Propozycje Brukseli zagrażają rybakom

Mira Wszelaka
opublikowano: 2004-12-09 00:00

Komisja dzieli Bałtyk między starych i nowych członków UE. Tnie limity nie tylko dorszy, ale i śledzi. Straty branży sięgną 100 mln zł.

W środowisku rybackim propozycje Brukseli wywołały niemałą konsternację. Wczoraj, tuż po ogłoszeniu stanowiska Komisji Europejskiej (KE), Jerzy Pilarczyk, wiceminister rolnictwa odpowiedzialny za rybołówstwo, zwołał pilną naradę.

Wielkie rozczarowanie

Nikt nie spodziewał się powrotu KE do koncepcji podziału Bałtyku, z której wycofała się dwa tygodnie temu po proteście Polski i państw bałtyckich. Mało tego, KE przygotowała cztery warianty cięcia limitów, obejmując nimi nie tylko dorsze, ale i śledzie.

— Żadna z czterech propozycji nie jest dla nas korzystna. Przy najlepszej z nich polscy rybacy mogą stracić ponad 50 mln zł rocznie w przypadku dorszy i ponad 40 mln zł w przypadku śledzi — wylicza Marek Gzel, sekretarz Stowarzyszenia Armatorów Rybackich.

Dzieląc Bałtyk na wschodni i zachodni, Bruksela chce przydzielić prawa do połowu w nawiązaniu do wielkości połowów z lat 1991-2001, czyli sprzed rozszerzenia . Tymczasem do 1 maja 2004 r. polscy rybacy mieli prawo do wyłącznych stref połowowych. KE naciskała na ich otwarcie, podkreślając potrzebę wolnego dostępu do zasobów.

— Teraz pod dyktando Niemiec, Danii i Szwecji KE wprowadza nowe podziały i przy okazji redukuje kwoty. De facto prowadzi to do wyrugowania polskich rybaków z zachodniego Bałtyku i nie ma nic wspólnego z argumentami, jakimi UE posługiwała się w czasie negocjacji. O kruchości ustaleń świadczy też wielkość kwot zapisanych w traktacie akcesyjnym, które teraz zmienia się według własnych upodobań — mówi Marek Gzel.

Samotność w walce

Rybacy przesłali już swoje stanowisko do Warszawy, w którym postulują otwarcie zachodniej części Bałtyku oraz zachowanie kwot przynajmniej na przyszły rok. Ostateczna decyzja ma zapaść 21 i 22 grudnia podczas posiedzenia ministrów rolnictwa państw UE. Do odrzucenia propozycji KE potrzebne będzie poparcie większości (13 członków). Polska delegacja od miesięcy próbowała formować taką koalicję, także wśród państw, które nie mają dostępu do morza.

— Jest mało realne, by kraje niezainteresowane problematyką rybacką chciały zadzierać z KE w obronie kilku pokrzywdzonych państw — przewiduje Marek Gzel.