Pewnemu radzieckiemu botanikowi, zmilczmy lepiej nazwisko, przypisywano takie oto doświadczenie na zwierzątkach (dosyć okrutne). Ale czego nie robi się dla nauki. Otóż ów uczony złapał muchę. Taką zwyczajną. Wyrwał jej jedną nóżkę i nakazał iść. Mucha ruszyła raźno — w końcu ma aż sześć nóżek. Wnikliwy badacz na tym jednak nie poprzestał i uparcie powtarzał swoje doświadczenie, wyrywając muszce kolejne nóżki i nakazując maszerowanie po laboratoryjnym stole. Z coraz większym trudem, wraz z coraz mniejszą liczbą sprawnych nóżek, mucha ruszała. Ale po wyrwaniu ostatniej, szóstej nóżki, muszka nie ruszyła. Na nic zdało się rosnące zniecierpliwienie wnikliwego badacza, który coraz głośniej i bardziej stanowczo domagał się, by mucha ruszyła z miejsca. Nic. Nic. W końcu botanik zanotował: po wyrwaniu szóstej nóżki mucha traci słuch.
To dokładnie tak samo jak z osławionym już „planem Hausnera”. W toku pozyskiwania sejmowego poparcia, najpierw dla rządu Leszka Millera, a później większości parlamentarnej dla ekipy Marka Belki, tak rosła „wrażliwość społeczna” niektórych ugrupowań, tak obrabiano, zmiękczano, „plan Hausnera”, że jego autor obserwował to z rosnącym niepokojem, coraz mniej go poznając. Aż wreszcie, ostatnio, po wyrwaniu mu ostatnich zębów z całego „planu Hausnera” pozostał jedynie... cudzysłów. No i sam wicepremier. Ale na jak długo?