Pogromczyni mitów pracowniczych

Nawet jeśli w Polsce pracy w ostatnich latach przybywało, sam wskaźnik zatrudnienia wciąż pozostaje bardzo niski. Urósł nam z 52 do 60 proc. To wciąż najmniej w Europie — mówi prof. Joanna Tyrowicz z Narodowego Banku Polskiego

"Puls Biznesu”: Opinie dotyczące tego, czy w Polsce mamy elastyczny rynek pracy, są podzielone: co innego mówią pracodawcy, a zupełnie inaczej to widzą pracownicy. Jak jest naprawdę?

UPADAJĄ MITY:
Zobacz więcej

UPADAJĄ MITY:

Zdaniem Joanny Tyrowicz z NBP, problemem polskiego rynku pracy nie jest poziom bezrobocia czy zatrudnienia na innych umowach niż o pracę. Prawdziwe wyzwanie na nadchodzące lata to poprawić dramatycznie niskie wskaźniki zatrudnienia. Grzegorz Kawecki

Prof. Joanna Tyrowicz: Nie ma czegoś takiego jak elastyczność polskiego rynku pracy. Jeśli przyjrzymy się stanowi prawnemu, czyli Kodeksowi pracy, to jest on sztywny. Znam wprawdzie sztywniejsze kodeksy, np. w Portugalii, ale nie zmienia to faktu, że nasz taki jest pod wieloma względami. Po pierwsze, bardzo sztywna jest liczba godzin pracy. Nie mamy w zasadzie żadnego unormowania w polityce rynku pracy, które usprawniałoby pracę w niepełnym czy ograniczonym czasie pracy albo w domu. Ludzie tak robią, ale to jest często pozakodeksowe. Po drugie, zgodnie z naszym kodeksem nie można np. renegocjować z pracownikiem wynagrodzenia w dół. Pracownikowi trzeba wręczyć wypowiedzenie zmieniające. Po trzecie, nie można zmienić miejsca świadczenia pracy, bo to też wymaga wypowiedzenia zmieniającego. Po czwarte, patrząc z perspektywy pracownika, jest także inny wymiar sztywności, czyli osobliwe uregulowanie nadgodzin. Zgodnie z kodeksem, żeby w ogóle były nadgodziny, to musi być polecenie pisemne bądź ustne przy świadkach od przełożonego. W związku z tym prawie nikt nigdy nie ma nadgodzin, bo który szef da coś takiego? Nie ma tak naprawdę systemu zarządzania czasem pracy ludzi, który pozwalałby na rozliczanie go w pełnej zgodzie z kodeksem. W przypadku wielu zawodów, firm i zadań pogodzenie pragmatyki z prawem to często wręcz kwadratura koła.

Czy formy zatrudnienia inne niż umowa o pracę nie są jednak dowodem na to, że rynek pracy jest w jakimś stopniu elastyczny?

Nie, po prostu pewna część kraju mówi: nie będę się tym wszystkim przejmować. Są umowy cywilnoprawne, gdzie w ogóle nie trzeba się przejmować Kodeksem pracy, ale nie jest ich bardzo dużo. No i są czasowe umowy kodeksowe, które co prawda są takie same jak umowy bezterminowe, ale nikomu nie zależy na egzekwowaniu pełnych zapisów Kodeksu pracy, przynajmniej do chwili przekształcenia ich w umowy bezterminowe. A zatem część rynku pracy funkcjonuje poza kodeksem albo na jego marginesie. Tam elastyczności jest do woli, ale nie dlatego, że rynek pracy jest elastyczny w dobrym rozumieniu tego słowa, tylko dlatego, że tam funkcjonuje się poza ramami prawa. W ogóle jest tak, że gdy natrafiamy na sztywność, pojawiają się próby jej obejścia. Tak jest np. w przypadku pensji. Skoro nie da się obniżyć wynagrodzenia, wprowadza się elastyczne składniki, często nazywane premią za wynik. Według danych NBP, to 30 proc. przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw. Oznacza to, że tę jedną trzecią pensji pracodawca może dowolnie ustalać, a pracownik w żaden sposób nie jest chroniony przez Kodeks pracy.

To może czas na rewolucję w Kodeksie pracy?

