Po tygodniu biwakowania pielęgniarek pod kancelarią premiera szef rządu zgodził się spotkać z protestującymi w swoim urzędzie. Zanim to nastąpiło, twierdził stanowczo, że z przestępcami rozmawiał nie będzie (a pielęgniarki okupujące kancelarię łamią prawo), doszukiwał się politycznego dna w protestach służby zdrowia. Atmosfera była taka, że wydawało się, iż lada chwila antyterroryści siłą wyniosą pielęgniarki z siedziby rządu. A tu proszę — zamiast rozwiązań siłowych kawka z premierem.
Zmiana stanowiska wynikła być może z tego, że premier nagle znalazł się na swoim twardym stanowisku osamotniony. Poparł go wprawdzie prezydent, któremu sytuacja zapachniała nie protestem, lecz próbą zmiany systemu politycznego, ale nawet dość potulni ostatnio koalicyjni partnerzy zdawali się stawać po stronie pielęgniarek, a nie rządu. Przypomina to niedawny szczyt UE w Brukseli, gdzie Lech Kaczyński prezentował równie twarde stanowisko i był równie osamotniony.
Przełamanie pata w sporze z pielęgniarkami to dobra wiadomość, trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że mogło do niego dojść dobre kilka dni wcześniej. Premier może przypisywać sobie zasługę złagodzenia konfliktu, ale to tylko kolejne zwycięstwo w wymyślonej wojnie z wyimaginowanym przeciwnikiem. Dodajmy, nikłe — bo to, gdzie z pielęgniarkami rozmawiać, jest małym problemem. Znacznie większym są postulaty służby zdrowia. Rozmowa o nich może być trudniejsza niż tydzień temu. Także z powodu mocnych słów, jakie padały z obu stron.
Adam Sofuł