Płacimy cenę za reputację burzycieli imperium

Janusz Lewandowski
opublikowano: 2005-01-28 00:00

Putin nie wylądował w Krakowie (w planowym terminie, dopiero następnego dnia), a Juszczenko nie wylądował w Brukseli. Różnica jest taka, że prezydent Ukrainy chciał, ale nie mógł, bo chce do Europy, prezydent Rosji zaś zrobił sobie alibi ze złej pogody. Dał nam do zrozumienia, że się nie układa. Mniejsza o oficjalne wizyty, lecz to się odbija na gospodarce.

Wraca pytanie, ile — w ekonomicznym sensie — warto płacić za wartości i zasady. Polska płaci cenę za reputację głównego burzyciela rosyjskiego imperium. W imię zasad reagujemy, co pokazała asysta przy „pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie. Skutkiem jest cały katalog utrudnień i spraw zaległych z Rosją. Od 1 maja 2004 r. wszelkie handlowe zatargi powinny być problemem Brukseli, a nie Warszawy, ale komisarze nie zawsze mają refleks, a Rosjanie potrafią rzucać kłody pod nogi. Straty są po obu stronach, bo gospodarczo jesteśmy na siebie skazani. Pomimo utrudnień, Rosja jest drugim po Niemczech odbiorcą naszej żywności i obiecującym rynkiem w ogóle. Mało kto wie, iż Rosja mieści się w dziesiątce największych inwestorów kapitałowych w Polsce, ale każdy wie, że jesteśmy przyspawani do rosyjskich ropociągów i gazociągów.

Dawanie świadectwa wartościom zawsze ma jakąś cenę, do czego Polacy są przyzwyczajeni. W tym akurat przypadku cena byłaby mniejsza, gdyby gospodarka oderwała się od polityki. W Polsce tak z czasem będzie, ale Rosja zmierza, niestety, w odwrotnym kierunku...

Janusz Lewandowski, europoseł PO