Nie tylko polskie prawo pracy w dużym stopniu przestało być dostosowane do realiów. Problem polega na tym, że trudno na ten temat rozmawiać, bo dyskusje sprowadzają się do „pracodawcy chcą nam odebrać wywalczone prawa pracownicze” oraz „związkowcy nie rozumieją, że aby zapłacić, firma musi najpierw zarobić”. I tak od lat wszyscy się boksują, a zmian wciąż nie ma.

Może właśnie tzw. umowy śmieciowe są formą uelastycznienia zatrudnienia, tylko trzeba je w jakiś sposób uregulować, żeby nie były obszarem do nadużyć.

W Polsce najemnie pracuje około 12 mln osób, z tego 9 mln ma umowę o pracę na czas nieokreślony. Nie jest tak, że większość jest przymuszana do pracy na inne umowy. Za oknami redakcji to zjawisko aż tak często nie występuje. Zresztą najpierw trzeba ustalić, co się rozumie pod pojęciem „umowy śmieciowe”.

Mam na myśli np. umowę-zlecenie.

To jest umowa cywilnoprawna. Podchodzę do tego legalistycznie. Jeśli coś wykonuje się w wyznaczonym miejscu, godzinach i na polecenie wydane przez pracodawcę, jest to stosunek pracy i nieważne, co jest napisane na kartce. Używanie umowy cywilnoprawnej tylko po to, by nie zawierać umowy o pracę, bo jest nieporęcznie skonstruowana w polskim Kodeksie pracy, jest leczeniem dżumy za pomocą cholery. W ten sposób nie tworzy się obszarów elastyczności. Trzeba popatrzeć, jak wygląda codzienność, i do niej dostosować prawo. Pracownik zawsze jest w słabszej sytuacji niż pracodawca, to się nie zmieniło. Co to znaczy? Może być np. przymuszany do zostawania po godzinach, mimo że formalnie nie ma nadgodzin. Zastanówmy się, jak taki kawałek rynku pracy poprawić.

Czyli mitem jest, że Polska ma problem z umowami śmieciowymi?

Jestem przekonana, że nawet jeśli jest jedna osoba, której prawa są naruszone tym, że oferuje jej się umowę cywilnoprawną zamiast umowy o pracę, ten problem trzeba rozwiązać i od tego jest Państwowa Inspekcja Pracy. Zabrnęliśmy jednak w ślepą uliczkę, mówiąc, że to jest duży problem, bo ma go aż 30 proc. ludzi — to po prostu nie jest prawdą. Zjawisko nietypowych umów dotyczy do 4 proc. pracujących Polaków, pozostali mają normalne kodeksowe umowy o pracę, tyle że na czas określony. Inna sprawa, że ten odsetek, który podaję — te kilka procent — to tylko szacunek. Choć wałkujemy temat od lat, dobrych danych wciąż nie ma. Ministerstwo Finansów podaje co roku, ile osób rozlicza PIT wyłącznie na podstawie umów o dzieło i to jest około 800 tys. osób. Tyle że to w ogóle nie jest dobra miara, bo jest wiele zawodów i osób, które preferują taką formę zarobkowania. Nie jest przecież tak, że każda umowa-zlecenie czy o dzieło jest aberracją i unikaniem stosunku pracy. Można by przeprowadzić szacunki na podstawie danych ZUS o składkach, ale ten ich ani nie analizuje, ani nie udostępnia. GUS natomiast od wielu lat nie jest w stanie dostosować pytania o formę umowy o pracę w realizowanym co kwartał BAEL. Dlatego jedyne, co wiemy, to że umowa jest na czas określony, ale nie wiemy, czy jest kodeksowa, czy też cywilnoprawna. Badania, które realizujemy w NBP, pokazują, że choć z dzieł czy zleceń korzysta około 60-70 proc. pracodawców, dotyczą one niewielkiego odsetka pracowników — do kilku procent. Jest to więc problem z punktu widzenia naruszenia norm dialogu społecznego, ale nie powszechne nadużycia na rynku pracy.

Czy nadal mamy problem z wysokim bezrobociem? Patrząc na statystyki, kierunek jest wciąż na spadek, nawet po odsezonowaniu, bezrobocie się obniżało.

