Potrząsnąć klasą polityczną

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2013-09-12 00:00

Początek Ogólnopolskich Dni Protestu potwierdził, że jest to jednak wydarzenie różniące się od standardowych demonstracji ulicznych, tak dobrze znanych mieszkańcom stolicy.

Miasteczka namiotowe bywały już rozstawiane w rozmaitych miejscach, maszerowały gwiaździste pochody. Ale na pewno ciekawe były inauguracyjne pikiety branżowe przed siedzibami wybranych ministerstw. Składający petycje związkowcy oczywiście pomstowali, że nie przyjmowali ich szefowie resortów czy choćby wiceministrowie, lecz urzędnicy. Ale taka jest generalna linia władzy — zbiorczą odpowiedzią dla szefów central związkowych jest wznowienie prac Trójstronnej Komisji ds. Społeczno-Gospodarczych.

Organizatorzy wybrali jako swoje cele tylko część resortów, które podamy nie według ich ważności, lecz… frekwencji. Branżowe demonstracje odbyły się pod siedzibami: Ministerstwa Transportu, Budownictwa i Gospodarki Morskiej, Ministerstwa Gospodarki, Ministerstwa Zdrowia, Ministerstwa Skarbu Państwa, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej. Przy czym to ostatnie znajduje się tak blisko gospodarczej „mincówki”, że realnie jedno zgromadzenie obsłużyło dwa resorty. Łącznie zjechało się około 20 tys. demonstrantów, to średnia z szacunków organizatorów i policji. A zatem w sobotę naprawdę można spodziewać się w stolicy rzeszy 100-tysięcznej.

Wybór akurat wspomnianych resortów był nieprzypadkowy. Właśnie ich szefowie kierują działami, obejmującymi branże i sektory, w których nabrzmiało najwięcej problemów i z których głównie przyjechali demonstranci. Od dawna było oczywiste, że „upiecze się” choćby Ministerstwu Sportu i Turystyki czy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Całkowicie poza związkową listą znajduje się np. Ministerstwo Rozwoju Regionalnego. Ale biorąc pod uwagę poziom napięć społecznych, aż dziw bierze, że demonstracja tym razem ominęła Ministerstwo Edukacji Narodowej. A także mało zainteresowała się Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi. W sensie decyzyjnym głównym adresatem wszelkich postulatów powinien być i tak jeden gmach, mianowicie Ministerstwa Finansów. Ale nie pasował do struktury środowej inauguracji, ponieważ nie przyjechali pracownicy skarbówki czy celnicy. Ze względów czysto topograficznych maszerujący pracownicy służby zdrowia mieli natomiast okazję wykrzyczeć, co myślą, także pod siedzibą prezydenta.

Dobór miejsc demonstracji ma wielkie znaczenie nie tylko dla związkowców, lecz dla klasy politycznej. Zlokalizowanie miasteczka namiotowego przed Sejmem jest logiczne, w końcu ustawy — w tym te najbardziej oprotestowywane — produkowane są właśnie przy Wiejskiej. Ale na przykład Prawo i Sprawiedliwość zdecydowanie widziałoby przesunięcie protestacyjnego obozowiska przed Kancelarię Prezesa Rady Ministrów, tam gdzie kiedyś istniało pamiętne białe miasteczko służby zdrowia. Według opozycji, związkowcy przyjechali uderzyć głównie w spółkę Platformy Obywatelskiej z Polskim Stronnictwem Ludowym. Lejtmotywem demonstracji rzeczywiście jest przede wszystkim obalenie rządu, ale także generalne potrząśnięcie polityczną „warszawką”…