Przed 9 czerwca 2024 r. partyjni kandydaci prężyli muskuły w swoich 13 okręgach, na które podzielona jest Polska. Nie istnieją listy ogólnokrajowe – chociaż podział polskich 53 mandatów pomiędzy partie metodą przeliczeniową Victora D’Hondta odbywa się na tym poziomie – zatem nie da się wyłonić tzw. kandydatów wiodących. Dlatego niełatwe jest zorganizowanie ich telewizyjnej debaty, jaką na poziomie unijnym 23 maja przeprowadziła Eurowizja i jakie odbywają się w niektórych państwach. Przed 15 października 2023 r. TVP zorganizowała centralną debatę, w której zmierzyli się kandydujący wówczas do Sejmu w którymś z 41 okręgów partyjni liderzy – m.in. Mateusz Morawiecki, Donald Tusk, Szymon Hołownia, Krzysztof Bosak. Obecnie ogólnopolskim materiałem porównawczym są bloki audycji komitetów wyborczych, przy czym telewizja publiczna jednak zorganizuje 5 czerwca debatę, ale niekandydujących do PE szefów partii.
Brak sensacji przed naszymi eurowyborami nadrobiła prawdziwa eksplozja za Atlantykiem. Dotyczy zupełnie innego głosowania, czyli amerykańskiego superwtorku 5 listopada, gdy wybrany zostanie prezydent USA, cała Izba Reprezentantów, jedna trzecia Senatu oraz masa władz stanowych i lokalnych. Donald Trump jako pierwszy były prezydent w 248-letnich dziejach Stanów Zjednoczonych Ameryki został skazany, na razie w pierwszej instancji, w procesie karnym. Ława przysięgłych sądu na Manhattanie w Nowym Jorku jednomyślnie uznała go za winnego we wszystkich 34 jednobrzmiących oskarżeniach o przestępstwa finansowe. Donald Trump równie sprytnie co nielegalnie podczas kampanii wyborczej w 2016 r. opłacił w 34 ratach łączną kwotą 130 tys. USD milczenie aktorki porno Stephanii Clifford – pseudonim artystyczny Storma Daniels – którą w 2006 r. jako 60-latek seksualnie wykorzystał, notabene będąc wtedy już w związku małżeńskim z Melanią. Wymiar kary sędzia ogłosi 11 lipca, cztery dni przed rozpoczęciem konwencji Republikanów, która na 200 proc. nominuje Donalda Trumpa jako kandydata na prezydenta USA. 78-letniemu skazanemu grożą cztery lata więzienia, ale czysto teoretycznie, jako że w drugiej instancji sprawa rozciągnie się na długie miesiące, zaś ewentualny wybór ją zawiesi. Ciekawostką jest okoliczność, że gdyby Donald Trump jednak trafił kiedyś za kraty – choćby tylko symbolicznie – to sąsiednia cela stałaby się placówką Secret Service, ponieważ byłym prezydentom ochrona przysługuje dożywotnio bez względu na okoliczności.
Sondaże przeprowadzone na gorąco po wyroku potwierdzają jego minimalny wpływ na wyniki przewidywane 5 listopada. Gęsto zaludnione demokratyczne tzw. stany niebieskie nad wybrzeżami oceanów, na czele z Nowym Jorkiem oraz Kalifornią, tylko umocniły się w przekonaniu, że Donald Trump to naprawdę przestępca – nie tyle w błahej kwotowo sprawie Stormy Daniels, ile w wielu grubszych. W związku z tym jego ewentualny ponowny wybór na prezydenta postrzegany jest jako obraza dla praworządności. Całe wnętrze terytorium USA to jednak ogromna połać republikańskich tzw. czerwonych karków, pod przewodem ludnego Teksasu. Kilka dużych stanów ze znaczną pulą głosów elektorskich należy zaś do tzw. swingujących – Floryda, Michigan, Ohio, Pensylwania, Wisconsin. W tych wahliwych utrzymująca się przewaga Donalda Trumpa nad Josephem Bidenem może w ciągu pięciu miesięcy stopnieć. Dla Amerykanów wielkie znaczenie ma orzeczenie winy nie przez pojedynczego sędziego, lecz przez nieznających się wcześniej 12 niezależnych przysięgłych, wybranych spośród obywateli i zatwierdzonych przez obie strony procesu. Donald Trump natychmiast rozpoczął kampanię ich dyskredytowania, podkreślając że przypadkowi przysięgli z Manhattanu (gdzie wzniósł Trump Tower i Trump World Tower) również uczestniczą w spisku elit, który ma mu zagrodzić drogę do Białego Domu…
