Polska żywność broni się sama

Nasz kraj przegonił w 2018 r. Niemcy i stał się największym — ilościowo — eksporterem żywności do Czech. Narastająca niechęć czeskich władz temu nie przeszkodziła

Przeczytaj tekst i dowiedz się:

  • O ile wzrósł import polskiej żywności w Czechach
  • Jak często czeska inspekcja rolno-spożywcza informuje o problemach z polską żywnością i czy częstotliwość tych informacji odzwierciedla skalę problemu
  • Co o działalności czeskich służb sądzą polscy eksporterzy

Polska żywność broni się sama

opublikowano: 22-05-2019, 22:00

Nasz kraj przegonił w 2018 r. Niemcy i stał się największym — ilościowo — eksporterem żywności do Czech. Narastająca niechęć czeskich władz temu nie przeszkodziła

Jakby na przekór przekazowi medialnemu nasze artykuły spożywcze sprzedają się nad Wełtawą coraz lepiej, o czym świadczą dane statystyczne. W zeszłym roku — według ČSÚ — Czesi kupili prawie 1,5 mln ton polskiej żywności. To o 80 tys. ton więcej niż rok wcześniej (największy wzrost spośród wszystkich eksporterów). W ciągu kilku lat, wyprzedzając w 2011 r. Słowaków i w zeszłym roku Niemców, staliśmy się największym pod względem wolumenu dostawcą żywności na czeski rynek. Pod względem wartości nasze firmy są na drugim miejscu, zaraz za niemieckimi, wyprzedzając znacznie eksporterów z Holandii, Hiszpanii i Słowacji.

Antybohater

O tym, że polska żywność jest w Czechach na cenzurowanym, wiadomo nie od dziś (patrz ramka). Ostatnie miesiące przyniosły jednak szczególne nasilenie medialnych informacji o różnego rodzaju nieprawidłowościach wykrytych w produktach spożywczych z Polski. Pisząc o nich, czescy dziennikarze najczęściej powołują się na komunikaty Państwowej Inspekcji Rolno-Spożywczej (SZPI). Podległa ministerstwu rolnictwa instytucja przez lata tylko sporadycznie podawała tego typu informacje, ale trzy i pół roku temu zmieniła politykę. W 2016 r. na jej stronie znalazły się komunikaty o ponad 70 przypadkach znalezienia się w sprzedaży na terenie Czech trefnych artykułów rolno-spożywczych — w 28 proc. z Polski.

Także w kolejnych latach nasz kraj był niekwestionowanym liderem (patrz wykres). W 2018 r. ponad 40 proc. komunikatów o żywnościowych wpadkach dotyczyło artykułów made in Poland, w tym roku aż dwie trzecie. Z 31 komunikatów opublikowanych przez SPZI w tym roku w 20 była mowa o tego typu nieprawidłowościach, a negatywnym bohaterem 13 była polska żywność (dwa razy chińska, a raz amerykańska, indyjska, łotewska, słowacka i… czeska, bo inspekcja kontroluje też rodzime produkty).

Na podstawie komunikatów i powstających na ich kanwie wiadomości medialnychmożna odnieść wrażenie, że czeski rynek jest wręcz zalewany złej jakości żywnością z Polski. Nasze artykuły spożywcze to — według danych Czeskiego Urzędu Statystycznego (ČSÚ) za 2018 r. — ilościowo 18,8 proc., zaś wartościowo niespełna 16,9 proc. całego czeskiego importu produkcji żywnościowej.

Wybiórcze dane

— SZPI przeprowadza co roku około 45 tys. kontroli, w których stwierdza 3,5-4,5 tys. różnego rodzaju nieprawidłowości. W komunikatach prasowych znajduje się więc tylko niewielka część tych wyników — wyjaśnia Pavel Kopřiva, rzecznik prasowy czeskiej inspekcji.

Precyzuje, że są to przede wszystkim informacje, których ujawniania wymagają przepisy. Chodzi w szczególności o produkty zagrażające bezpieczeństwu konsumentów, które znajdują się już w sprzedaży. Ponadto SZPI informuje o przypadkach podrabiania żywności oraz braku wymaganych informacji, co może wprowadzać klientów w błąd. Czy faktycznie najwięcej nieprawidłowości zdarza się w produktach pochodzących z Polski? Pavel Kopřiva, powołując się na zeszłoroczne kontrole, potwierdza, że wśród importowanych do Czech artykułów rolno-spożywczych, których kraj pochodzenia da się określić, najwięcej było produktów z Polski.

— W ich przypadku największy był też odsetek artykułów niespełniających wymogów. Wyniósł 25,84 proc. Ten wskaźnik bywa wyższy tylko w przypadku niektórych produktów importowanych z niedających się określić kierunków — mówi rzecznik SZPI.

Zaznacza, że w tym okresie inspekcja odnotowała częstsze przypadki występowania podrobionych produktów mięsnych z Polski (mniejsza niż zadeklarowana na etykiecie zawartość mięsa lub brak deklarowanych rodzajów mięsa). Ich dostawcami często byli ci sami producenci. Ponadto inspektorzy mieli stwierdzić więcej dostaw świeżych owoców, szczególnie jabłek, które zawierały zbyt dużo pestycydów, a nawet takie ich rodzaje, które są w UE w ogóle zakazane.

