Rozpoczynająca się wieczorem w Brukseli sesja Rady Europejskiej (czyli okresowy szczyt szefów państw i rządów) nie będzie kolejnym kamieniem milowym w dziejach UE, skoro jutro zaplanowany został tylko do obiadu. Chociaż — nikt nie powinien poczuć się zaskoczony, gdyby unijnym obyczajem obrady znowu przedłużyły się do późnej nocy.
Na tle ekscytującego szczytu z 15-17 grudnia, poświęconego walce o wieloletni budżet 2007-13, obecne obrady zapowiadają się mniej więcej tak, jak przewiduje to tytuł komentarza. Jednym z dwóch głównych tematów jest refleksja w znaczeniu dosłownym — nad losami Konstytucji dla Europy. Pierwszy unijny garnitur zastanowi się, co dalej z ratyfikacją rzymskiego traktatu z 29 października 2004 r., ustanawiającego ową nieudaczną Konstytucję. Sygnatariusze naiwnie zakładali, że w ciągu dwóch lat wszystkie państwa UE złożą rządowi Włoch dokumenty ratyfikacyjne. Ale na wszelki wypadek przewidzieli jednak procedurę kryzysową — jeśli w terminie zdąży co najmniej 20 z 25 udziałowców traktatu, a „jedno lub więcej państw członkowskich napotka trudności w postępowaniu ratyfikacyjnym, sprawa zostanie rozpatrzona przez Radę Europejską”. Z takiego zapisu kompletnie nic nie wynika, w każdym razie dotychczas dwa państwa — Francja i Holandia — „napotkały trudności” tak wielkie, iż reszta (która jeszcze nie ratyfikowała) wystraszyła się i zawiesiła postępowania, oddając się... pogłębionym refleksjom.
Drugim podstawowym wątkiem szczytu jest bezpieczeństwo energetyczne. Premier Kazimierz Marcinkiewicz w styczniu rzucił ideę kryzysowej solidarności energetycznej Europy, opartej na dewizie muszkieterów „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Jednak unijni potentaci potraktowali ten plan z pobłażliwością należną literackiej fikcji. W Brukseli pierwsze energetyczne skrzypce zagra, czyli wygłosi referat wprowadzający, kanclerz Angela Merkel. Niemiecka koncepcja opiera się na haśle „koordynacja tak, uwspólnianie nie” i polega na tym, iż każde państwo trzyma rękę na własnych zasobach, nie oddając ani metra sześciennego gazu czy tony ropy we władanie Komisji Europejskiej. Nasz premier optymista nie widzi sprzeczności między oboma koncepcjami i liczy, że jego inicjatywa... przeżyje brukselski szczyt i będzie kontynuowana.
W najlepiej rozumianym interesie Polski leżałoby znalezienie przez Kazimierza Marcinkiewicza choćby kwadransa na rozmowę z Jean-Claude Trichetem, prezesem Europejskiego Banku Centralnego. Skoro premier nie mógł spotkać się w cztery oczy i po męsku porozmawiać z prezesem NBP Leszkiem Balcerowiczem, to może posłuchałby argumentów najważniejszego europejskiego bankowca z Frankfurtu. Obaj panowie dzisiaj się zobaczą, podczas ogólnego spotkania uczestników szczytu z najważniejszymi funkcjonariuszami UE. Lepszej okazji nie będzie...