Na podcast zaprasza BNP

Podczas hossy rozsądek się wyłącza

opublikowano: 12-02-2021, 06:45

Grzegorz Zalewski, ekspert DM BOŚ, mówi o giełdowej gorączce w czasie pandemii i urokach spekulacji

Marek Wiśniewski

Marcel Zatoński: U progu covidowej hossy przestrzegał pan inwestorów, których na giełdzie zaczęło przybywać, by nie myśleli, że „tym razem będzie inaczej". Było inaczej?

Grzegorz Zalewski: Nie jest inaczej, bo ludzie się nie zmieniają. Pewnym plusem jest to, że napływ inwestorów trwa — plusem ze względu na obroty i kondycję branży inwestycyjnej, która trzyma się jako jedna z nielicznych w tym roku. Mamy do czynienia z czymś, co widzieliśmy na rynku już wielokrotnie: w latach 1993, 2000, 2006-07. Teraz różnica jest taka, że można mieć wrażenie, że trend rynkowy nie koresponduje z trendami gospodarczymi, ale nie do końca. Spółki, które odniosły korzyści dzięki pandemii — związane z branżami medyczną, farmaceutyczną i pochodnymi — zyskują w tym okresie. Inwestorzy tylko na to odpowiedzieli i jak w czasie każdej hossy — odpowiedzieli nadmiernie. Reagowali na wszystko, co ich zdaniem mogło być korzystne ze względu na pandemię, niezależnie od tego, czy dotyczyło to spółki, która odnosiła faktyczne korzyści, bo miała ustabilizowany biznes i dostała dopalacz, czy dotyczyło to firm, które jedynie zapowiadały, że zamierzają zarobić pieniądze.

Skupmy się najpierw na tych, których kurs rósł, ale miało to uzasadnienie biznesowe. Mercator Medical tylko w II kw. zarobił więcej niż przez poprzednią dekadę, a prezes Wiesław Żyznowski z milionera stał się miliarderem. Wzrost kursu o kilka tysięcy procent to chyba coś trudnego do powtórzenia?

Może coś takiego jeszcze się wydarzy, jeśli nastąpi nowa moda. Inna sprawa, czy są to powtarzalne i możliwe do osiągnięcia stopy zwrotu. Patrzymy na akcje, widzimy, że w punkcie X były po kilka złotych, a parę miesięcy później są kilkaset czy kilka tysięcy procent wyżej. Pytanie, jak liczna jest grupa tych, którzy w tym wzroście uczestniczyli, a nie weszli np. po 6 zł, po 10 zł oddali, potem przeczekali i wrócili po 20 zł, a następnie zaczęli tracić na korektach. Takich są pewnie tysiące. W przypadku Mercatora najbardziej interesujące jest to, że triumfy święci spółka, która nie posiada jakiejś wyrafinowanej, zaawansowanej technologii, tylko wytwarza najzwyklejsze na świecie narzędzie do pracy medyków, choć oczywiście spełniające obecne standardy dla wyrobów medycznych.

To taka spółka ze starego przemysłu, równie dobrze mogłaby funkcjonować 50 lat temu.

Tak, to jest stary biznes. Przypomina mi się powiedzenie Marka Twaina powtarzane przy okazji gorączki złota — w czasie gorączki złota najlepiej zainwestować w łopaty i kilofy. Pozostałe firmy, które próbowały przyczepić się do przemysłu covidowego, jedynie zapowiadały, że coś zrobią — że za chwilę będą miały lekarstwo, że pracują nad szczepionkami, nad aplikacjami rozpoznającymi chorobę. To wszystko było związane z mniej lub bardziej wyrafinowanymi technologiami, pobudzającymi inwestorów rzeczami w rodzaju start-upów technologicznych. Aż nagle się okazało, że to stary biznes zafunkcjonował.

Czy w czasie takiej hossy warto w ogóle zastanawiać się nad fundamentami biznesowymi firm, czy po prostu inwestować, bo rośnie i można zarobić, a jakie będą długoterminowe wyniki spółki, to już nieistotne?

Jako rozsądny inwestor — podkreślam, inwestor — powinienem mówić, że lepiej nie dać się skusić pięknym gadkom, że lepiej szukać realnych biznesów. Jako spekulant, którym de facto jestem, to wiem, że jest tak: mamy hossę, ludzie szaleją, szukają czegoś, co choć trochę kojarzy się z branżą covidową, i przyklejam się do tego tłumu. Nie ma odpowiedzi na to, co jest lepsze, wszystko zależy od naszej aktywności.

Słowo „spekulant” ma negatywny ładunek emocjonalny, a chyba nie ma nic złego w byciu spekulantem.

To jest wybór. Wszystko się zresztą miesza. Część inwestorów, którzy mówią, że nie są spekulantami, w praktyce nimi są, zależy im wyłącznie na wzroście kursu, a nie na wspieraniu spółki czy korzystaniu z jej produktów. Nie bójmy się tego, że gra giełdowa jest i inwestowaniem, i spekulowaniem, i zwykłą grą w wielu przypadkach. Podczas każdej hossy zdarzają się ewenementy. W czasie bańki dotcomowej w 2000 r. w wyniku braku podaży spółek technologicznych na warszawskiej giełdzie rosły szaleńczo spółki w rodzaju Elzabu — tylko dlatego, że były w jakiś sposób związane z technologią, choć miały prosty, powszechny produkt. Nie jest też niczym nowym, że wychodzi przedstawiciel spółki, zapowiada cokolwiek, a inwestorzy za tym idą. Były np. kiedyś spółki pana Tymochowicza, wychodził prezes, mówił, że „zamierzamy być w WIG20" — i to wystarczało. To zawsze jest zdanie prawdziwe, że „ja zamierzam", a czy to jest możliwe do realizacji, to już zależy od oceny inwestorów. Nasz rozsądek wyłącza się w czasie hossy, gdy widzimy, że wszyscy wokół zarabiają, a my zarabiamy mniej albo wcale.

Podcast Puls Biznesu do słuchania co piątek od rana w twojej aplikacji podcastowej na Spotify i Apple Podcasts oraz na pb.pl/dosluchania

dziś: Jak nie sparzyć się na hossie

goście: Grzegorz Zalewski — DM BOŚ, Wydawnictwo Linia, Agnieszka Gontarek — GPW, Tomasz Wyłuda — Credit Agricole, Adrian Kowollik — East Value Research, Tomasz Chróstny — UOKiK

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Polecane