Piwo warzone w fabryce ołówków

  • Ewa Bednarz
opublikowano: 17-09-2021, 14:30

Krzysztof Cyronek jako nastolatek spróbował piwa z małego rzemieślniczego browaru i od razu zakochał się w jego aromacie i smaku. Dzisiaj ma 25 lat, od ponad roku własny browar i pub – a właściwie brewpub – i wiernych klientów, których z dnia na dzień przybywa. Początki nie były jednak łatwe. Pozwolenie na start dostał 12 marca 2020 r. – dzień później był pierwszy lockdown.

Prosto z tanka:
Prosto z tanka:
Na gości browaru Otwarte Bramy, założonego przez Krzysztofa Cyronka, czeka kilka stylów piwa – płynącego przewodami ze zbiorników do baru – i przekąski robione na miejscu. A wszystko w industrialnym klimacie przypominającym o przemysłowej przeszłości Pruszkowa.
Marek Wiśniewski

Browar Otwarte Bramy mieści się budynku wynajętym w dawnej pruszkowskiej Fabryce Ołówków St. Majewskiego, w której produkowano również znane kredki Bambino. Dokładnie w dawnej remizie strażackiej. Stąd nazwa.

– Budynek powstał w 1955 r. Przez ogromne drewniane bramy wyjeżdżała z niego zakładowa straż pożarna na teren fabryki. Postanowiłem te bramy zdjąć, a w ich miejsce wstawić duże szklane drzwi, aby było wyjście do naszego ogródka i widok na naszą warzelnię z każdego stolika. Tak ładnych bram nie mogłem jednak wyrzucić. W trakcie remontu postanowiłem więc, że zostaną oszlifowane i odnowione. Teraz razem z metalowymi okuciami stanowią całą konstrukcję baru, a bar mamy długi, bo może przy nim usiąść 15 osób – opowiada Krzysztof Cyronek.

Przedwojenne inspiracje

Nic nie zapowiadało, że zostanie piwowarem. Wychowywał się właściwie w kuchni, ponieważ jego rodzice byli związani z gastronomią. Teraz prowadzą restaurację – również w jednym z budynków fabryki.

– Od wczesnego dzieciństwa bawiłem się gotowaniem. Lubiłem wszystko robić od podstaw, bez żadnych półproduktów. Robiłem więc makarony, piekłem chleby. Taką też kuchnię prowadzą moi rodzice. Restauracja Ucieranie Treści znajduje się w budynku, w którym produkowano kredki. Dawniej w miejscu, w którym dzisiaj stoją stoły, były młyny, w których mielono grafit, a w żargonie robotników nazywano ten proces ucieraniem treści. Tak więc zostało – wyjaśnia Krzysztof Cyronek.

O fabryce wie chyba wszystko. Rodzinie udało się nawet zdobyć zdjęcia zakładu i robotników niemal sprzed stu lat. Dzisiaj mogą oglądać je goście przychodzący coś zjeść.

Kuchnia też jest specyficzna, nawiązująca do przedwojennej kuchni robotniczej. Nawet karta dań wygląda jakby ocalała z dawnych lat. Jest w niej gęś pieczona, schab z żebrami i skórą, kaczka, cynaderki, przekąski zimne i ciepłe. Nie ma natomiast coli, bo jak podkreślają gospodarze, żaden z naszych dziadków jej nie pił.

Krzysztof Cyronek, kiedy już wiedział, że chce zostać browarnikiem, pomyślał, że dobrze by było dołączyć do menu warzone rzemieślnicze piwo. Stąd wybór miejsca na browar.

Siedem lat drogi do ideału

Nietypowy bar:
Nietypowy bar:
Budynek, w którym mieści się browar, powstał w 1955 r. Przez ogromne drewniane bramy wyjeżdżała z niego zakładowa straż pożarna. Postanowiłem te bramy zdjąć, a w ich miejsce wstawić duże szklane drzwi. Tak ładnych bram nie mogłem jednak wyrzucić. Zostały oszlifowane i odnowione. Razem z metalowymi okuciami stanowią całą konstrukcję baru – opowiada Krzysztof Cyronek.
Marek Wiśniewski

Przygodę z piwem zaczął sześć lat temu. Tuż po 18. urodzinach odkrył, że piwo też można zrobić od podstaw – w kuchni.

– Zacząłem czytać receptury, a ponieważ wtedy wydawało mi się to dość łatwe, znalazłem sklep w internecie, w którym można było kupić wszystkie potrzebne surowce, trochę sprzętu, większy palnik i większy garnek. Pierwsze piwo warzyłem, kiedy restauracja była nieczynna we wrześniu 2014 r., pomagał mi tata. Po pierwszej i drugiej warce odkryłem, że jednak o produkcji piwa niewiele wiem – śmieje się.

Zaraz po maturze zaczął więc pracować w warszawskim pubie Jabeerwocky z piwem rzemieślniczym.

– Wtedy poznałem wiele osób związanych z branżą browarniczą. Dużo się dowiedziałem o samym piwie, stylach, o jakich nigdy wcześniej nie słyszałem. Zorientowałem się, że nawet klienci znali się na piwie dużo lepiej niż ja. Miałem też styczność z ludźmi, którzy warzyli piwo na komercyjnym sprzęcie. Chłonąłem więc wiedzę cały czas – wspomina piwowar.

To wtedy nabrał pewności, że chce robić piwo. Po dwóch latach pracy w pubie zatrudnił się w browarze rzemieślniczym przy produkcji. Jednocześnie zaczął załatwiać pozwolenia niezbędne do otwarcia własnego biznesu.

– Najważniejszym dokumentem była tzw. decyzja środowiskowa, w której trzeba wykazać każde możliwe oddziaływanie browaru na otoczenie i spełniać takie same warunki, jakie są stawiane wielkim browarom. Papierologia zajęła więc ponad dwa lata. Ostatnie pozwolenie dostałem od sanepidu 12 marca, a już następnego dnia okazało się, że jednak pubu otworzyć nie mogę – opowiada Krzysztof Cyronek.

Trudne momenty…

Kolejne dwa miesiące mógł tylko pracować nad udoskonalaniem receptur na warzenie piwa i szukać pomysłu na menu.

– To był trudny czas. Byliśmy gotowi do startu, potrzebowaliśmy ze dwa, trzy tygodnie, aby zacząć, a nikt nie wiedział, kiedy ten start może nastąpić. Na szczęście nie uwarzyłem piwa, bo w zbiornikach by się zmarnowało – dziś cieszy się z tego.

Na wyprodukowanie konkretnego gatunku piwa potrzebny jest przynajmniej miesiąc, a nie wszystkie gatunki mogą długo leżakować.

– My podajemy jak najświeższe, nalewane prosto ze zbiorników. Na razie mamy trzy tysiąclitrowe zbiorniki do fermentacji i sześć do leżakowania, ale już się okazuje, że to za mało. Dotarliśmy prawie do maksimum wydajności browaru. Jeszcze piwa nie zabrakło, ale to się może zdarzyć. Staram się utrzymywać pięć różnych piw, więc dostawienie kilku zbiorników może się okazać konieczne już niedługo – mówi Krzysztof Cyronek.

Pub, założony z oszczędności właściciela, mógł ruszyć 18 maja. Huczne otwarcie nastąpiło w sobotę 23 maja 2020 r., bo jak mówią rodzice piwowara – biznes się udaje wtedy, gdy ruszy w środę lub w sobotę. Postanowił więc nie kusić losu i poczekać.

Browar mógł się prężenie rozwijać tylko do października, a więc do drugiego lockdownu.

– Widziałem, że w kraju dzieje się nie najlepiej, więc zdążyłem trochę produkcję wyhamować. To, co mieliśmy, sprzedawaliśmy na wynos. Wielu klientów czuło z nami solidarność, wspierało nas i chętnie przychodziło po odbiór butelek. W ten sam sposób działała też restauracja – wspomina trudny okres.

O opłacalności działalności nie był mowy, ale udało się przetrwać i utrzymać pracowników.

– Nie chciałem sprzedawać piwa w butelkach, bo jestem zwolennikiem utrzymywania jakości. Piwo przelane do butelki nie jest już takie dobre następnego dnia, ale nie było wyjścia. Teraz też nie mamy, bo lockdowny przyzwyczaiły ludzi do kupowania na wynos i teraz też się tego domagają przy wyjściu od nas – śmieje się.

…i wreszcie sukces

Kwestia smaku:
Kwestia smaku:
Piwo degustowane prosto ze zbiornika leżakowego smakuje inaczej niż to samo piwo przelane do butelki – uważa właściciel Otwartych Bram.
Marek Wiśniewski

Biznes szybko się teraz rozwija. Krzysztof Cyronek wciąż jednak wraca pamięcią do pierwszego otwarcia.

– Było bardzo głośne, bo to był pierwszy moment, kiedy ludzie mogli wyjść z domów i się spotkać w restauracji czy w pubie. Nasz browar jest też jedynym w okolicach Warszawy, do którego można się wybrać i napić piwa na miejscu. Ludzie siedzieli więc w pubie po kilka godzin. Teraz też mamy bardzo dużo gości, którzy chętnie piją nasze piwa. Chwalą nas – cieszy się piwowar.

A to dopiero początek jego drogi zawodowej.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane