Z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej Kienbaum wynika, że aż 38 proc. prezesów, członków zarządu i rady nadzorczej jeździ Audi, po 14 proc. BMW i Volkswagenami, co dziesiąty Mercedesem lub Oplem, a tylko co dwudziesty Skodą. Średnio na auto dla przedstawiciela najwyższej kadry zarządzającej firma wydaje 200 tys. zł.

— Choć od kilku lat trwa kryzys, to firmy nie oszczędzają na samochodach dla swoich prezesówczy członków zarządu. Przyjęło się, że osoby piastujące najważniejsze stanowiska mogą wybrać sobie auto najwyższej klasy — mówi Mariola Kaźmierczak, konsultant w polskim oddziale firmy Kienbaum.
Oczywiście są korporacje, w których nikt nie dostaje samochodu na wyłączność, a może jedynie skorzystać z floty kilku aut zakupionych do dyspozycji pracowników, ale one nie wprowadziły takich zasad w ramach oszczędności, a miały taką politykę od wielu lat. O ile firmy dalej hojnie wynagradzają kadrę najwyższego szczebla, o tyle wobec dyrektorów i menedżerów już tak szczodre nie są. Tylko co dwudziesty dyrektor dostajedo dyspozycji Audi lub BMW. Prawie połowa jeździ Volkswagenami, reszta — Mercedesami, Oplami, Fordami i Skodami.
Samochód dyrektora — jak wynika z raportu firmy Kienbaum — średnio kosztuje 102 tys. zł. Najmniej firmy wydają na auta dla menedżerów — średnio 69 tys. zł. W tej grupie w ogóle jednak nie ma osób jeżdżących Audi czy BMW. Najwięcej menedżerów dostaje od firmy Volkswagena (33 proc.), spora grupa (po 17 proc.) Opla lub Skodę, a nieliczni (8 proc.) Mercedesa lub Forda.
— Co ciekawe, bardzo często prezes czy menedżer przy podpisywaniu kontraktu dostaje kwotę, w jakiej musi się zmieścić, ale może wybrać sobie auto dowolnej marki. Może też zadecydować czy woli droższy samochód lepszej marki, ale w wersji podstawowej, czy auto nie tak prestiżowo wyglądające z zewnątrz, ale świetnie wyposażone wewnątrz — mówi Mariola Kaźmierczak.
Zdarza się też, że korporacja jest związana tylko z jedną marką samochodów i pomimo tego, że ktoś całe życie jeździł np. Toyotą i jest do niej przyzwyczajony, musi przesiąść się do innego auta. — Takie zasady najczęściej można spotkać w korporacjach francuskich, które zazwyczaj oferują swoim pracownikom tylko francuskie samochody — dodaje Mariola Kaźmierczak.