Przystanek Arktyka

Monika Witkowska
29-04-2011, 11:26

Amos jest dość niski, ma czarne włosy, skośne oczy, spłaszczony nos i wystające kości policzkowe. Typowy Inuita. Jego największym marzeniem jest upolowanie niedźwiedzia polarnego.

Amos nie gniewa się, jeśli ktoś go nazywa Eskimosem. Wie, że tak powszechnie się mówi o ludach Północy, chociaż nie wszyscy lubią to określenie.

— Dokładniej to jestem Inuitą z grupy Netsilik, a moim rodzimym językiem jest Natsilingmiutut — wyjaśnia. — Chcesz się nauczyć kilku słów? Typowe "dziękuję" to qujanaqqutit. Prawda, że proste? — śmieje się.

Na szczęście nie mamy problemów z porozumiewaniem się, bo Amos, jako obywatel Kanady, mówi też po angielsku i francusku.

Trochę inna Kanada

Gjoa Haven, licząca około tysiąca mieszkańców miejscowość położona 250 km na północ od koła podbiegunowego, to jedno z nielicznych ludzkich osiedli na trasie Przejścia Północno-Zachodniego (North West Passage). Tak się nazywa legendarny szlak morski, którym podczas krótkiego arktycznego lata można przepłynąć z Atlantyku na Pacyfik. O ile nie utknie się w lodach, które na tych akwenach nigdy do końca nie topnieją i skutecznie utrudniają żeglugę.

To zupełnie inna Kanada, niż ta, którą sobie kojarzymy. Nie ma tu słynnych klonów, ani lasów — zastępują je bezdrzewne przestrzenie arktycznej tundry. Cywilizacji też jak na lekarstwo. Samochody to rzadkość, zresztą nie są potrzebne, bo nie za bardzo jest gdzie nimi jeździć.

— Z Gjoa Haven do najbliższego miejsca, do którego dochodzi droga asfaltowa, mamy 1100 km w linii prostej, ale już z takiego Pond Inlet jest dwa razy więcej — słyszę.

Praktyczniejsze są quady (idealny środek transportu np. zakupów), a zimą skutery śnieżne. Psie zaprzęgi też można spotkać, choć nie są tak popularne jak u Inuitów grenlandzkich. Jedyna możliwość dostania się do Gjoa Haven czy innych miejscowości najdalej na północ wysuniętych kanadyjskich prowincji (Nunavut i Northwest Territories) to: dolecieć, albo dopłynąć. Pierwsza opcja jest bardzo kosztowna — połączenie z Montrealu do Pond Inlet, czyli jakby nie było trasa krajowa, może być dużo droższe niż przelot z Europy do Kanady. Dopłynięcie jest z kolei skomplikowane — żadnych promów nie ma, a na lodołamacze czy barki dostawcze, raz czy dwa razy do roku przywożące zaopatrzenie, trudno liczyć. Coraz więcej jest w Arktyce jachtów. "Coraz więcej" znaczy kilka w roku.

Ja również dotarłam do Gjoa Haven jachtem. Na polskim "Solanusie", chociaż część North West Passage pokonywałam też na szwedzkiej "Annie". Gjoa Haven to dla żeglarzy miejsce szczególne, bo w miejscowej zatoczce dwie zimy spędził Roald Amundsen, słynny Norweg, który wraz z 6-osobową załogą jako pierwszy w histo- rii pokonał Przejście Północno-Zachodnie (lata 1903-06). Ponieważ płynął na statku "GjŅa", osada przyjęła nazwę oznaczającą w tłumaczeniu "Port Gjoa". Teraz hasło "Amundsen" to magnes dla turystów. Poświęcono mu część ekspozycji w lokalnym muzeum, odlane z brązu popiersie badacza to ulubiony motyw zdjęć, wyznaczono też "szlak amundsenowski" prowadzący na pobliskie wzgórze, gdzie w zastępstwie statku "GjŅa" (stanowi eksponat muzeum morskiego w Oslo) wystawiono inne łodzie.

Polowania pod kontrolą

Kiedy zapytałam Amosa o niedźwiedzie polarne, chłopak się ożywił, bo polowania to przecież inuicka tradycja, a pokonanie Króla Arktyki, jak mówi się z estymą, daje wyjątkowy prestiż. Tyle że polowania są pod ścisłą kontrolą. W tym przypadku roczny przydział wynosi dwa na wioskę. Chętnych jest oczywiście wielu, więc żeby było sprawiedliwie organizuje się losowanie. Ten, do kogo uśmiechnie się szczęście, ma 10 dni na wytropienie i zabicie niedźwiedzia. Jak mu się nie uda, losuje się następnego myśliwego, aż do skutku. Mięsem zdobyczy wypada się podzielić z innymi, cenną skórę zachowuje się dla siebie.