Pavel Kopřiva uważa, że powodów nasilenia się nieprawidłowości można się tylko domyślać. Jego zdaniem wpływa na to z pewnością zacięta konkurencja i presja na ceny żywności na czeskim rynku.

— Jednak, jak pokazały wcześniejsze przypadki: niedawny nielegalny ubój bydła albo wykorzystanie soli przemysłowej do celów spożywczych czy nielegalna produkcja jaj, być może nie wszystkie mechanizmy kontroli nad sektorem spożywczym w Polsce są optymalnie skonstruowane — mówi rzecznik SZPI.

OKIEM EKSPERTA

Karygodne działania

ANDRZEJ GANTNER dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności

Eksporterzy cały czas skarżą się na kontrole żywności, którą sprzedają do Czech. Są uciążliwe przede wszystkich dla czeskich dystrybutorów, bo celem jest zniechęcenie ich do handlu polskimi produktami. Co gorsza, decyzje pokontrolne są mocno niejasne, opierają się na subiektywnych kryteriach i nawet najwięksi polscy producenci mają potężne problemy z uzyskaniem wyjaśnień i odwołaniem się od decyzji. To już nie czarny PR, ale systemowe działania. Kontrole ewidentnie wycelowane są w polskie produkty na półkach i znalezienie w nich czegokolwiek, do czego można się przyczepić. Skoro specjalnie wybierane są np. produkty o kończącym się terminie przydatności do spożycia, rosną szanse, że np. zawartość witaminy C będzie mniejsza. Jako branża uznajemy te działania za karygodne i podważające nie tylko wizerunek polskich producentów, ale też unijnego systemu kontroli żywności. Jeśli jeden kraj UE jest w stanie wykorzystać go do deprecjonowania produktów innego, to znaczy, że system nie działa poprawnie.

OKIEM EKSPORTERA

Robimy swoje

TOMASZ KUBIK prezes Zakładów Przemysłu Mięsnego Biernacki

Jako eksporterzy przyzwyczailiśmy się do różnych ataków, zwłaszcza w sytuacji, gdy premier jest właścicielem gigantycznego lokalnego koncernu rolno-spożywczego. Mimo to Czechy są dobrym odbiorcą, zadowolonym z uzyskiwanej relacji ceny do jakości.

W naszym przypadku zamówienia spadły na początku roku, wraz z rozkręcaniem się afery, z 30-40 ton tygodniowo do 10 ton, ale sprzedaż powoli się odbudowuje. Robimy swoje i czekamy, aż zawierucha minie, tak jak reszta branży. Gdybyśmy odpuścili sobie ten rynek, nasze miejsce zająłby ktoś inny, a to bardzo konkurencyjny sektor, więc nie chcemy rezygnować z żadnego odbiorcy.

Polsko-czeski tasiemiec

Czesi kontra polscy spożywcy to wieloletni serial, którego końca na widać. Z jednej strony tamtejsi konsumenci i handlowcy oczekują tańszego importowanego jedzenia, z drugiej — media, ale przede wszystkim politycy i urzędnicy państwowi, je atakują. Zarzuca nam się, że sprzedajemy do Czech bardzo tanie i bardzo słabe jakościowo produkty, zaś nasi producenci odpowiadają, że dostarczają dokładnie to, co czescy importerzy zamawiają. Skoro nie zamawiają żywności premium, to jej nie dostają.

Czeskie media, wśród nich powiązane z czeskim premierem i miliarderem, który ma wiele spółek z branży rolno-spożywczej, tłumaczyły natomiast czytelnikom, że czescy konsumenci nie mogą uświadczyć polskiej żywności wysokiej jakości, bo sieci handlowe zamawiają towar u małych producentów, niepodlegających kontrolom. Z kolei czeska organizacja Unia Owocowa,zrzeszająca sadowników, nawoływała: „kupujcie czeskie jabłka, wesprzyjcie naszych producentów owoców, polskie owoce zostawcie Polakom”.

Zbyněk Semerád, szef czeskiej inspekcji weterynaryjnej, stwierdził, że weterynarze nie wszędzie pracują tak, jak powinni. Jego zdaniem polskie służby weterynaryjne pilnują swoich pozycji, zamiast zajmować się kontrolami, zaś czescy kontrolerzy nie są w stanie skontrolować całej importowanej żywności. Nasi południowi sąsiedzi od lat próbują wprowadzać prawne obostrzenia, uderzające w naszych eksporterów. Państwowa Inspekcja Rolno-Spożywcza wydała kilka lat temu okólnik, z którego wynikało, że polskie towary mają być szczególnie dokładnie kontrolowane. Planowano też zmianę przepisów tak, by obowiązkowe było podanie cen odsprzedaży importowanego produktu na dwie doby przed wprowadzeniem go do obrotu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Bartłomiej Mayer, Michalina Szczepańska