Postępuje proces zagłaskania kota

19-11-2017, 22:00

Obchody drugiej rocznicy powołania rządu PiS, z którymi miałem okazję poobcować podczas Kongresu 590 w podrzeszowskiej Jasionce, były tak przesycone samochwalbą, że podkopanie i wywrócenie pomnika tzw. dobrej zmiany wydaje się niewyobrażalne. Chyba, że mina zostanie podłożona od wewnątrz… A właśnie z kręgów władzy słychać było w kuluarach głosy dezorientacji, czy gesty prezesa Jarosława Kaczyńskiego wykonywane wobec premier Beaty Szydło nie są zagłaskiwaniem kota, które może skończyć się jego zejściem. Podczas briefingu w siedzibie partii prezes nie postawił kropki nad „i” publicznym oświadczeniem, że nie ma mowy o zmianie premiera. Wykonywał jednak czułe gesty, które dawały wrażenie przedłużenia premierowskiego eksperymentu na kolejne dwa lata. Abstrahując od osobistej popularności Beaty Szydło, zwłaszcza w niższych warstwach społecznych, oraz wielkiej osobistej niepopularności Jarosława Kaczyńskiego we wszystkich warstwach — nie wyobrażam sobie podjęcia przez niego w 69. roku życia, czyli w wieku dawno emerytalnym, obowiązków wymagających pełnej dyspozycyjności i ciężkich w aspekcie czysto fizycznym.

Istnieje jednak powód, który może spowodować przeniesienie się prezesa z tylnego siedzenia za kierownicę. Chodzi o umocnienie jego pozycji wobec prezydenta po owym strasznym 24 lipca, gdy Andrzej Duda ogłosił dwa weta wobec ustaw sądowych. Jarosław Kaczyński w strukturze państwa jest zaledwie szeregowym posłem. Prezes Rady Ministrów natomiast jest, ze względu na uprawnienia zapisane w Konstytucji RP, bezwzględnie numerem jeden, wyraźnie przed prezydentem. Rzecz jasna mowa o premierze naprawdę decyzyjnym, a nie o świecącym tylko odbitym światłem.

Coś powinno zdecydować się podczas szóstego spotkania prezesa z prezydentem pod koniec tygodnia. Bez względu na rozstrzygnięcie kwestii premierostwa, partyjny szef wszystkich szefów ma dla swojego niewdzięcznego podopiecznego smakowitą marchewkę — stałe powierzenie prezydentowi reprezentowania Polski na szczytach Rady Europejskiej (RE). Ze względu na zapisy o zwierzchnictwie sił zbrojnych, od czasów Aleksandra Kwaśniewskiego głowa państwa uczestniczy w szczytach Organizacji Traktatu Północnoatlantyckiego. Wynikającym również z kompetencji konstytucyjnych bezdyskusyjnym uprawnieniem szefa rządu jest natomiast udział w posiedzeniach RE i żaden premier III RP nigdy z niego nie zrezygnował. Z jednym wyjątkiem — Jarosław Kaczyński podczas swojej kadencji 2006–07 nigdy nie był na szczycie RE (tylko raz na zjeździe unijno-azjatyckim), oddając wszystko prezydentowi Lechowi. Bracia po prostu stworzyli sobie taki prywatny model ustroju państwa.

Obecnie zapowiada się powtórka, przy czym tym razem powodem ma być załagodzenie konfliktu. Nie jest tylko jasne, do którego premiera odnosiłoby się unijne dowartościowanie prezydenta. Jeśli pozostałaby Beata Szydło, to międzynarodowa degradacja byłaby dla niej straszliwie bolesnym policzkiem. Jeśli jednak prezes postawiłby na czele gabinetu osobę własną, to upiekłby dwie pieczenie: pozbyłby się obowiązku, którego nie czuje i po prostu się go boi, a zarazem uszczęśliwiłby chętnego, który dyplomatyczną śmietankę prezydentury wręcz uwielbia. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: JACEK ZALEWSKI

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Postępuje proces zagłaskania kota