Na wieloryby też się poluje, ale w tym przypadku w morskiej wyprawie udział bierze delegacja całej wioski. Przy waleniach limity są jeszcze bardziej zaostrzone, prawo ich odłowu wioska dostaje raz na ileś lat. Wszystko odbywa się zgodnie z wielowiekową tradycją. Najpierw wyszukuje się wielorybie stado, potem w ruch idą harpuny, a na koniec zabite zwierzę wyciąga się na brzeg, gdzie na miejscu kroi się jego sadło, obdzielając nim zainteresowanych.

Mimo trzech miesięcy żeglowania przez wody Przejścia, nie udaje mi się zobaczyć ani wieloryba, ani niedźwiedzia. Honor arktycznej fauny uratował karibu, czyli podgatunek renifera. Spotkanie okazało się zaskakujące dla obydwu stron. Zakotwiczyliśmy naszą "Annę" w spokojnej zatoczce u wejścia na Morze Beauforta, przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, a tam, jakby na nasze powitanie wyszedł on — wielki, dostojny Pan Karibu. Stał kilka metrów dalej, nie bojąc się nas zupełnie i jakby nie zauważając strzelby, którą Börje, mój szwedzki kapitan, miał przy sobie ze względów bezpieczeństwa. Wpatrywaliśmy się w rogatego samca niczym zahipnotyzowani. Miałam wrażenie, że od tego momentu przestaliśmy być dla tutejszej natury intruzami z zewnątrz. Arktyka nas zaakceptowała.

Garnitur z piżmowoła

Jak smakuje mięso karibu, przekonałam się nieco później, już na Alasce, gdzie sprzedawano je w postaci hamburgerów. Kawałkiem wieloryba, z którego przyrządziliśmy steki, obdarowali nas wcześniej Inuici grenlandzcy. W kanadyjskiej Arktyce uraczono nas natomiast mięsem woła piżmowego. Było to w kolejnym arktycznym porcie, Cambridge Bay, gdzie spotkaliśmy Inuitę, który właśnie wrócił z polowania. Szczerze mówiąc mieliśmy potem problem, jak nieznane mięso przyrządzić. Ostatecznie Börje zrobił z niego gulasz, bardzo smaczny, ale dziwnie gumowaty, przez co trudny do przełknięcia.

Był czas, kiedy woły piżmowe były zagrożone wyginięciem. W 1930 r. w kontynentalnej Kanadzie doliczono się ich jedynie 500 sztuk. Po wprowadzeniu kontroli odstrzałów w samej prowincji Nunavut na północy kraju populacja masywnych zwierząt zwiększyła się do obecnie około 60 tys. Ale nie tylko ze względu na mięso są ważne. Mało kto wie, że pod długą, zwisającą sierścią kryje się krótkie, gęste włosie, z którego robi się qiviuq — najdroższą wełnę świata. Gubione na wiosnę kłaki, roznoszone po tundrze przez wiatr, zbiera się ręcznie, a że nie jest to lekka praca, świadczy zapłata: 870 zł za funt, czyli niecałe pół kilo. Ostateczna cena wyrobu jest odzwierciedleniem jakości — qiviuq jest lekka jak puch, mocniejsza i osiem razy cieplejsza niż zwykła owcza wełna, a przy tym delikatniejsza w dotyku niż wełna kaszmirska. Poza tym, w przeciwieństwie do zwykłej wełny, nie zbiega się pod wpływem temperatury czy wody. O tym, jak kosztowne są wyroby z wełny piżmowołów świadczy informacja, która obiegła media w lutym 2011 r. Brytyjska firma Amosu Luxury Ltd. zaoferowała garnitur: elegancką marynarkę i spodnie za, bagatela, 100 000 dol. (około 280 tys. zł)! Na cenę wpłynęły też złote guziki wysadzane diamentami i nici z platyny użyte do szycia, jednak producent podkreśla, że pozyskana przez rok wełna z piżmowołów starcza na zaledwie 300 takich garniturów, przez co z założenia jest to produkcja elitarna. Chętnych na oryginalny garnitur nie brakuje — należy do nich m.in. kierowca Formuły 1, Niemiec Adrian Sutil. Kogo nie stać, może poprzestać na skromnym szaliczku za "jedyne" 900 zł.

Alkohol — nie!

