Minister zdrowia Zbigniew Religa wrócił po chorobie do swoich obowiązków. I nie wrócił z pustymi rękami. Na pierwszą konferencję po długiej przerwie przyniósł ze sobą koszyk. Pełen koszyk. A w koszyku gwarantowane przez państwo świadczenia medyczne. Założenia koszyka są proste: leczymy wszystkie choroby, ale nie wszystkimi metodami. To oznacza, że niektóre kosztowne procedury nie będą finansowane z pieniędzy publicznych. Jednak i te, które zostały, są na razie dla państwa zbyt kosztowne — na koszyk w jego obecnym kształcie brakuje 9 mld zł. Do tego trzeba dodać kilkanaście miliardów złotych, których nie ma na podwyżki dla lekarzy. Wniosek dla ministra zdrowia wypływa z tego jeden — trzeba podnosić składkę na ubezpieczenie zdrowotne.
Na pozór wszystko pozostało po staremu i system ochrony zdrowia pozostaje jedynie wielką pompą wysysającą pieniądze. A jednak można pokusić się o cień optymizmu. Po pierwsze, minister Religa po raz pierwszy powiedział, ile pieniędzy brakuje. Do tej pory słyszeliśmy jedynie, że jest ich za mało. Gdy znamy już, chociażby przybliżone kwoty, możemy myśleć o szukaniu rozwiązania. Po drugie, tworząc koszyk świadczeń gwarantowanych, przełamał barierę psychologiczną, która nie pozwalała dotychczas żadnemu rządowi przyznać, że w ochronie zdrowia nie wszystko może być za darmo. I po trzecie — i chyba najważniejsze — przy okazji tworzenia koszyka zatrudnieni przez ministra eksperci pokusili się o wyliczenie kosztów poszczególnych usług medycznych. W tak krótkim czasie nie dało się tego zapewne wszystkiego wyliczyć dokładnie, ale postęp jest znaczący.
Można by uznać wystąpienie ministra za krok w stronę reformy, gdyby nie to, że zabrakło słów o wykorzystaniu zgromadzonej przy tworzeniu koszyka wiedzy do efektywniejszego wykorzystania pieniędzy. Zamiast tego minister zaproponował podniesienie składki, cofając w ten sposób medycynę do mroków średniowiecza, gdy na wszystkie choroby stosowano jedną kurację — upuszczanie krwi. Pieniędzy jest za mało, ale przede wszystkim trzeba je rozsądniej wydawać. Zastrzyk gotówki niewiele zmieni. Umiarkowanym optymizmem napawała też debata sejmowa, w której posłowie zdają się dojrzewać do rewolucji — coraz mniej było sprzeciwu wobec częściowej prywatyzacji szpitali i dodatkowych ubezpieczeń. Jeżeli ten rewolucyjny zapał będzie narastał, okaże się, że piątkowa konferencja prasowa ministra Religi była malutkim kroczkiem do rzeczywistej reformy. Może nawet tylko połową kroku. Ale ktoś kiedyś wreszcie musiał ten mały krok wykonać.