Wiele zaczyna, wreszcie, wskazywać, że Marek Pol, najgorszy minister III Rzeczypospolitej, specjalista od niebudowania wszystkiego, a autostrad w szczególności, najwyższy, a raczej — żeby uniknąć nieporozumień — należałoby powiedzieć: najdłuższy (wzrostem) wicepremier, powoli przechodzi do historii. Lubiany polityk może funkcjonować (nawet całkiem nieźle), nielubiany takoż, co najwyżej trochę gorzej, nawet znienawidzony da sobie radę (jeżeli ma inne przymioty), ale polityczną śmiercią dla każdego polityka jest śmieszność. Już tata Małego Rycerza Michała Wołodyjowskiego, zwykł mawiać: dał ci Pan Bóg mizerną posturę, jak się nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali. Jeżeli chodzi o posturę, Pan Bóg był dla wicepremiera Pola wyjątkowo szczodry, ale tak się zapamiętał w tym dziele, że zapomniał chyba o innych przymiotach.
Dopóki ze zdolności menedżerskich ministra infrastruktury dworowali sobie dziennikarze, klęli je kierowcy, nikt specjalnie — a już najmniej najbardziej zainteresowany — się tym nie przejmował. Kiedy jednak premier Miller przyznaje, że rozważał możliwość dymisji Marka Pola z funkcji ministra infrastruktury i pozostawienie go w rządzie (jest szefem koalicyjnej UP) jako wicepremiera bez teki, a zaufany premiera, Krzysztof Janik, brak autostrad tłumaczy z właściwą sobie swadą i prostotą, że przecież Pol jest z wykształcenia ekonomistą, a do budowy autostrad potrzebny jest inżynier drogowiec, to coś musi być jednak na rzeczy.
I tylko nas, dziennikarzy, trochę mi żal. Bo tak malowniczego, „wzorcowego” ministra, to — mimo dużych możliwości koalicji rządzącej — długo jednak chyba nie będzie. Co prawda, wsiadanego dla ministra Pola jeszcze nie grają, ale może już dzisiaj warto jego miarę, jak wzorzec z Sevres, stosować do oceny innych ministrów: jeden pol — nie występuje w przyrodzie, dwa pole — bardzo kiepski minister...