reportaż Kamil Zaremba stawia we Wrocławiu pierwszy w Polsce dom na wodzie. Jedni pukają się w czoło, inni przysyłają zaliczki, bo też chcą mieć taki.
Ukończył szkołę budowlaną, ale mówi, że w sprawach budownictwa jest zielony. Długo zajmował się fotografią reklamową, potem pracował w Radiu Zet. Kiedy nadszedł boom internetowy, otworzył własny dotcom. Co go podkusiło, żeby mieszkać na wodzie?
— Jestem zapalonym żeglarzem, ale głównie brak pieniędzy na tradycyjny dom. Pomyślałem, że pływający musi być tańszy. Choćby o cenę działki — kalkulował Zaremba.
Podjął decyzję o budowie. Na jej zakończenie dał sobie trzy lata, bo miał świadomość oporu materii — urzędniczej i technologicznej. Nie mylił się.
Od barki do pływaka
Najpierw pomyślał o barce, jednej z tych, które pływały po Odrze. W styczniu 2005 roku pojawił się na ich „zimowisku”.
— Pomyślałem, że wystarczy ją wyremontować i postawić na niej dom. Prawie jedną kupiłem za 50 tys. złotych, czyli w cenie złomu, ale facet się uparł, że sprzeda mi ją na wodzie, nie na brzegu. Stoczniowcy otworzyli mi oczy: pewnie jest tak przerdzewiała, że za rok pójdzie na dno — mówi Zaremba.
Potem szukał wojskowych pontonów z demobilu, stalowych pudeł, po których mogą jeździć nawet czołgi. Jedna przeprawa promowa PP-64 składająca się z 12 pontonów załatwiłaby sprawę. Nie załatwiła, bo po 18 godzinach Zaremba wiedział, że co pięć lat musiałby je wyciągać na brzeg i drapać z rdzy.
Kolejny pomysł, żeby dom unosił się na metalowych zbiornikach robiących za pływaki, narodził się przypadkowo, podczas tankowania gazu na stacji paliw.
— Wymyśliłem, że 10 wielkich zbiorników podobnych do tych, w których magazynuje się gaz LPG, przymocuję do stalowej ramy, na której stanie dom. Jeden z fachowców skwitował krótko: pomysł do niczego, bo co kilka lat musiałbym je malować i zabezpieczać przed korozją — relacjonuje Zaremba.
Inne pomysły: rury PCV i pływadła z tworzywa sztucznego również trafiły do kosza. Ale paradoksalnie jeden, najmniej oczekiwany, zaczął mieć sens. Dom w betonowej misce.
— Zobaczyłem taki w internecie. Długo nie mogłem uwierzyć, że to możliwe. Wyliczyłem, że taki pływak w kształcie wanny ważyłby 130 ton i dawał 250 ton wyporności. Jedno odjąć od drugiego daje 70 ton na dom i jeszcze 50 ton zapasu — mówi Zaremba.
Ponadto beton nie rdzewieje. Wystarczy spojrzeć na wrocławskie mosty stawiane sto lat temu.
Mitręga z urzędnikami
Dwa lata zajęło Zarembie zebranie zezwoleń na budowę. Dla większości urzędników sprawy nietypowe są niczym koszmarny sen, dlatego niemal każde spotkanie musiał zaczynać od formułki: „Przyszedłem do pana, pani, w bardzo nietypowej sprawie”.
Nietypowej, bo polskie przepisy nie przewidują stawiania domu na wodzie. Przez pierwszy rok urzędnicy traktowali go jak oszołoma. W drugim, gdy zauważyli, że nie odpuszcza, traktowali poważnie.
— Podpadam pod cztery ustawy: o żegludze śródlądowej, o ochronie środowiska, o sporcie i rekreacji i pod prawo wodne. W żadnej nie ma słowa o mieszkaniu na wodzie, ale wszystkie zezwolenia już mam. Nie opierają się na konkretnych przepisach, lecz na ich braku. W myśl zasady, że czego prawo nie zabrania, to jest dozwolone — mówi Zaremba.
Kolejne korowody czekały Zarembę w elektrowni, gazowni, wodociągach oraz w urzędzie meldunkowym, a nawet na poczcie. Większość z nich pokonał. Nie wszystkie. Już wie, że dopóki nie wniesie skargi konstytucyjnej, nie dostanie meldunku na barce (na formularzu meldunkowym wpisał: „Odra, 257-258 kilometr, nabrzeże północne”), więc nie będzie tradycyjnego telefonu, elektryczności, a listonosz dostarczy listy po znajomości.
— Prąd i wodę, mając zgodę właściciela nabrzeża, załatwię sobie, robiąc przyłącze, a dzwonić będę przez radiotelefon. Wszystko da się zrobić — przekonuje Zaremba.
Wielka wanna
Zaremba dopina ostatnie formalności i w maju zaczyna budowę. Skończy w lipcu albo w sierpniu.
— Bałem się zaczynać wcześniej, bo po zwodowaniu mogłoby się okazać, że brakuje jakiegoś papierka i urzędnicy kazaliby mi wyciągnąć dom z rzeki — tłumaczy Zaremba.
