Polskie jachty mają się nieźle

Kilka krajowych stoczni wstrzymało produkcję, ale większość działa bez istotnych problemów. Sunreef Yachts nawet podwoi sprzedaż.

Dostawcy stali nierdzewnej odczuwają spadek zamówień z niektórych sektorów. Mniej płynie ich np. ze stoczni jachtowych — twierdzi Dariusz Czapiewski, prezes Investy.

W MIARĘ NORMALNIE:
W MIARĘ NORMALNIE:
W Polsce rząd zadziałał bardzo szybko, wprowadzając surowe zasady, których przestrzeganie pozwoliło ograniczyć rozprzestrzenianie się koronawirusa. Dzięki temu produkcja przebiega w miarę normalnie — mówi Francis Lapp, prezes firmy Sunreef Yachts.
Fot. ARC

Powodem jest m.in. wynikające z pandemii czasowe wstrzymanie działalności przez sporą grupę firm.

— W Europie wiele stoczni wstrzymało działalność. Na ich tle Polska wypada nie najgorzej — zatrzymały ją cztery firmy, ale większość działa. Polacy są elastyczni i szybko przystosowują się do trudnej sytuacji, dlatego spora część kontraktów wciąż jest realizowana — mówi Michał Bąk, sekretarz generalny Polboatu — Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych.

Problemy z kontynuacją działalności mają np. podmioty z międzynarodowych grup, wykorzystujące do budowy jachtów sporo elementów importowanych — są trudności z ich sprowadzaniem m.in. z Francji czy z Włoch. Firmy używające wielu krajowych produktów mają znacznie mniej problemów. Do takich należy Sunreef Yachts.

Francis Lapp, prezes firmy działającej na terenach Stoczni Gdańskiej, informuje, że niemal 99 proc. materiałów pochodzi z krajowego rynku.

— Dlatego nie mamy dużego problemu z budową jednostek. Wprowadziliśmy pracę w trybie trzyzmianowym, jest kilka przerw, by pracownicy nie gromadzili się jednocześnie na posiłek czy odpoczynek. Zatrudniamy w dziale produkcji ponad 700 osób. Wszystkie wyposażyliśmy w maseczki — mówi Francis Lapp.

Mimo pandemii stoczni uda się w tym roku podwoić przychody z ponad 60 mln EUR w 2019 r. do około 130 mln EUR — uważa prezes. W ubiegłym roku zapowiadał uruchomienie wiosną tego roku nowej stoczni. Zapewnia, że budowa nie została przerwana, a jej otwarcie zaplanowano na październik. Choć produkcja jest kontynuowana, to problemem bywa odbiór łodzi przez klientów, którzy nie mogą przyjechać do stoczni. Wiosną tego roku np. stocznia planowała przekazać katamaran tenisiście Rafaelowi Nadalowi.

— Rozpoczynamy już próby morskie, a katamaran zostanie przekazany klientowi w maju na Majorce — mówi Francis Lapp, dodając, że na wyspę przewiezie go statek kontenerowy.

Michał Bąk obawia się, że część zbudowanych w krajujachtów będzie przez jakiś czas stacjonować w stoczniach. Niektórzy klienci chcą bowiem osobiście je odebrać, co z powodu pandemii jest niemożliwe, część chce opóźnić odbiór m.in. dlatego, że obecnie i tak nie mogą nimi pływać. Utrudnione, a często niemożliwe są także dostawy do krajów, w których jest wysoki wskaźnik zakażonych oraz śmiertelności spowodowanej COVID-19. Część krajów wprowadza także dodatkowe obostrzenia — Finlandia np. wymaga ulokowania łodzi w ciężarówce, która przypłynie statkiem. Polskie stocznie jachtowe mają na razie sporo zamówień.

— Dwa miesiące temu nawet ich nie przyjmowały, bo miały pełne portfele, natomiast teraz pozyskanie nowych będzie trudniejsze — mówi Michał Bąk.

Jego zdaniem dopiero we wrześniu będzie można ocenić, czy i ile nowych zleceń uda się zdobyć, by stocznie miały co robić w przyszłości. Sunreef Yachts ma portfel zamówień wypełniony niemal do końca 2021 r. Niedawno stocznia zdobyła kontrakt na jednostkę o długości 100 stóp, a wkrótce spodziewa się zdobyć kolejny. Francis Lapp przyznaje jednak, że z powodu problemów z międzynarodową mobilnością podpisywanie nowych kontraktów jest bardzo utrudnione.

Zdaniem Michała Bąka w maju okaże się, czy i które stocznie jachtowe w Europie wznowią działalność. Ma też nadzieję, że do lata uruchomią ją firmy czarterowe. Jeśli one zaczną działać, zwiększą się szanse na pozyskanie nowych zamówień. Po wygaśnięciu epidemii polskie stocznie jachtowe mogą przejąć część rynku, który do tej pory obsługiwały podmioty z państw mocno nią dotkniętych, np. z Włoch.

— Po kryzysie z 2008 r. część firm przeniosła działalność do Polski, bo tu bardziej opłacało im się produkować. Teraz może być podobnie — uważa Michał Bąk.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Kapczyńska

Polecane