Podróże kształcą do zarządzania

Anna Buczyńska
opublikowano: 26-01-2007, 00:00

Definiowanie celu, planowanie, zarządzanie czasem, negocjacje — tego nauczyła mnie wyprawa do Chin, którą odbyłam dwa lata temu.

Czego nauczyła mnie podróż do Chin

Definiowanie celu, planowanie, zarządzanie czasem, negocjacje — tego nauczyła mnie wyprawa do Chin, którą odbyłam dwa lata temu.

Podróż do Państwa Środka stała się dla mnie autentyczną szkołą biznesu. A także szkołą charakteru. Przygotowywałam się do niej jak do wielkiego wyzwania zawodowego. Zaczęłam od określenia celów — długoterminowego, którym były Chiny, ale również wielu małych, krótkoterminowych, czyli poszczególnych regionów bądź miejscowości, do których postanowiłam dotrzeć.

Egzotyczna eskapada okazała się nader skomplikowanym przedsięwzięciem logistycznym. Jeszcze w Polsce precyzyjnie ustaliłam, z jakich środków transportu, gdzie i kiedy skorzystam. Wyznaczyłam także dokładnie miejsca odpoczynku oraz te, które warto zwiedzić. Studiowałam mapy, przewodniki turystyczne, strony internetowe, książki o historii i kulturze tego kraju. Rozmawiałam z ludźmi, którzy tam już kiedyś byli.

Oczywiście, mogłam skorzystać z oferty biura podróży, wykupić wyjazd grupowy. Ale ktoś, kto lubi, aby w życiu zawsze było lekko, łatwo i przyjemnie, także na polu służbowym nie podnosi sobie poprzeczki wymagań.

Planowanie jak w biznesie

Dostałam tylko dwa tygodnie urlopu, a to oznaczało konieczność szczegółowego zaplanowania poszczególnych etapów ekspedycji. Narzuciłam sobie straszny reżim czasowy, deadline’y, tak jak to się dzieje w biznesie. Zdecydowałam, że odległość z punktu A do punktu B nie może przekraczać tysiąca-dwóch tysięcy kilometrów. A dystans ten muszę pokonać maksymalnie w ciągu 48 godzin.

Już na obrzeżach metropolii takich jak Szanghaj czy Pekin, zaczyna się prawdziwa chińska prowincja. A tam angielskim nikt nie włada. Wiedząc o tym, wzięłam jeszcze przed wyjazdem kilka lekcji języka mandaryńskiego. Poznałam podstawowe zwroty, stosowane w życiu codziennym. Po raz pierwszy zrobiłam z nich użytek w Kantonie, kupując bilet u kierowcy autobusu. Brak choćby powierzchownej znajomości chińskiego mógłby postawić pod znakiem zapytania sens dalszej podróży.

Pobyt w Chinach unaocznił mi, jak ważna jest komunikacja — zarówno w życiu prywatnym, jak i w biznesie. A najważniejsza rzecz, jaką wyniosłam z wyprawy? To umiejętność prowadzenia negocjacji. Wprawdzie w uczelni Koźmińskiego miałam taki przedmiot, co więcej — wykładali go wybitni specjaliści, jednak Azjaci w tej dziedzinie nie mają sobie równych. A okazji do nauki było bez liku — zakupy, odwiedzanie galerii, zamawianie taksówki, wybieranie potraw z menu, wynajmowanie pokoju w hotelu.

Do sklepu trzeba wchodzić odważnie i od razu wiedzieć, co chcemy kupić. Jeśli staniemy w drzwiach, okażemy niezdecydowanie, ekspedient będzie nam próbował wcisnąć towar bezwartościowy i zaśpiewa cenę dwa-trzy razy wyższą niż rzeczywista.

Dla Chińczyka w kontaktach międzyludzkich ważna jest mimika, zachowanie kamiennej twarzy jak w pokerze. Istotne są też gesty — bardzo przerysowane. Z tego powodu często wyrażają one więcej niż słowa.

Nauka negocjacji

Poza tym mieszkańców Państwa Środka w negocjacjach wyróżnia cierpliwość i wytrwałość. Do perfekcji opanowali sztukę komplementowania rozmówcy i zauważania postępów w prowadzonych dyskusjach. Zapisują wszystkie ustępstwa — swoje i partnera, by na koniec wykazać, że obie strony skorzystały, idąc na pewne kompromisy. Od stołu musi wstawać dwóch wygranych. Nie może być tak, że któryś z negocjatorów nie czuje się usatysfakcjonowany. To, co u nas tak mądrze nazywa się „strategią win-win” i jest wykładane w szkołach zarządzania, dla Azjatów jest powszednią praktykę.

Anna Buczyńska

PR manager Jobpilot Polska

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Buczyńska

Polecane