Poddaj się czy kształtuj

Jacek Konikowski
17-02-2010, 09:17

Podróżnik, filozof. Trochę malarz, ale bardziej poeta. Biznesmen ze szczęśliwą ręką do interesów.

Złożona jest natura Jędrzeja Wittchena. A życie? Podobno dość

Tybet. Okolice Lhasy. Wczesny świt. Z klasztoru Mindrolling wychodzi korowód mnichów. Wśród nich biały człowiek z włosami do ramion. I wierszami Stachury w plecaku. Idą ścieżką w góry — na lodowiec.

Dla mnichów to ważny dzień. Przejdą na kolejny stopień wtajemniczenia. Jeżeli zdadzą egzamin. Po kilku godzinach docierają do celu. Młodzi chłopcy rozbierają się i kładą na lodzie. Biały obserwuje ich wychudzone ciała. Każde mistrz przykrywa mokrym prześcieradłem. Od samego patrzenia robi się zimno.

Teraz muszą udowodnić, że potrafią już panować nad własnym organizmem. Czyli wykrzesać z siebie tyle energii, aby nie tylko odegnać zapalenie płuc, ale przede wszystkim osuszyć wilgotne prześcieradła. Minęły dwie godziny. Zrobili to. Wszyscy. Młody chłopak z Europy długo nie mógł się otrząsnąć po tym, co zobaczył.

Tao, czyli słuszna droga

Pięcioksiąg konfucjański. Księga Dokumentów. W niej chińscy mędrcy zapisali, czym jest daojia. Czyli taoizm, obok konfucjanizmu i buddyzmu główny kierunek tradycji klasycznej filozofii chińskiej. Zapisali enigmatycznie, bo tao ciągle się zmienia, więc trudno je opisać słowami. Więc czym może być tao? To esencja wszechświata, stanowiąca podłoże wszelkich zmian. Swoisty model zachowania. Albo słuszna droga. Tej Jędrzej Wittchen szukał długo.

Lata siedemdziesiąte. Chłopak z małego miasteczka. Bo o Międzychodzie słyszało niewielu. O krainie stu jezior zapewne więcej. Do szkoły chodził — jedynej, która była, do liceum też — jedynego w mieście. Uczył się tego, co akurat uczono. W prowincjonalnym miasteczku trudno o wybory. Ale...

— Fascynowała mnie muzyka. Grałem a to na fortepianie, a to na gitarze. Z kolegami założyliśmy w liceum zespół. Bez nazwy. Reprezentacyjny, dyżurny zespół szkolny. Graliśmy przy byle okazji, od akademii ku czci rewolucji październikowej, po studniówki i zabawy. Grałem na wszystkim — wspomina Wittchen. I dorzuca:

— Byłem też człowiekiem od sprzętu. Wtedy wszystko się psuło, wciąż trzeba było coś przed próbą lub koncertem reperować. Miałem smykałkę.

Słowem: „dualizm humanistyczno-techniczny”. Ale było coś jeszcze, co zadecydowało o życiowej drodze chłopaka z prowincji. Pasja: podróże. Poznawanie świata — tego bliskiego, z czasem — dalszego. Podróże po niedalekiej krainie stu jezior, kilkudniowe szkoły przetrwania, spływy kajakowe, harcerstwo. I znowu: jedyna w mieście drużyna harcersko-żeglarska.

— Mieliśmy własny hangar, łódki, regaty. A sprzęt taki, jak instrumenty, na których graliśmy w zespole: wysłużone omegi i francuskie 420. Gdy mocniej zawiało i wybieraliśmy żagle na blachę, maszty pękały jak zapałki — wspomina Wittchen.

W domu rzadko bywał. Może dlatego, że nie znał odpowiedzi na stawiane przez rodziców pytanie: Jędrzej, czas pomyśleć o życiowej drodze. Kim chcesz być w życiu?

— A ja wtedy nie miałem zielonego pojęcia, co odpowiedzieć. Szarpałem się wewnętrznie. W końcu wymyśliłem: zostanę lekarzem — wspomina nasz bohater.

Wu wei, czyli niedziałanie

Tao mówi: „gęś nie musi się kąpać, by stać się białą, ani Ty nie musisz niczego robić, tylko być sobą”. Jednym z podstawowych pojęć w taoizmie jest „wu wei”. Czyli brak działania. Lub raczej działanie bez wysiłku, w harmonii z Tao. Proces akceptowania i harmonizowania swego działania z nurtem wszechświata (dla jednych to mądrość, dla innych — bełkot). Doświadczając tao i w ten sposób poznając je, człowiek nabywa naturalnej cnoty tej, która pozwala na osiągnięcie harmonii wu wei. Czyli zostaw sprawy swemu biegowi. Co ma być, to będzie.

