednak większość bezwzględna, w której wszelkie głosy wstrzymujące się sumowane są z przeciwnymi. Gdyby przeliczyć wynik komisyjny zgodnie z przepisem ogólnosejmowym – padł jedynie remis 27:27 i kandydatura nie przeszła… Oczywiście głosowanie komisji, zwłaszcza przy uwzględnieniu nieobecności, nie jest podstawą do dokonywania projekcji na hipotetyczny wynik w Sejmie, ale strach zajrzał PiS w oczy. Uwzględniając kilka trafiających się zawsze nieobecności, naprawdę całkowicie realnie wygląda taki np. wynik: 228 wyłącznie PiS-owskich głosów za powołaniem prezesa NBP, na drugiej kupce (przypominam – suma przeciwnych i wstrzymujących się) także 228 i wobec remisu Adam Glapiński trafia do sejmowego kosza…

Wniosek Andrzeja Dudy o przedłużenie dotychczasowemu prezesowi NBP kierowania bankiem na sześciolatkę 2022-28 wpłynął do Sejmu bardzo dawno. Prezydent podpisał już 11 stycznia 2022 r., zarejestrowany został 12 stycznia. Notabene władcy ujawnili to z dużym opóźnieniem, dopiero 29 stycznia – naprawdę trudno pojąć, czemu przez kilkanaście dni skrywali. Kadencja Adama Glapińskiego 2016-22 upływa dopiero 21 czerwca, czyli na rozstrzygnięcie pozostaje jeszcze sporo czasu. Znaczne wyprzedzenie wobec kalendarza należy ocenić oczywiście pozytywnie, ponieważ obsadzenie szefa NBP przed terminem miałoby efekt stabilizacyjny, bez względu na to, jak kto ocenia pierwszą kadencję prezesa. Ponieważ jednak powołanie wisi na dosyć cienkim włosie, PiS postanowiło rozegrać ryzykowny temat w swoim stylu – z zaskoczenia, gdy z analiz politycznych wynika, że trafia się sprzyjająca sytuacja. W środę Jarosław Kaczyński musiał jednak wydać rozkaz do wycofania się i czekania na kolejną okazję.