W unijnym programie jest tylko jeden szczegół – kwota 750 mld EUR
Mimo porozumienia w sprawie pakietu ciągle nie wiadomo, kto kogo będzie wspierał. Polska jest jednak w grze.
Unia Europejska idzie na całość. Uchwalony przez unijnych ministrów finansów mechanizm płynnościowy za 750 mld EUR to największy tego typu program w historii świata. W dodatku Europejski Bank Centralny (EBC) podjął bezprecedensową decyzję, że będzie wykupywał papiery skarbowe zagrożonych państw.
— Wiadomość została wysłana: strefa euro będzie bronić swoich pieniędzy — oświadczyła Christine Lagarde, francuska minister finansów.
Na bogato
Inwestorom zdecydowanie program się spodobał (czytaj więcej na str. 22-23, 28). Euro w poniedziałek rano umocniło się do dolara o prawie 3 centy, czym odrobiło większość strat z ubiegłego tygodnia. Dzięki temu kapitał wraca do Polski — złoty zyskał 18 gr do euro.
— Wartość programu jest przytłaczająca. Powinna być więcej niż wystarczająca, żeby ustabilizować rynki i zapobiec panice — uważa Marco Annunziata, główny ekonomista UniCredit Group.
Euforia rynków nie oznacza jednak, że kryzys wiarygodności strefy euro został zażegnany. Do końca ustalone zostały bowiem tylko kwoty programu (440 mld EUR — gwarancje, 60 mld EUR — funduszu pożyczek, 250 mld EUR — pożyczki Międzynarodowego Funduszu Walutowego). Cała reszta to ciągle zagadka.
— Padła tylko suma, a szczegółów mamy jak na lekarstwo — mówi Marcin Mróz, główny ekonomista Fortis Banku w Polsce.
Nie wiadomo na przykład, kto na fundusz będzie się zrzucał i kto z niego będzie korzystał.
Z założenia przeznaczony jest dla krajów strefy euro. Dlatego niejasny jest udział krajów spoza Eurolandu. Na razie jednoznacznie od inicjatywy odcięli się Brytyjczycy.
— Wsparcie euro jest obowiązkiem członków Eurolandu — powiedział Alistair Darling, minister finansów Wielkiej Brytanii.
Magia liczb
Uczestnictwa w programie nie wykluczają natomiast Szwedzi i Polacy.
— Uważam, że każdy akt solidarności procentuje wielokrotnie, a każdy akt egoizmu narodowego kosztuje — powiedział w Brukseli Jacek Rostowski, minister finansów.
Nie jest jednak jasne, czy przyłączając się do zrzutki Polska miałaby prawo do czerpania korzyści programu.
— Z punktu widzenia ekonomicznego ponoszenie kosztów bez udziału w zyskach nie ma sensu. Być może są jednak przesłanki pozaekonomiczne (np. nasze aspiracje przystąpienia do strefy euro), dla których warto się nad tym zastanowić — mówi Marcin Mróz.
Według Piotra Kalisza, ekonomisty Citi Handlowego, polski rząd na tak niesymetryczny układ nie pójdzie.
— To mało prawdopodobne. Nie sądzę, żeby strefa euro w ogóle tego od nas oczekiwała — mówi Piotr Kalisz.
Niejasności jest więcej. Co konkretnie zrobią rządy Hiszpanii i Portugalii, które w Brukseli zobowiązały się do "znaczących" cięć wydatków budżetowych? Jakie obligacje, ile i po jakich cenach będzie kupował EBC? I najważniejsze pytanie: czy Euroland będzie stać na zrzutkę?
— Z czego kraje strefy euro zapłacą za mechanizm, skoro wszystkie z nich muszą ciąć swoje deficyty? To pytanie wróci — uważa Venkatraman Anantha-Nageswaran, oficer inwestycyjny w Bank Julius Baer.
Jeśli jednak wszystko pójdzie po myśli unijnych przywódców, funkcjonowanie mechanizmu skończy się na samej jego deklaracji, bez wydawania ani jednego euro.
— Cała magia tego pakietu polega na tym, że jeśli uspokoi on sytuację na rynkach finansowych, to nie trzeba będzie wydawać żadnych 750 mld EUR. Wystarczy, że inwestorzy uwierzą, że grecka choroba nie przeniesie się na Portugalię i Hiszpanię — mówi Piotr Kalisz.