Poza przyrodą i krajobrazami główny powód, dla którego warto odwiedzić kanadyjską Arktykę stanowią ludzie. W zdecydowanej większości to Inuici, chociaż nie brakuje też "zwykłych" Kanadyjczyków z południa kraju, do Arktyki przenoszących się na ogół za pracą. Coraz więcej pojawia się też egzotycznych imigrantów. Widać to zwłaszcza w położonym niedaleko ujścia rzeki Mackenzie mieście Inuvik, które jak na warunki arktyczne jest metropolią, bo liczba jego mieszkańców przekroczyła 3,5 tysiąca. Ze względu na licznych przybyszy z Sudanu, Egiptu i Libanu, w 2010 r. w Inuvik powstał meczet, z dumą określany jako pierwsza w świecie świątynia muzułmańska zbudowana na północ od Kręgu Polarnego. Swoją drogą, czego jak czego, ale "domów bożych" w Arktyce nie brakuje, choć wyglądem nie różnią się zbytnio od zwykłych budynków mieszkalnych. W niewielkim Cambridge Bay są trzy: kościół katolicki p. w. Matki Boskiej Arktycznej, kościół anglikański i Pentecostal Church, w którym msze to spontaniczne śpiewy, tańce i klaskanie w rytm muzyki gospel.

Plusem przypłynięcia jachtem do portów arktycznej Kanady jest dobry kontakt z lokalnymi mieszkańcami. Ponieważ wizyty jachtów należą w tych rejonach do rzadkości, żeglarze mogą liczyć na specjalne względy takie jak propozycje wszelakiej pomocy czy zaproszenia do domów. W ten to sposób poznajemy Amosa. Chłopak jest Inuitą, jego żona pochodzi z Toronto. Ich dom to standardowe mieszkanie — wygodnie urządzony salonik z dwoma podłączonymi do internetu komputerami, dwie sypialnie, przestronna kuchnia, pokój gospodarczy z pralką i suszarką.

— Wcale nie mieszkamy w igloo, jak wiele osób myśli — śmieją się gospodarze.

Inna sprawa, że dumni ze swoich tradycji Inuici starają się je przekazać następnym pokoleniom. Dlatego na zimowych obozach lokalna młodzież (dziewczęta także) uczy się budować igloo, polować na foki, oprawiać zdobycz, a nawet śpiewać inuickie pieśni.

— My również się staramy pielęgnować tutejsze zwyczaje, dlatego wystąpiliśmy na ślubie w inuickich strojach — mówią z dumą nasi znajomi, po czym z głębin zamrażarki (ponoć to najlepsze miejsce na takie rzeczy) wyjmują własnoręcznie uszyte buty z foczej skóry i ubranie z sierści karibu.

Miłą rozmowę przerywa pojawienie się na stole butelki whisky. Jesteśmy zaskoczeni, bo wiemy, że na tych terenach to towar wybitnie luksusowy. W podbiegunowych supermarketach można kupić wszystko, chociaż szokiem mogą być ceny (litr mleka 12 zł), poza alkoholem. Wprowadzenie prohibicji to odpowiedź na problemy (plaga alkoholizmu, przemoc w rodzinie, mnóstwo samobójstw), z jakimi przestali sobie radzić Inuici. Drażliwy temat każda miejscowość załatwia indywidualnie. W większości obowiązuje bezwzględny zakaz sprzedaży napojów "procentowych" (brak nawet pubów sprzedających piwo), choć są i takie, gdzie alkohol można kupić w upoważnionym sklepie np. raz w tygodniu, albo można go zamówić na specjalne okazje po złożeniu podania do wioskowego urzędu. A co do wizyt w tutejszych urzędach czy innych miejscach publicznych (biblioteka, szkoła itp.), niech nie zdziwią nas karteczki o konieczności zdejmowania butów! To arktyczny standard, do którego stosują się wszyscy, niezależnie od wieku czy pozycji zawodowej.

Sposób na zorzę

Arktyką można się zafascynować. Nie jest to miejsce łatwe ani do życia, ani do podróżowania, bo polarna natura tym, którzy nie mają dla niej respektu, łatwo może okazać swą wyższość. Nagrodą za trudy znoszenia chłodu i zmiennej pogody (dla nas koszmarem były mgły, zwłaszcza przy pokonywaniu pokrywających morze pól lodowych) są niespotykane gdzieindziej krajobrazy: schodzące z gór, prosto do morza, lodowce, tak zwane pingos czyli wzgórza przypominające niewysokie wulkany, czy urocze, dzikie zatoczki, wśród których jest nazwana imieniem naszego słynnego eksploratora — Pawła Strzeleckiego (on sam nigdy w Arktyce nie był). A co do chłodów, nie ma co kryć, że za kręgiem polarnym ciepłe ubranie trzeba nosić nawet w lecie, ale ciepłe dni też się zdarzają (nawet 1000 km za kręgiem polarnym miałam okazję chodzić w koszulce z krótkim rękawem). Poza tym, jaka to frajda doświadczyć uroków dnia polarnego, a potem, kiedy już zapadają ciemności, zobaczyć zorzę polarną. My widzieliśmy pierwszą już na początku września.

