Dokładną mapę wysp Galapagos wyrysował korsarz Ambrose Cowley w 1684 roku. Wiele z nich „uhonorował” nazwiskami swoich piratów albo angielskich rodów wspierających kaperstwo
To wie nawet dziecko: pacyficzne wyspy słyną z endemitów, czyli okazów fauny i flory nie występujących już nigdzie na świecie. Od jednego z nich, żółwia słoniowego (bywa: 2 m długości i 300 kg żywej wagi) archipelag wziął nazwę. Galapago po hiszpańsku znaczy właśnie żółw. Rzadkie to teraz okazy, bo populację gigantycznych gadów zdziesiątkowali (mięso!) piraci i wielorybnicy.
Zaczarowana baza
Wyspy odkrył przypadkiem Tomás de Berlanga, biskup Panamy, podczas podróży statkiem do Peru w 1535 roku. W połowie XVI stulecia kapitan Diego de Rivandeira uznał, że dryfują one po morzu, więc nadał im nazwę Wysp Zaczarowanych — Las Encantadas. Mapę archipelagu — tak dokładną, że korzystano z niej aż do wybuchu II wojny światowej — sporządził w XVII wieku słynny angielski korsarz Ambrose Cowley.
Cóż, początkowo odkrycie wysp zainteresowało tylko kapitanów pirackich statków, odnawiających tam zapasy wody i żywności. O archipelagu zrobiło się głośno dopiero w XIX wieku, dzięki wyprawie Karola Darwina. Odkrycia, jakich tam dokonał, badając w 1835 roku faunę archipelagu, legły u podstaw jego teorii ewolucji i przyczyniły się do ukończenia pracy o pochodzeniu gatunków i doborze naturalnym.
Obecnie na wyspie Santa Cruz znajduje się Centrum Badawcze im. Karola Darwina, zajmujące się m.in. rozmnażaniem wielkich żółwi. Gady te żyją w kamiennych terrariach. Ponadstuletnie okazy stąpają godnie i reagują na nawoływania opiekunów. Szczęściarze, którzy odwiedzą to miejsce podczas godowych walk o samice, zobaczą kolosy gnające z zawrotną prędkością 2 km na godzinę, by z hukiem zderzyć się skorupami i gryźć nawzajem po nogach. Straconą w walce energię uzupełnią potem pożywnymi liśćmi kaktusa — widać przełyki mają równie pancerne, jak skorupy.
Obrót bezgotówkowy
Zanim jednak mogliśmy czerpać przyjemność z odkrywania darwinowskiego świata, musieliśmy przedrzeć się przez główne lotnisko archipelagu na wyspie Baltra. Zbudowali je amerykańscy żołnierze stacjonujący w bazie założonej po II wojnie światowej jako punkt obrony Kanału Panamskiego. Na spalonym słońcem lądzie, porośniętym karłowatymi kaktusami czuli się jak na zsyłce — niczym więźniowie w Alcatraz, odcięci od rozrywek, knajp i kobiet. Jedyną „rozrywką” było sianie spustoszenia, czyli strzelanie do lwów morskich, legwanów czy albatrosów. W tym samym czasie myszy, nie wiadomo skąd przybyłe, masowo pustoszyły Baltrę.
Trudno pobyć tam dłużej. Nie ma na wyspie ani jednego miejsca noclegowego, niczego poza budkami z pamiątkami. Gapy, które nie zdążyły przeprawić się promem na Santa Cruz, nocują „pod kaktusem”.
Na Santa Cruiz właśnie leży największe miasteczko Galapagos — Puerto Ayora. Plaże, niskie domki rozrzucone na dużej przestrzeni, dwa kościoły, supermarket, kino i kilka restauracji przyciągają tylu turystów, że wyspiarze już dawno zaniechali upraw tytoniu i owoców, z których żyli jeszcze 30 lat temu. Zamienili sieci rybackie na szkoły nurkowania albo wypożyczalnie łódek, a nawet na luksusowe motorowe jachty przewożące chętnych między wyspami za 1200 dolarów (7-10 dni rejsu).
