W górę
Elżbieta Bieńkowska
Kierując od sześciu lat resortem rozwoju regionalnego, nie uznawała tytułowania jej „ministrą”, ale teraz ma większy problem — dwa miesiące przed 50. urodzinami została „wicepremierą” i „superministrą”. W kryzysowym położeniu gabinetu Donalda Tuska stała się jego ostatnią nadzieją na odwrócenie trendu spadkowego. Łącząc dwa ważne resorty, to w jej ręce premier praktycznie złożył cywilizacyjny rozwój Polski w najbliższych latach. Nowa wicepremier najbardziej imponuje tym, że naprawdę nie pcha się na afisz. W 2007 r. została ministrem, nie znając premiera, z polecenia śląskich działaczy PO, ale jako bezpartyjny fachowiec dobrze radzący sobie z zagospodarowywaniem unijnych pieniędzy na poziomie województwa. W 2011 r. została poproszona przez PO, jako konsekwentnie bezpartyjna, o kandydowanie do Senatu w okręgu obejmującym jej rodzinne Mysłowice — i mandat zdobyła niemal automatycznie. Elżbieta Bieńkowska nie ukrywa, że senatorem wybitnym nie jest, bo czas poświęca głównie obowiązkom ministra. Na różnych biznesowych i medialnych galach regularnie odbiera statuetki i dyplomy. Raz była jednak szczerze wzruszona — otrzymując Nagrodę Kisiela 2011, przyznaną za „mnożenie przez dzielenie”. Pozostańmy przy nadziei, że po jej rządowym awansie tamto uzasadnienie zachowa aktualność.
Mateusz Szczurek
38-letni nowy minister finansów od pierwszych godzin na rządowej posadzie przechodzi do historii — jeszcze nigdy szef tak strategicznego dla państwa resortu nie został wybrany przez premiera w trybie… łapanki. Co potwierdza, jak strasznie trudne zadania stają przed następcą Jacka Rostowskiego. Doktor Mateusz Szczurek jest uznanym przez rynki finansowe pragmatykiem, ale teoretykiem. Całe dotychczasowe życie zawodowe spędził w grupie bankowej ING. Nie ma żadnego doświadczenia w administracji publicznej, nie ma także jakiegokolwiek doświadczenia i zaplecza politycznego. Ale to akurat może okazać się jego wielkim atutem — jest symbolem bezpartyjnego fachowca, a właśnie tacy powinni w Polsce rządzić, przynajmniej według uczestników badań społecznych.
W dół
Krzysztof Kilian
Jako młoda gwiazda liberałów był konstytucyjnym ministrem już dwie dekady temu — z rekomendacji m.in. Donalda Tuska kierował w rządzie Hanny Suchockiej w latach 1992-93 resortem łączności. Dlatego nie dziwiło, że półtora roku temu premier obsadził w fotelu prezesa Polskiej Grupy Energetycznej (PGE) zaufanego, wieloletniego przyjaciela. Układ ten szybko zaczął się jednak sypać, ponieważ po latach obracania się w biznesie Krzysztof Kilian zaczął postrzegać swoje prezesowskie zadania inaczej niż jego mocodawca. Kością niezgody stała się rozbudowa elektrowni w Opolu. Premier publicznie ogłaszał, że to inwestycja kluczowa dla energetycznego bezpieczeństwa państwa, prezes zaś równie publicznie kontrował, że pomysł mu się nie składa, bo nie przynosi oczekiwanego zwrotu dla inwestorów, którego maksymalizację zarządowi PGE nakazuje przecież kodeks spółek handlowych. Wyjątkowo jaskrawie objawił się problem polityczno-biznesowej kwadratury koła, paraliżującej funkcjonowanie i zarządzanie spółkami z udziałem skarbu państwa. Finał konfliktu był oczywisty — odszedł prezes, a nie premier. Krzysztof Kilian swoją wymuszoną rezygnację uzasadnił „ważnymi powodami”. Trudno przypuszczać, by ta spektakularna dymisja cokolwiek w Polsce na styku polityki z biznesem zmieniła.
Łukasz Boroń
Prezes PKP Cargo odszedł w okolicznościach innych niż sąsiad z tekstu powyżej — wkrótce po propagandowym triumfie, jakim był przygotowywany od miesięcy debiut giełdowy. Prywatyzacja potentata przewozów towarowych szybko okazała się jednak sukcesem pyrrusowym. Rynki poddały ostrej krytyce tryb oferty publicznej, umożliwiający przechwycenie akcji przez inwestorów spekulacyjnych i zarobienie przez nich w debiucie prawie 18 proc. Zarzucono także zbyt niską wycenę wyjściową, przynoszącą straty skarbowi państwa. Po tym skandalu szefowi grupy PKP Jakubowi Karnowskiemu pozostało tylko złożyć Łukasza Boronia w ofierze. Oficjalnym powodem dymisji prezesa PKP Cargo była oczywiście „sytuacja osobista”…
Sukces
Solidarność zielonej międzynarodówki
Ekolodzy to nieuwzględniający realiów idealiści i gdyby ludzkość podporządkowała się ich żądaniom — wykonałaby cywilizacyjny odwrót. Hamują jednak pęd do eksploatowania zasobów Ziemi bez opamiętania. Na pewno zaś imponują kreatywnością, odwagą i solidarnością. Kiedyś walczyli z próbami jądrowymi, a gdy w 1985 r. francuscy komandosi wysadzili im statek „Rainbow Warrior” — organizacja Greenpeace wyprocesowała od Francji 8 mln USD i kupiła nowy. Dwa miesiące temu inny jej statek „Arctic Sunrise” został zaatakowany przez komandosów rosyjskich, ponieważ płynący nim aktywiści usiłowali przywiązać transparent do platformy naftowej na Morzu Barentsa. Rosja oskarżyła ujętych ekologów o… terroryzm i piractwo, ale później zarzuty złagodniały. W zestawieniu z takimi reakcjami państw u nas Greenpeace znajduje warunki wręcz cieplarniane. I przy okazji ONZ-owskiego szczytu klimatycznego COP19/CMP9 zielona międzynarodówka to doceniła…
Porażka
Impreza równie kosztowna, co nieudana
Naprawdę trudno znaleźć uzasadnienie dla zorganizowania przez Polskę 19. konferencji stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w sprawie zmian klimatu (COP19), połączonej z 9. spotkaniem przeglądowym stron Protokołu z Kioto (CMP9) — zaledwie pięć lat po COP14/CMP4 w Poznaniu. Urzędnicy ONZ na pewno byli szczęśliwi, że skazany z góry na brak decyzji szczyt komuś wcisnęli. Jakże naiwne okazały się kalkulacje premiera Donalda Tuska i ministra Marcina Korolca, że jako gospodarze wypromujemy niewątpliwe osiągnięcia Polski w zmniejszaniu emisji dwutlenku węgla od 1990 r. Dla świata liczy się wyłącznie udział czarnej energetyki w naszym bilansie, a zwłaszcza plany jej rozwijania. W takiej sytuacji lepiej było się nie wychylać i nie ściągać na siebie uwagi. Bardzo kosztowna zbiórka na Stadionie Narodowym przeszła do historii głównie z powodu demonstracyjnego opuszczenia jej obrad przez światowe organizacje pozarządowe.