1980-81 rok. Pierwsze próby Wittchena pokierowania swą drogą życiową spaliły na panewce. Oblał egzaminy na Akademię Medyczną w Poznaniu. I proza życia: wojsko czeka.

— Rzutem na taśmę zdałem na chemię na Uniwersytecie Poznańskim. Byle się gdzieś zaczepić i wyrwać z domu — wspomina Wittchen.

Chemia. Dla humanisty wielka męka. Nie pomagała świadomość, że te wszystkie mole, cząsteczki i stężenia tak naprawdę są w życiu niepotrzebne. Pewne ukojenie dawała poezja.

— Zafascynowała mnie poezja śpiewana zwłaszcza Leonarda Cohena. Miałem nawet kilka własnych wieczorów poetyckich — wspomina nasz bohater.

Po roku kaźni na wydziale chemii przeniósł się na geografię. Ciągnęło go w świat. Tym razem — ten dalszy. Nie wiedział jednego — że geografia, a zwłaszcza geomorfologia, wcale nie jest tożsama z podróżowaniem. Zamiast cząsteczek, wzorów i pierwiastków są iły, moreny i wydmy. Choć indeks studenta wydziału geografii pomagał. W ambasadach i wydziale paszportowym. I to w czasach strajków, Solidarności i stanu wojennego.

— Wymyśliłem historyjkę, że — będąc studentem geografii — realizuję pasje badawcze i dlatego organizuję wyprawy naukowe. I chyba trafiłem na czarną dziurę stanu wojennego, bo pół roku po jego wprowadzeniu stała się rzecz niebywała — dostałem paszport i mogłem wyjechać w świat! Oczywiście, okupione to było zebraniem dziesiątek podpisów, zgód i pieczątek, począwszy od opiekuna roku, a na komendancie milicji kończąc. Ale to niska cena za możliwość zobaczenia świata — wspomina Wittchen.

I pojechał. Na Saharę. Do Maroka — z biletem Aerofłotu do Casablanki i 10 dolarami na tranzyt. Pierwszy kontakt ze światem zza „kurtyną”: międzylądowanie w Berlinie Zachodnim.

— Oszołomienie. Kolory, zapachy, światło. Blichtr. Czułem się, jakbym wyszedł spod ziemi albo strefy, gdzie żyje się za karę. Dla dwudziestolatka to był szok, że można żyć inaczej — opowiada biznesmen.

Studia płynęły od wyjazdu do wyjazdu. Pojawiła się smykałka do biznesu. Musiała, bo wyjazd winien zarobić na siebie i na kolejny. Szkoła życia, organizacji, przetrwania, zarobku. Więc w plecakach kryształy, latarki, filmy ORWO — wszystko, co dało się drożej sprzedać. Wracając z kolejnej eskapady, zahaczył o Francję. Winobranie. I „gigantyczne” pieniądze. Nie na mieszkanie, lecz na nowe trasy. Autostopem do Kairu, wagonem IV klasy po Indiach — w towarzystwie kóz i najbiedniejszych Hindusów, w Himalaje, szlakiem obejścia Annapurny. Do Tybetu. Noclegi w klasztorach, obserwacje medytujących mnichów, przejście na kolejny stopień wtajemniczenia.

— Lata komunizmu nie nauczyły mnie tyle, co te wyprawy — mówi Wittchen, który przez długi czas podążał za swoją pasją i nie próbował tego zmienić.

Zrobiło to życie.

P’u, czyli nieociosany kloc

Innym niezwykle ważnym pojęciem jest P’u (nieociosany kloc, P’u w języku chińskim oznacza uczciwy, prosty). Chodzi o to, że rzeczy w swym pierwotnym stanie posiadają własną naturalną moc. Jest niebywale krucha, delikatna. Odkrycie jej w sobie daje radość i szczęście, gdyż odnajdujemy rzeczy takimi, jakie one są w rzeczywistości, czyli jaka jest ich prawdziwa natura. To także jest powiązane z zasadą wu wei, gdyż nie działamy, czyli nie szukamy innej drogi zastosowania danego przedmiotu, lecz wykorzystujemy jego naturalne właściwości.