Projekt parterowego domu pływającego opracował wraz z Pawłem Barczykiem, studentem architektury Politechniki Śląskiej. Fundamentem będzie betonowa 120-tonowa wanna o długości 22 i szerokości 8 metrów. Nietypowa, ze specjalnego hydrotechnicznego betonu lanego w cyklu ciągłym. Jego recepturę specjalnie dla Zaremby opracował Górażdże Heidelberg. Po 20 dniach, gdy beton stwardnieje, wanna zostanie zwodowana.
Przy nabrzeżu portowym zacznie się budowa części mieszkalnej. Wpierw rama z dwuteowników, do której przytwierdzone zostaną ściany z płyty warstwowej firmy Kingspan. Wewnątrz, 220 metrów kwadratowych pomieszczeń. Na dole, poniżej linii wodnej, dwie sypialnie i pokój dzienny. Na górze gabinet i sala konferencyjna. Pośrodku kuchnia, łazienka i patio z zielenią. Dwa olbrzymie tarasy, w tym jeden pokryty trawą. Koszt wyniesie około 350 tys. złotych. Jakieś 1,4 tys. zł za metr. Tanio? Tradycyjny odpowiednik kosztowałby około 800 tys. złotych. Dlatego już są naśladowcy, w Krakowie i w Poznaniu.
Dobry interes
Zaremba nie ukrywa, że gdy zwoduje swój dom, być może zajmie się budową kolejnych, tym razem na sprzedaż.
— Zainteresowanie jest olbrzymie. Piszą do mnie ludzie gotowi wpłacić zaliczkę na swój dom, sądząc, że zajmuję się tym komercyjnie. Piszą firmy z zagranicy. Duński deweloper przysłał nawet prośbę o cennik i harmonogram dostaw 400 pływających domów. Na Zachodzie taki dom jak mój kosztuje około miliona euro — mówi Zaremba.
Nie ukrywa, że w przyszłości mogłyby powstać osiedla pływających domów. Zwłaszcza we Wrocławiu, gdzie tradycja takiego mieszkania istnieje od stu lat. Czyżby powrót do przeszłości? Przekonamy się za kilka miesięcy, gdy z tajemniczego obiektu cumującego na Odrze przy moście Grunwaldzkim opadnie biała płachta i oczom mieszkańców ukaże się pomarańczowy penthouse. n
Dawniej hipisi, teraz artyści
Pływające domy spotyka się na rzekach Holandii, Francji i Niemiec. Niegdyś mieszkali w nich głównie hipisi, dzisiaj gustują w nich artyści. W Ameryce shantyboats służyły za dom rybakom i myśliwym wędrującym wzdłuż rzek. Przez kilka lat mieszkał w takim domu William Faulkner. Dzisiaj shantyboats pełnią rolę drogich domków letniskowych.
Wenecja północy
Wrocław ma długą tradycję mieszkania w domach na wodzie, czego dowodem przedwojenne fotografie. Sprzyjały temu znakomite warunki, bo przez miasto przepływa pięć rzek. Przed II wojną światową zarejestrowano w nim ponad 2 tys. rozmaitych jednostek pływających, działało 39 przystani, kursowały statki wycieczkowe, a w restauracjach na wodzie (w okolicach zoo) urządzano huczne przyjęcia. Z tzw. zatoki gondol można się było wybrać na wycieczkę gondolą. Wszystko wskazuje na to, że po apelu prezydenta Rafała Dutkiewicza, by miasto znów zwróciło się ku Odrze, uda się ponownie zagospodarować rzekę. Wiosną ma zacząć działać restauracja na wodzie urządzona przez właścicieli Hotelu Tumskiego. W planach jest również marina śródmiejska.
Dom przyszłości
Marcin Pampuch, pochodzący z Polski architekt, przedstawił projekt domu na wodzie na organizowanej przez Royal Institute of British Architects wystawie „Future House” w Londynie. Sferyczny obiekt ma trzy piętra, jedno pod wodą. Energię dostarczają baterie słoneczne, a ciepło zgromadzone w dzień na najwyższym piętrze, nocą ogrzewa resztę pomieszczeń.
Miasto na wodzie
Fundacja Animatica (www.animatica.org) ogłosiła w zeszłym roku konkurs architektoniczny na projekt koncepcyjny domu na wodzie. Z 54 prac nadesłanych nie tylko z Polski, jury najwyżej oceniło projekt dwóch Polaków: Konrada Sienkiewicza i Łukasza Traczyka. Głównym celem przy projektowaniu domu na wodzie było stworzenie obiektu mogącego z powodzeniem pełnić funkcję zarówno jednostki samodzielnej, jak również części składowej niewielkiego pływającego miasta. Domy mogą się łączyć, cumować jeden przy drugim, tworząc większe budynki. Wystarczy szybkie i proste zapięcie klamer spajających. Konstrukcja nośna każdego domu stoi na barce zbudowanej z przestrzennych kratownic ze wzmacnianego włókna polimerowego, pokrytych płytami uszczelniającymi.