Jeszcze na lotnisku przymusowo zapłaciliśmy ponad 100 dolarów za wstęp do parku narodowego Galapagos. Potem pałaszowaliśmy nieznane nam oceaniczne ryby i opalaliśmy się w równikowym słońcu. Choć czasem doskwierał brak gotówki, cieszyliśmy się, że 20 lat temu zaprzestano tu handlu wymiennego i wprowadzono obrót pieniężny — w naszych bagażach mielibyśmy spore trudności z wyborem towaru na wymianę. Od tego czasu Galapagos zaczęły się jednak komercjalizować — towary sprowadzane z kontynentalnego Ekwadoru i zagranicy wyparły wyrabiane chałupniczo papierosy czy ubrania.
Zatoka pocztowa
Zwiedzając wyspy, trzymaliśmy się kurczowo wyznaczonych ścieżek — ich przekroczenie grozi surowymi karami. Także pod wodą, bo nurkowanie to jedna z większych atrakcji Galapagos.
Wyprawiliśmy się w morze płaskodennymi motorówkami. Po chwili znaleźliśmy się wśród setek fok i lwów morskich, niezbyt zadowolonych, że przeszkodzono im wygrzewać się na skałach. Prychały na nas i szczerzyły zęby, gdy podchodziliśmy zbyt blisko. Nie pozwoliły zapomnieć, że jesteśmy gośćmi.
Daliśmy nura w maskach z fajkami między podwodne wieżyce — ostańce wulkanicznych skał przypominające zamek Gargamela czy gotyckie iglice. Jaskrawoczerwone, potężne kraby kontrastowały z czernią skał. Tysiące żółtych, niebieskich i zielonych rybek o przeróżnych kształtach mieniły się pod wodą niczym pływająca tęcza. Błyszcząc srebrzyście i złoto, zdawały się bawić z nami w berka.
Na wyspie Espaniola mieliśmy szczęście wypatrzyć, tuż przed północą, nieliczne już żółwie słoniowe. Dopiero o tej porze odważają się opuścić wody zatoki i osuszyć przez noc na lądzie. O brzasku zostają po nich jedynie potężne ślady w piachu. Te ogromne grajdoły zrobiły na nas imponujące wrażenie. Plaże ujawniały także tysiące prehistorycznych skamieniałości: grubych jeżowców z rodzaju Cidaris.
Ciekawostką kolejnej wyspy — Floreana — jest Zatoka Pocztowa (Post Office Bay). Skąd nazwa? Kiedyś odpływający marynarze zabierali stąd listy wysyłane w rejon, w który się kierowali. Pojemnik na pocztę stoi wśród potężnej sterty desek wyrzucanych przez morze (3 m wysokości, 20 m długości!). Wiele z nich pamięta czasy pierwszego osadnictwa i transportów pocztowych na wyspę. Widnieją na nich napisy w wielu językach świata. Tradycja nakazuje wrzucić wiadomość do pojemnika z pocztą i przejrzeć jego zawartość — kto znajdzie adres bliski miejsca zamieszkania, winien zabrać kartkę i osobiście doręczyć odbiorcy.
Na ratunek
Co dalej z Galapagos? Dynamiczny wzrost ludzkiej populacji, brak kontroli połowów ryb i zadeptywanie przez turystów to problemy, z którymi Ekwador nie umie sobie poradzić. Raporty UNESCO potwierdzają, że 120 tys. turystów rocznie to 100 tys. więcej niż 20 lat temu. Zagrożone są nie tylko żółwie, ale też głuptaki niebieskonogie, legwany czy darwinki ostrodziobe.
Choć prezydent Ekwadoru Rafael Correa podpisał dekret wstrzymujący ruch turystyczny na wyspy — by przeciwdziałać ekologicznemu kryzysowi, nie jest on przestrzegany, bo mieszkańcy Galapagos postawili na jedną kartę — turystykę właśnie. Rząd planuje również rozprawienie się z nielegalnymi mieszkańcami wysp, które przez lata stawały się schronieniem dla uciekinierów o ciemnej przeszłości, byłych czy niedoszłych więźniów. Lokalnej faunie i florze zagrażają także zwierzęta — towarzysze osadników: kozy, psy, koty, szczury, karaluchy. Na dodatek odosobnienie wysp sprawiło, że ufność tutejszych zwierząt jest wręcz niewiarygodna…
Na wyspach mocują się teoretyczny rygoryzm przepisów ochronnych z bezhołowiem i chęcią zarobku. Stawka jest wysoka.
Foto: autorka, Forum
