Rząd unijny pod przewodem Ursuli von der Leyen liczy 27 komisarzy, bo tyle jest państw członkowskich. Co prawda traktat z Lizbony przewidywał odchudzenie molocha brukselskiego, zgodnie z jego racjonalnymi zapisami sprawna KE powinna być jedynie 18-osobowa. Żadne państwo nie zgodzi się jednak na oddanie fotela, wszystkie są przecież równymi stanem podmiotami prawa międzynarodowego. Rząd polski pod przewodem Donalda Tuska liczy także aż 27 ministrów konstytucyjnych, tzn. z dyplomami powołania od prezydenta. Trzeba do tego dodać tabuny sekretarzy i podsekretarzy stanu zarówno w ministerstwach, jak też w KPRM. Moloch warszawski obecnie jest bożkiem władzy najbardziej rozdętym w całych dziejach III RP, a także absolutnie rekordowym w UE. Powodem tego bizancjum jest zachłanność na ministerialne stołki udziałowców rządzącego tzw. konsorcjum 15 października, przy czym największą zaborczość – w odniesieniu do marnego wyniku w urnach wyborczych – wykazuje Lewica.
Dwa 27-osobowe molochy spotkały się, by skoordynować działania w trwającym półroczu. Polscy ministrowie obecnie przewodniczą posiedzeniom Rady UE, czyli drugiej izby legislacyjnej – pierwszą jest naturalnie Parlament Europejski (PE) – obradującej w składzie zawsze 27-osobowym w 10 konfiguracjach branżowych i współtworzącej dyrektywy oraz rozporządzenia. Wyłączność na wnoszenie ich projektów ma natomiast KE – autorstwo np. europosłów czy grupy państw traktatowo jest niedopuszczalne – co precyzuje współzależność decyzyjną między oboma rządami, czyli unijnym oraz państwowym przejmującym na pół roku sztafetową pałeczkę.
Niestety, po gdańskim posiedzeniu nie usłyszeliśmy ani jednego konkretu legislacyjnego. Pechowo dla prezydencji Polski trwa jeszcze okres rozruchowy, KE rozpoczęła urzędowanie 1 grudnia 2024 r. i dopiero szykuje plan pracy. W najbliższą środę, 12 lutego przewodnicząca Ursula von der Leyen zaprezentuje ten dokument na sesji PE w Strasburgu. Zapoznałem się już z jego projektem, to 17-stronicowa piątka bardzo szczegółowych załączników, obejmujących zarówno nowe inicjatywy KE, jak też akty zaawansowane w różnych fazach. Trzeba przypomnieć, że w legislacji unijnej nie istnieje zasada dyskontynuacji, zatem z końcem kadencji żadne projekty nie idą do kosza, cały dorobek KE, PE i Rady UE z okresu 2019-2024 jest realizowany. W sumie trudno typować, jaki będzie merytoryczno-statystyczny dorobek polskiej prezydencji, czyli co trafi do 30 czerwca do Dziennika Urzędowego UE. Bez wielkiego ryzyka stawiam jednak tezę, że bardzo niewiele…
Hasłem przewodnim posiedzenia KE i RM było bezpieczeństwo, które jest lejtmotywem polskiego półrocza. Naprawdę jednak na pierwszy plan wysunęło się zagrożenie nielegalną imigracją. Donald Tusk powtórzył, tym razem bezpośrednio w obecności Ursuli von der Leyen, że nasz rząd nie będzie stosował przepisów wchodzącego w życie od połowy 2026 r. unijnego pakietu (zwanego też paktem) migracyjnego. Nie powiedział, jak sobie to wyobraża, skoro do ustawowej implementacji mamy tylko jedną dyrektywę, natomiast dziewięć rozporządzeń przed 1 lipca 2026 r. wchodzi przecież w życie z automatu i obowiązuje w całej UE bez pytania któregokolwiek państwa o zgodę. Notabene po drugiej stronie sceny wyborczej Karol Nawrocki, kandydat PiS na prezydenta, rozpowiada niedorzeczności o jednostronnym wypowiedzeniu pakietu po zwycięskim dla niego głosowaniu. Generalny wniosek z pełnego propagandowego zadęcia posiedzenia KE i RM w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku brzmi: fatalnie się stało kalendarzowo, że podobnie jak podczas pierwszej polskiej prezydencji w 2011 r. w tym wyjątkowym półroczu znowu trafiają się nam w kraju wybory – tyle że wtedy parlamentarne, a teraz prezydenckie.
