reportaż Po latach dyrektorowania została z żelazkiem w ręku. Ewa Szaniawska — kobieta prasująca, która żadnej pracy się nie boi.
W życiu nie ma nic pewnego. Dość dobrze wie o tym Ewa Szaniawska, która 25 lat pracowała w dużym amerykańskim koncernie chemicznym Monsanto. Przez lata wspinała się po szczeblach kariery, by piastować kierownicze stanowiska. Co miesiąc wysoka pensja, ciągłe awanse, praca od rana do nocy. Tak przez niemal ćwierć wieku wyglądało jej życie. Ale, poza wstawaniem z kurami, bardzo to lubiła. I nagle wszystko się skończyło, z dnia na dzień dostała wypowiedzenie, choć wcześniej to ona zwalniała pracowników. Wreszcie i ją dopadło bezrobocie. Na szczęście niemal od razu górę wziął rozsądek i przyszedł czas na działanie.
— Dostałam od firmy dużą odprawę. Postanowiłam zainwestować ją w rozkręcenie własnego biznesu — mówi Ewa Szaniawska.
Jeszcze kiedy pracowała w korporacji, często słyszała, jak jej koledzy narzekali, że nie mają czasu na codzienne prasowanie koszul. Ich żony robiły kariery, więc nie zawsze mogły przygotować swoich mężów do pracy. Dlatego na przymusowej emeryturze, kiedy miała mnóstwo wolnego czasu, pomyślała, że wyjdzie naprzeciw tym problemom. Wzięła koszule w swoje ręce.
— Chciałam zrobić coś dla grupy ludzi, którą znam. Ponieważ dobrze wiedziałam, co jest zmorą prezesów i menedżerów, w 2004 r. zarejestrowałam firmę Biały Kołnierzyk z myślą o zapracowanych ludziach, którzy zlecą mi wypranie i wyprasowanie swoich koszul — wspomina Ewa Szaniawska.
Krok po kroku
Kupiła dwa dobre żelazka, stół do prasowania i pralki. Siedzibą firmy stał się jej prywatny garaż.
— Samochód wyrzuciłam na zewnątrz, pomieszczenie przerobiłam na lokal biurowy, wstawiłam okna i ściany, urządziłam osobne schowki na sprzęt — wylicza Ewa Szaniawska.
Klientów szukała wszędzie, aż wreszcie zaczęła wysyłać do firm eleganckie listy, w których przedstawiła oferowane przez siebie usługi. Strzał w dziesiątkę, bo trafiła do najbardziej potrzebujących, czyli do panów, których praca na co dzień wymaga śnieżnobiałego kołnierzyka. Nie obyło się jednak bez pomyłek.
— Trochę przeinwestowałam. Kupiłam profesjonalny stół prasowalniczy za ponad 7 tys. zł. Potem się okazało, że nie mogę siedzieć przy prasowaniu, więc sprzedałam go za 4 tys. zł i kupiłam tradycyjną deskę za 300 zł. Nabyłam też maszynę do szycia papierowych worków do pakowania koszul, ale okazała się zbędna — wylicza Szaniawska.
W założenie firmy zainwestowała łącznie 60 tys. zł.
Jest sobie sterem, okrętem, żeglarzem. Pracuje wtedy, kiedy ma pracę, odpoczywa, kiedy jej brakuje.
— Jeżdżę do klienta lub klient do mnie przywozi brudne koszule, po 24 godzinach są do odebrania u mnie w domu. Jeśli klient sobie życzy, to ja odstawiam białe kołnierzyki we wskazane miejsce, do domu lub biura. Czasem zdarza się, że koszula jest potrzebna na przykład na szóstą rano, wtedy wstaję wcześniej, a jeśli klient potrzebuje czystych koszul w niedzielną noc, też mu je przygotuję — opowiada bizneswoman.
Ceny usług kształtują się od 10 zł wzwyż, zależnie od tego, czy koszula jest wyłącznie prasowana, czy także prana. Dodatkowe koszty wiążą się z transportem.
Początki były trudne, bo pojawiała się z wyprasowanymi zestawami koszul w biurowcach, w których kiedyś miała spotkania biznesowe w zupełnie innym charakterze.
— Kilka razy mocniej zacisnęłam zęby i nabrałam dystansu do swojego zajęcia — mówi Ewa Szaniawska.
Teraz w kryzysowych sytuacjach powtarza sobie, że praca to praca, ma być źródłem utrzymania, a niekoniecznie przyjemności. Zresztą Ewa Szaniawska przyznaje, że nigdy nie przepadała za prasowaniem, ale nie żałuje swojego wyboru.
— Satysfakcjonuje mnie efekt końcowy, czyli najlepiej wyprasowana koszula w mieście — śmieje się właścicielka firmy.
Poza żelazkiem ważnym narzędziem pracy pani Ewy jest samochód. Koszule zaczynała rozwozić toyotą corrollą. Mieściło się w niej zaledwie 20 sztuk. W tym roku kupiła półciężarówkę — zmieści się 60.
— Mam w niej specjalne wieszaki, dzięki którym koszule się nie gniotą, więc klienci się cieszą. Moje wnuki też są zadowolone z nowego nabytku, bo ten samochód to dla nich kolejna zabawka — śmieje się Ewa Szaniawska.
Ewolucja kołnierzyka
W pierwszym miesiącu działania firmy wyprasowała zaledwie 20 koszul, jednak z każdym dniem ich przybywało. Dzisiaj ma od 400 do 600 koszul miesięcznie, jedną prasuje około 20 minut. Ma kontakt z takimi, które są warte 50, 100 zł, są też takie za blisko 1000 zł. Na początku przy ich prasowaniu drżały jej ręce, teraz już nie, bo wie, że to, co robi, robi dobrze.
— Kiedy prowadzi się własną firmę, najważniejsza jest cierpliwość, ja wytrwałam, przeczekałam trudny okres, dlatego mi się udało — twierdzi Ewa Szaniawska.
Przez blisko rok dopłacała do biznesu, później co miesiąc miała 1000 zł w kieszeni. W zeszłym roku były to już 2 tys. zł. Dziś zarabia 2,5 tys. zł miesięcznie.
— Mimo że straciłam kierownicze stanowisko, mój standard życia się nie zmienił. Nadal mieszkam w domu, aktywnie pracuję, dzielę czas między pracę i rodzinę — dodaje bizneswoman.
W przyszłości być może zatrudni pomocnicę do prasowania i kierowcę do rozwożenia koszul, a sama będzie się delektować wolnym czasem. Ale to kiedyś. Na razie jeszcze trochę poprasuje. Zdradza, że w głowie ma kolejny pomysł na biznes. Szczegółów nie ujawnia. Żeby nie zapeszyć. n
Przedmiot z duszą
Chińczycy już w VIII w. do prasowania jedwabiu stosowali rondle z rozpalonymi węglami. Żelazko na węgiel doskonale znały nasze prababcie, a nawet babcie, bo używano go jeszcze po II wojnie światowej tam, gdzie nie było prądu. Podobnie jak żelazko z duszą, czyli z wyjmowanym kawałkiem żelaza w środku. Duszę przed prasowaniem wkładało się do paleniska, a potem rozgrzaną do czerwoności do żelazka. Żelazko elektryczne wynalazł w 1882 r. Henry Seeley, umieścił wewnątrz spiralę grzewczą o mocy kilkuset watów. Później dodano termoregulator pozwalający na utrzymanie żądanej temperatury z dokładnością do kilku stopni Celsjusza, a także urządzenia nawilżające, co ułatwiało prasowanie różnych tkanin, zwłaszcza zaschniętych.
Tylko dla panów
Do Ewy Szaniawskiej zgłaszają się głównie panowie od 30 do 50 lat, zapracowani i dobrze usytuowani. Czasem panie do mężowych koszul dorzucają swoje bluzki, jednak właścicielka firmy preferuje męskie odzienie. Damskie prasuje, ale pod warunkiem że są to bluzki koszulowe. Być może w przyszłości poważniej pomyśli także o paniach.
Cena czystości
10
zł Tyle w Białym Kołnierzyku kosztuje wyprasowanie od 1 do 3 koszul...
20
zł ...a tyle wyprasowanie od 1 do 3 koszul z ich odbiorem i dostawą do domu (do 12 km).
1,50
zł Tyle trzeba dopłacić za ich wypranie.
Cztery kolory kołnierzyków
Amerykański socjolog C. Wright Mills wydał w 1951 r. książkę „White Collar”. Odtąd termin „białe kołnierzyki” zrobił karierę jako określenie wyższej klasy społecznej — urzędników, bankowców, prawników, biznesmenów — jednym słowem ludzi dobrze sytuowanych. Potem wzorem Milesa także innym przypisano kolory. Niebieski przynależy pracownikom fizycznym, bo w USA rzeczywiście nosili oni koszule tego koloru. Różowymi kołnierzykami określano kobiety, które wykonywały proste prace biurowe, przeważnie nieodpowiadające ich wykształceniu. Funkcjonuje również określenie złote kołnierzyki oznaczające młode osoby od 18 do 25 lat, z niezbyt wysokim wykształceniem technicznym, ale potrafiące wykonywać różne prace dorywcze.