„Nagrodą” za magisterkę (nasz bohater zajął się historią geologiczną okolic Konina) był wówczas bilet do wojska. Na rok. Tymczasem Wittchen wyjechał do Francji na winobranie, a po nim na kolejną wyprawę — do Azji.

— Po studiach znowu stanąłem, jak po maturze, na rozstaju dróg, zastanawiając się, co dalej począć ze swoim życiem. Bo kim byłem? Geografem od pagórków i moren. Co mogłem robić? Wszystko i nic. Pieniędzy nie miałem, bo wszystko szło na podróże — wspomina moment odebrania dyplomu.

Wrócił z Azji. I… dobrowolnie zgłosił się do wojska. Ku radości matki, która ponad wszystko ceniła patriotyczne obowiązki. Podchorąży Wittchen nie wspomina źle „zielonych” czasów.

— Byłem saperem. Od min i niewypałów. Ale jakiś pułkownik się pomylił i dostałem przydział do jednostki saperskiej budującej mosty. Kolegów z wojska mam do dzisiaj, z niektórymi łączy mnie biznes — wspomina Wittchen.

Koniec lat osiemdziesiątych. Dwa dni po wyjściu z armii — i już plecak, lotnisko, egzotyka Azji. Bo co było ze sobą począć? Trzy lata Wittchen tułał się po świecie. Praca przy okazji, to w jakimś biurze podróży, to w firmie handlowej i pomoc w nawiązywaniu kontaktów handlowych z Polską. O okrągłym stole, Balcerowiczu, zmianach w kraju dowiedział się z gazet. W samą porę, gdyż:

— Życie tułacza zaczęło mnie męczyć. Ile można? Poza tym urodziła mi się córka. Idealny moment, by się ustatkować! Przemiany gospodarcze w kraju potęgowały te myśli — wspomina Wittchen.

Wigilia 1989 roku. Poznań. Jędrzej Wittchen wraca z Azji do kraju. W portfelu 400 dolarów. W plecaku wytargowane gdzieś na bazarze w Malezji skórzane portfele i torby. Kilka na zapas. Ten zapas rozszedł się błyskawicznie — za gotówkę, z olbrzymią marżą.

Pierwszy nr 1

Wittchen idzie za ciosem. Sprowadza z Malezji — niedużą jeszcze — partię skórzanych drobiazgów. Rozwozi je maluchem po sklepach. I szybko inkasuje spore pieniądze. Przekonuje się do biznesu. Znów wyjazd do Malezji... Znajomy sklepikarz prowadzi go do fabryczki. Dziesięć kobiet przy maszynach do szycia. Efekt: powraca do kraju z pierwszą partią skórzanych wyrobów z wytłoczonym napisem Wittchen. Żeby wyróżnić się z tłumu bez- imiennych z nazwy zakładów produkcyjnych, przedsiębiorstw i fabryk. Dalej historia potoczyła się sama.

— Sprzedawcy, żeby szybciej sprzedać, sami reklamowali je jako włoskie, angielskie lub niemieckie. Pomagało — wspomina Wittchen, dla którego biznes stał się równie pasjonujący jak niegdyś podróże.

Lokalna firma z Poznania szybko zmienia się w ogólnopolską. Rozkręca się. Zatrudnia handlowców. Transport idzie za transportem. Wkrótce pierwsza porażka.

— Trzy lata zmagałem się z produkcją u nas. Bezowocnie. Myślałem, że w kraju, który słynie ze skóry, nietrudno będzie ruszyć. Zatrudniłem najlepszych kaletników, kupiłem najlepsze skóry, maszyny, nici, kleje. Wszystko najlepsze, a jednak nie wypaliło... Nasze torby czy portfele nijak się nie miały do tych z Azji. Nie traciłem czasu na dalsze wnikanie, dlaczego tak się dzieje. Przeniosłem większość produkcji do Azji — przyznaje Wittchen.

Straty nie zabolały. Bo taoista nie walczy z wiatrakami, lecz daje się nieść nurtowi rzeki, w której pływa. Dzisiaj w Polsce Wittchen zatrudnia ponad 400 osób. W Azji — 1000.

Anioł biznesu

Wittchen często sam projektuje — ołówkiem, na kartce. Proste szkice. Grafik, designer. Poeta?

— Gdzieś tam w duszy tli się jeszcze poezja. Duży wpływ wywarł na mnie Edward Stachura, pierwszy buntownik. Jego książki czytałem w podróżach, zwłaszcza po Azji — mówi Wittchen.

