Polska prezydencja w Radzie Unii Europejskiej kalendarzowo kończy się dopiero w sylwestra, ale ze względu na święta już trwają owocne podsumowania i zasłużone retrospekcje. Notabene unijne przewodnictwa przypadające akurat na drugą połowę roku trwają realnie tylko 4,5 miesiąca, bo z założenia wypada z nich cały urlopowy sierpień oraz druga połowa grudnia.
Wczoraj premier Donald Tusk wygłosił przed Parlamentem Europejskim w Strasburgu pożegnalne exposé. Takie określenie wystąpienia jest bardzo zasadne, bo na pewno nie było to rzeczowe sprawozdanie. Szef rządu kończącego prezydencję powinien punkt po punkcie rozliczyć się z wykonania jej pisemnego programu. Ale byłoby to bardzo niewygodne, bo okazałoby się, ile pary poszło w gwizdek. W stosunku do ambitnych planów prezydencji największym zawodem okazał się zastój, ba, nawet odwrót unijnego partnerstwa wschodniego.
Ów zainicjowany przez Polskę z pomocą Szwecji program ma pecha, a przyczyny niepowodzeń częściowo leżą po stronie jego beneficjentów. Wyczekiwany układ stowarzyszeniowy z Ukrainą udało się sfinalizować, ale ze względu na wewnętrzne rozgrywki i odgrywki na szczytach władzy w tym kraju nie ma mowy o jego parafowaniu 19 grudnia, co było ambicją Polski. Zdecydowanie nasze konto obciąża natomiast fatalne dyplomatyczne rozegranie w Warszawie szczytu partnerstwa wschodniego, skutkujące jego zbojkotowaniem przez oficjalne władze Białorusi. Dwa lata temu w Pradze w inauguracji programu aktywnie uczestniczył białoruski wicepremier, a przecież Aleksander Łukaszenko wtedy nie był wcale mniejszym satrapą niż obecnie.
Szef rządu podsumował prezydencję w swoim ulubionym stylu, czyli odrywając się od prozy bytu i wznosząc na wyżyny unijnej poezji. Po analizie odebrania przez eurodeputowanych inauguracyjnego exposé z 6 lipca wczoraj poszedł tym samym tropem i znowu idealnie trafił w potrzeby nielicznych słuchaczy. Na sali obecna była garsteczka posłów: szefowie grup politycznych, Polacy oraz pojedynczy entuzjaści lub sceptycy zapisani do głosu. Polskim folklorem, do którego już się przyzwyczailiśmy, stał się eksport na forum UE krajowej walki politycznej. Przypomniany natomiast lejtmotyw prezydencji „Więcej Europy w Europie” ponownie wlał miód na serca eurokratów. Dla milionów zwyczajnych obywateli Unii Europejskiej takie hasło to badanie zawartości cukru w cukrze.
Wychwalanie dorobku Donalda Tuska przez Josepha Daula, szefa największej w parlamencie grupy PPE (Europejska Partia Ludowa — Chrześcijańscy Demokraci), do której należy Platforma Obywatelska, było oczywistością. Ale ciekawe, że nad prezydencją piał również szef lewicowej, ostro konkurującej z PPE grupy S&D (Postępowy Sojusz Socjalistów i Demokratów) Martin Schulz, który w styczniu przejmuje przewodnictwo Parlamentu Europejskiego z rąk Jerzego Buzka. Niemiecki piewca stwierdził wręcz, że nasz premier doskonale odnalazłby się w szeregach socjalistycznych. Dzisiaj nie wydaje się to możliwe, chociaż… w polskiej polityce zdarzały się już nie takie wolty.