Od 2007 r. próbuję przekonywać, że problemem nie jest wysokie bezrobocie, lecz niski wskaźnik zatrudnienia, czyli znacznie niższa niż pożądana i niższa niż w innych krajach relacja pomiędzy pracującymi a zdolnymi do pracy. Nawet jeśli zatrudnienie w Polsce w ostatnich latach rosło, to sam wskaźnik zatrudnienia wciąż pozostaje bardzo niski. Urósł nam z 52 proc. do 60 proc. i ktoś może powiedzieć, że to dobrze, bo dziś w Polsce pracuje 2 mln osób więcej niż w 2006 r. To prawda, ale to wciąż najmniej w Europie, oczywiście po odliczeniu małych i specyficznych państw, jak Malta czy Cypr.

Dlaczego zatem stopa bezrobocia tak dynamicznie nam się obniżała, a zatrudnienie jednak wciąż pozostaje niskie?

Jeśli odnosi się pan do magicznego zaklęcia, że to z powodu emigracji, to nie, nie i jeszcze raz nie. Skala wyjazdów za granicę była zawsze zbyt mała w porównaniu z przepływami na polskim rynku pracy, by wpływać na zagregowane bezrobocie. Choć może odpływy te bardziej było widać w niektórych zawodach czy powiatach.

Cieszę się, że to pani wyjaśnia, bo ten mit wciąż pokutuje. Ale dlaczego bezrobocie spada?

Nie cały spadek bezrobocia bierze się z tego, że w polskiej gospodarce obiektywnie jest lepiej, choć na pewno sytuacja powoli się poprawia. Nie bez znaczenia pozostają przyczyny administracyjne, ale o to, jak „radzą” sobie z nadmierną liczbą osób bezrobotnych, należy pytać przedstawicieli urzędów pracy.

Ironia?

A tak brzmi? Inna sprawa, że oni też mają kłopoty nie z własnej winy. Przecież część instrumentów, np. staże, nie wspiera osób bezrobotnych, tylko lokalnych pracodawców. Są po prostu źle skonstruowane, tymczasem urząd ma działać w granicach i na podstawie prawa, a nie naprawiać świat na lepsze. Nie zmienia to jednak faktu, że w gospodarce obiektywnie jest lepiej. Widać też, że również pracodawcy czują się coraz pewniej. Rośnie dynamika płac, a także — jak pokazujemy w najnowszym raporcie kwartalnym o rynku pracy — część umów czasowych zawartych w ciągu ostatnich dwóch lat stopniowo przekształca się w umowy bezterminowe. Ciągle pozostaje jednak wątpliwość, czy szklanka jest do połowy pełna, czy do połowy pusta. Czy da się osiągnąć więcej przy tej koniunkturze gospodarczej?

Co można zrobić, pani zdaniem, żeby zwiększyć zatrudnienie w gospodarce?

Proszę nie skłaniać pracownika NBP do opiniowania planów czy zamierzeń innych niż dotyczących polityki monetarnej. Z pewnością jest sporo do przemyślenia w szerszej perspektywie rozwojowej. Gdy się porówna 40-milionową Polskę i 10-milionowe Czechy, u nas „mieszka” około 8,5 mln etatów, a w Czechach niemal 6 mln. W Polsce nie tworzy się etatów — tworzy się okazje do zarobienia, dalece nie to samo. To nie jest jakaś świeża intelektualniemyśl, ale warto sobie przypomnieć, że najważniejszą barierą dla większego i szybciej rosnącego zatrudnienia jest brak etatów. I naprawdę potrzeba porządnych badań, a nie gotowych recept, bo dopóki nie zrozumiemy, co jest naprawdę przeszkodą, nie uda się jej pokonać. I jasne, że pewnie nie da się uciec od tematu Kodeksu pracy i wzorców restrukturyzacji, ale sprawa jest znacznie bardziej złożona. Dla przykładu: jest jasne, że do tworzenia miejsc pracy niezbędne są inwestycje, ale w Polsce wciąż wiele inwestycji ma na celu zmniejszenie zatrudnienia bądź zmianę jego struktury. Cieszymy się, że wydajność pracy w Polsce rośnie najszybciej w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i to na pewno jest bardzo ważne, ale może na kolejne dekady warto skupić się na wzroście zatrudnienia.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartek Godusławski

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Pogromczyni mitów pracowniczych