Gdy zapytać Wittchena, kim chciałby zostać w drugim wcieleniu, odpowie bez namysłu — Leonardem da Vinci. Tu sztuka, poezja, muzyka, tam komputery i technologia. Z fabrykami komunikuje się przez internet, ze sklepami przez Messengera. W Business Angel Seedfund — wspólnym funduszu venture capital z dwoma innymi biznesmenami — wkłada forsę w obiecujące pomysły (głównie oparte na internecie), które nie każdy jest w stanie ogarnąć i ocenić za pierwszym po- dejściem.

— Niedawno 17 Szwedów zgłosiło się do naszego funduszu z pomysłem na płatności przez komórkę. Pomysł wypalił. SkyCash działa — mówi Wittchen.

Cel: bez celu

Tao jest jak rzeka, która płynie, nie zwracając uwagi na krajobraz. Głosi, że wprowadzanie zmian i stawianie oporu nurtowi życia prowadzi do smutku i nieszczęścia. Człowiek nic w życiu nie musi przewidywać. Robi, co robi — to daje mu szczęście. Tak powie mistrz. Ale uczeń się skrzywi. Życie bez celu? Czy ma sens?

— Dla żeglarza liczy się to, że płynie, a nie port, do którego zawinie. Moim celem w życiu była droga do celu, a nie on sam. Może dla kogoś to banał, ale… Nawet budując firmę, nie sądziłem, że stanie się tym, czym jest dzisiaj. Radowało mnie samo tworzenie. Nie wybiegałem myślami na lata wprzód, malując w wyobraźni wizję znanej międzynarodowej firmy i znanej marki. To przyszło z czasem — przekonuje Wittchen.

Filozofia życiowa naszego bohatera — niezbyt typowa w Europie — może wydać się niektórym kontrowersyjna. Bo cóż to znaczy — niczym się nie przejmować, nie stawiać sobie celów, pozostawić sprawy swojemu biegowi?

— Być może, ale jestem szczęśliwym człowiekiem i nic w swoim życiu bym nie zmienił. Przeżyłbym je tak samo raz jeszcze. Żyję, jak sobie wymarzyłem — zapewnia Jędrzej Wittchen.

I wierzy, że nauki filozofów Wschodu pomogły mu w osiągnięciu sukcesu.

Jędrzej Wittchen
Zobacz więcej

Jędrzej Wittchen

Brązowe złoto

Cena skóry idzie w górę rok po roku. Jeszcze 10 lat temu stopa kosztowała kilkadziesiąt centów. Dzisiaj — prawie 4 dolary. A stopa to niewiele, raptem 30,48 cm. Na prostą teczkę potrzeba 15 stóp. A gdy coś jest drogie i jest go mało, robi się tak, by było więcej i taniej. Czyli kombinuje. A ze skórą kombinacji jest wiele. — Szlachetna skóra to taka z naturalnym licem, zagnieceniami, matowa, o charakterystycznym zapachu. Ale skóra skórze niepodobna. Żeby było taniej, kiepskiej jakości skóry prasuje się i lakieruje sprayem, potem robi z nich tapicerkę samochodową czy damskie torebki. Albo inny sposób. Skóra ma grubość około 3 mm, więc tnie się ją na płaty grubości 1-1,5 mm każdy. Jeden ma lico drugi nie, więc nakłada się na niego folię, która je imituje. Najgorszym rodzajem skóry jest mielona z odpadów. Powstaje maź, z której formuje się płat skóry. Następnie przyklejana jest folia lub nanoszona sprayem farba, imitacja lica. Trochę to pachnie jak skóra, trochę wygląda jak skóra, ale to materiał niskiej jakości... Skóra ma wiele odmian, ale prawdziwa jest tylko jedna. Ta niepozorna — tłumaczy Jędrzej Wittchen.

Jak odróżnić prawdziwą skórę od „wyprodukowanej”? Wittchen kładzie na stole dwie torebki: czarną, niepozorną i wiśniową, błyszczącą. Pierwsza ma naturalne zagniecenia, blizny, zadrapania i pachnie, ma „chwyt”, czyli miękkość i ciepło w palcach, zarysowane lico z czasem się wygładzi. Bo skóra żyje, oddycha, pochłania wodę, więc jest miękka. Druga — gładka, widać że wyszła spod prasy, i połyskliwa za sprawą warstwy tworzywa. Gdyby ją zarysować, pozostanie ślad na zawsze, a kropla wody spłynie po niej niczym po teflonie. To też skóra, ale cienka i pod warstwą lakieru. Taka moda.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Konikowski

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Poddaj się czy kształtuj