Najpoważniejszym problemem społecznym, z jakim Polska weszła w nowy rok 2008, jest nieustający kryzys systemowy ochrony zdrowia. Rzecz jasna nie jest to zaskoczenie, jako że żadnej ekipie rządowej od kilkunastu lat nie udało się wypracować systemu łączącego reguły wolnego rynku — od których ochrona zdrowia uciekać nie może — z konstytucyjnymi obowiązkami państwa.
Stanowisko środowiska w białych fartuchach od lat pozostaje niezmienne i całkowicie zrozumiałe — nakłady na opiekę zdrowotną powinny w Polsce radykalnie wzrosnąć. Naczelna Rada Lekarska wyliczyła, że o połowę — z obecnego niskiego poziomu 4 proc. PKB do 6 proc. Co do konieczności dofinansowania służby zdrowia wszyscy są zgodni. Przywołany w tytule spór polityczny toczy się jedynie o sposób — czy przez wrzucanie coraz większych pieniędzy do wspólnego kotła, czy w formie zindywidualizowanej.
Zapowiedziany przez Prawo i Sprawiedliwość ustawowy projekt kroczącej podwyżki obowiązkowej składki zdrowotnej z obecnych 9 do 13 proc., po 1 proc. rocznie, zderza się z popieranym przez Platformę Obywatelską rozwojem dodatkowych, indywidualnych ubezpieczeń zdrowotnych. Tego się nie da pogodzić — albo, albo. A najpilniejszym krokiem przed zwiększeniem nakładów musi być rzetelne rozpoznanie, na co idą te dotychczasowe. Znaczna część pieniędzy trafiających do zdrowotnego sektora publicznego jest marnotrawiona — ale ponoć nie daje się policzyć, jaka.
Pochodną odmiennych filozofii finansowania są dwie propozycje tzw. koszyka świadczeń zdrowotnych. PO chciałaby koszyka pozytywnego, czyli ustalenia dokładnej listy zabiegów i kuracji finansowanych przez NFZ, a cała reszta byłaby płatna dodatkowo. Koncepcja PiS jest odwrotna — koszyk powinien być negatywny, czyli wymieniać zabiegi niefinansowane przez NFZ, a cała reszta byłaby dla osób ubezpieczonych bezpłatna. Zracjonalizowanie wydawania publicznych pieniędzy będzie nieporównywalnie łatwiejsze, jeśli przejdzie koncepcja PO. I wszystkie znaki na niebie — znaczy na kopule sali obrad Sejmu — wskazują, że właśnie ona ma zdecydowanie większe szanse.
Jacek Zalewski