Początek mamy prawie udany

opublikowano: 11-06-2012, 00:00

EURO 2012

Tytuł nawiązuje do poprzedniego: „Zielona wyspa prawie gotowa” z mojego ostatniego komentarza sprzed EURO 2012. Żeby nie zanudzać już wątkiem inwestycyjnym, podzielę się tylko niedzielnym zaskoczeniem z meczu w Gdańsku: otóż przelotowa trasa tuż przy PGE Arenie na razie jest rozgrzebanym nasypem z piachu, w którym terminowo wykonano wyłącznie… przepusty dla kibiców, niczym dla zwierząt pod autostradami. Co się zaś tyczy otwarciowego remisu Polski z Grecją, to jego największą wartością jest okoliczność, że społeczna akceptacja dla oczekiwanej z takim wytęsknieniem imprezy nie została gwałtownie podcięta, do czego naprawdę było blisko… Cały weekend, gdy karty odkryły trzy turniejowe grupy, uzmysłowił jednak polskim kibicom obiektywizm rankingu FIFA, w którym Polska awansowała z miejsca 65. na 62., Ukraina jest 52., a pozostali finaliści EURO 2012 mieszczą się w przedziale od 1 do 27. Stąd optymizm gospodarzy może opierać się na wierze, chciejstwie, przychylności sędziów oraz liczbie gardeł na trybunach. No cóż, własna publiczność bywa dwunastym zawodnikiem, ale najpierw musi grać tych jedenastu…

Podczas meczu otwarcia łaskawy komputer wlepił mi w medialnym sektorze miejscówkę wręcz fantastyczną. Nie gdzieś wysoko pod dachem, lecz poniżej stanowisk komentatorów telewizyjnych, dosłownie dwa metry nad wykupowanymi za miliony centralnymi lożami, zaraz za miejscówkami prezydentów i rozgałęzionej rodziny UEFA. Ten polityczno-urzędniczy „sektor czarnych garniturów” wizualnie ostro kontrastował z białym T-shirtowym stadionem, no ale kilka szalików też przyodział. Po meczu jednak zdumiał mnie premier Donald Tusk, który w politycznym tiumfalizmie wyraził niedosyt, iż Polska… nie strzeliła jednego gola więcej. Siedzieliśmy w odległości jakichś dwudziestu metrów, ale chyba na innych meczach! Przecież zamiast lamentować, że Polska nie zdobyła trzech punktów za zwycięstwo, wypadało dać na dziękczynną mszę, iż ostał się choć jeden za remis.

Organizacja spotkań jest tak podporządkowana kanonom UEFA, że aż przedobrzona. Dach Stadionu Narodowego można zwijać i rozwijać w kilka minut, zatem trudno pojąć, czemu w piątek decydenci nie reagowali operatywnie, gdy na zewnątrz duchoty po krótkiej przedmeczowej ulewie ustabilizowało się słońce. Za to kapitalnym wręcz pomysłem UEFA, w Polsce nieznanym, jest wielkie europejskie karaoke — przed każdym meczem wyświetlane są na stadionach w oryginalnych językach słowa hymnów, z przesuwającym się zaznaczeniem odpowiedniej frazy.

Realiści na długo przed EURO 2012 przepowiadali, że polska reprezentacja zagra trzy mecze: otwarcia, o wszystko oraz o honor. I ten scenariusz zaczął się realizować. Mnie bardziej odpowiada inna wersja: grecka tragedia, rosyjska ruletka oraz czeski film. W piątek wszystko przebiegało zgodnie z antycznymi kanonami: jedność miejsca, czasu i akcji, występ chóru, tragiczny konflikt dwóch równorzędnych racji, ba, nawet element katharsis. We wtorkowej ruletce natomiast klucz do zwycięstwa leży w fachowym zakręceniu bębenkiem rewolweru…

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu