Firmy, które uważają się za ofiary systemu bankowego, chcą walczyć. Szukają pomysłu, by podważyć umowy z instytucjami finansowymi
Waldemar Pawlak,
wicepremier i minister
gospodarki, chce, by rząd
dziś zajął się sprawą opcji
walutowych. Przedsiębiorcy
liczą na konkrety.
Z naszych informacji wynika, że większość umów opcyjnych miało wbudowane "wyłączniki", by przedsiębiorcy nie mogli zbyt dużo zarobić na ewentualnym silnym umocnieniu złotego. Najpopularniejszą barierą dezaktywującą wystawione opcje kupna waluty było około 3 zł za euro. W zeszłoroczne wakacje euro kosztowało 3,2 zł, więc niezwykle mało brakowało, by obecna opcyjna bomba była zjawiskiem marginalnym. Tymczasem teraz euro kosztuje około 4,5 zł, a straty krajowych przedsiębiorstw mogą sięgnąć kilkudziesięciu miliardów złotych.
Z odsieczą firmom, które tracą grube miliony na opcjach walutowych, idzie Waldemar Pawlak, wicepremier i minister gospodarki. Wczoraj zapowiedział, że chce wprowadzić do porządku obrad dzisiejszego posiedzenia rządu projekt ustawy o unieważnieniu niekorzystnych umów na opcje walutowe, zawieranych z bankami.
— Zaproponujemy rozwiązanie opierające się na dyrektywie europejskiej MiFID. Chcemy, by te transakcje, które zawierano z naruszeniem zasad określonych w tej dyrektywie mogły być unieważnione — powiedział Waldemar Pawlak.
Dodał, że jeśli rząd nie zgodzi się na takie rozwiązanie PSL sam wniesie do Sejmu projekt takiej ustawy.
Presja na rząd
Przedsiębiorcy też działają. Chcą wywrzeć presję na władze, by posłużyły się bankami pozostającymi pod ich kontrolą. Chodzi o NBP, Bank Gospodarstwa Krajowego, PKO BP czy BOŚ.
— W umowach jest nieprecyzyjny zapis, który mówi o kursie z rynku międzybankowego. Wystarczy więc, by codziennie jeden z banków sprzedawał kilkadziesiąt tysięcy euro po np. 3 zł, a 60-70 proc. umów opcyjnych wygaśnie. W ten sposób problem toksycznych opcji byłby zakończony, a tysiące miejsc pracy zostałoby uratowanych — mówi Zbigniew Przybysz, współwłaściciel pomorskiej firmy Kram.
Dodaje, że dysponuje opiniami ekonomistów i byłych bankowców, które potwierdzają skuteczność takiego działania.
— Taki krok powinien być podjęty przed kilkoma miesiącami, bo jego koszty byłyby nieduże, a chodzi tu o polską rację stanu — mówi Zbigniew Przybysz.
Czy takie działanie nie zdyskredytowałoby jednak naszego państwa, NBP czy BGK na arenie międzynarodowej?
— Z oczywistych powodów nie odpowiem na to pytanie — mówi Andrzej Sławiński, profesor Szkoły Głównej Handlowej i członek Rady Polityki Pieniężnej.
Strzelanie ślepakami
Celowe sprzedawanie przez banki pozostające pod wpływem skarbu państwa "drobnych" ilości euro dużo taniej niż kurs rynkowy nie zdziwiłoby jednak niektórych ekspertów.
— W obecnym kryzysie wszystko, co wydawało się niedopuszczalne, nierealne jeszcze pół roku temu, teraz jest czymś normalnym. Wyjątkowe sprawy wymagają przedsięwzięcia wyjątkowych środków — uważa ekonomista Banku Światowego, który wolał zachować anonimowość.
Sceptykiem co do skuteczności ewentualnej "mikrointerwencji" jest Stanisław Gomułka, profesor London School of Economics i były wiceminister finansów.
— Jeśli sprawa dojdzie do sądu, to nie sądzę, by ten uznał takie niewielkie transakcje za ustalające kurs na rynku międzybankowym. Zwykle oznacza on kurs dnia podawany przez NBP, na który składa się dużo wielkich transakcji — mówi Stanisław Gomułka.
Zastanawia się przy tym, dlaczego banki miałyby to robić i kto by za to zapłacił.
— Niewielkie transakcje są przecież bez znaczenia, a duże sporo kosztują — dodaje prof. Gomułka.
PR wicepremiera
Wypowiedź Waldemara Pawlaka, lidera PSL i ministra gospodarki, o tym, że chciałby unieważnienia umów opcyjnych, ucieszyła przedsiębiorców. Takie rozwiązanie popiera Polska Rada Biznesu oraz powstałe dziś Stowarzyszenie na rzecz Obrony Polskich Przedsiębiorstw (SnrOPP), którego inicjatorem jest Zbigniew Przybysz.
Eksperci są sceptyczni i wolą poczekać na konkretne rozwiązania..
— Rząd nie ma zbytnich możliwości działania. Umowy są umowami. Wypowiedź wicepremiera Pawlaka rozumiałbym jako wypowiedź polityka. Mówi on, że chce pomóc i to jest zrozumiałe — uważa prof. Stanisław Gomułka.
Adrian Boczkowski