— Jeśli chcesz, by zorza przyszła bliżej ciebie i tańczyła na niebie jeszcze piękniej, musisz śpiewać… — poetycko zdradzili mi sekret Inuici.

Sprawdziłam — działa!

foto: Monika Witkowska
Zobacz więcej

foto: Monika Witkowska

Amos nie gniewa się, jeśli ktoś go nazywa Eskimosem. Wie, że tak powszechnie się mówi o ludach Północy, chociaż nie wszyscy lubią to określenie.

— Dokładniej to jestem Inuitą z grupy Netsilik, a moim rodzimym językiem jest Natsilingmiutut — wyjaśnia. — Chcesz się nauczyć kilku słów? Typowe "dziękuję" to qujanaqqutit. Prawda, że proste? — śmieje się.

Na szczęście nie mamy problemów z porozumiewaniem się, bo Amos, jako obywatel Kanady, mówi też po angielsku i francusku.

Trochę inna Kanada

Gjoa Haven, licząca około tysiąca mieszkańców miejscowość położona 250 km na północ od koła podbiegunowego, to jedno z nielicznych ludzkich osiedli na trasie Przejścia Północno-Zachodniego (North West Passage). Tak się nazywa legendarny szlak morski, którym podczas krótkiego arktycznego lata można przepłynąć z Atlantyku na Pacyfik. O ile nie utknie się w lodach, które na tych akwenach nigdy do końca nie topnieją i skutecznie utrudniają żeglugę.

To zupełnie inna Kanada, niż ta, którą sobie kojarzymy. Nie ma tu słynnych klonów, ani lasów — zastępują je bezdrzewne przestrzenie arktycznej tundry. Cywilizacji też jak na lekarstwo. Samochody to rzadkość, zresztą nie są potrzebne, bo nie za bardzo jest gdzie nimi jeździć.

— Z Gjoa Haven do najbliższego miejsca, do którego dochodzi droga asfaltowa, mamy 1100 km w linii prostej, ale już z takiego Pond Inlet jest dwa razy więcej — słyszę.

Praktyczniejsze są quady (idealny środek transportu np. zakupów), a zimą skutery śnieżne. Psie zaprzęgi też można spotkać, choć nie są tak popularne jak u Inuitów grenlandzkich. Jedyna możliwość dostania się do Gjoa Haven czy innych miejscowości najdalej na północ wysuniętych kanadyjskich prowincji (Nunavut i Northwest Territories) to: dolecieć, albo dopłynąć. Pierwsza opcja jest bardzo kosztowna — połączenie z Montrealu do Pond Inlet, czyli jakby nie było trasa krajowa, może być dużo droższe niż przelot z Europy do Kanady. Dopłynięcie jest z kolei skomplikowane — żadnych promów nie ma, a na lodołamacze czy barki dostawcze, raz czy dwa razy do roku przywożące zaopatrzenie, trudno liczyć. Coraz więcej jest w Arktyce jachtów. "Coraz więcej" znaczy kilka w roku.

Ja również dotarłam do Gjoa Haven jachtem. Na polskim "Solanusie", chociaż część North West Passage pokonywałam też na szwedzkiej "Annie". Gjoa Haven to dla żeglarzy miejsce szczególne, bo w miejscowej zatoczce dwie zimy spędził Roald Amundsen, słynny Norweg, który wraz z 6-osobową załogą jako pierwszy w histo- rii pokonał Przejście Północno-Zachodnie (lata 1903-06). Ponieważ płynął na statku "GjŅa", osada przyjęła nazwę oznaczającą w tłumaczeniu "Port Gjoa". Teraz hasło "Amundsen" to magnes dla turystów. Poświęcono mu część ekspozycji w lokalnym muzeum, odlane z brązu popiersie badacza to ulubiony motyw zdjęć, wyznaczono też "szlak amundsenowski" prowadzący na pobliskie wzgórze, gdzie w zastępstwie statku "GjŅa" (stanowi eksponat muzeum morskiego w Oslo) wystawiono inne łodzie.

Polowania pod kontrolą

Kiedy zapytałam Amosa o niedźwiedzie polarne, chłopak się ożywił, bo polowania to przecież inuicka tradycja, a pokonanie Króla Arktyki, jak mówi się z estymą, daje wyjątkowy prestiż. Tyle że polowania są pod ścisłą kontrolą. W tym przypadku roczny przydział wynosi dwa na wioskę. Chętnych jest oczywiście wielu, więc żeby było sprawiedliwie organizuje się losowanie. Ten, do kogo uśmiechnie się szczęście, ma 10 dni na wytropienie i zabicie niedźwiedzia. Jak mu się nie uda, losuje się następnego myśliwego, aż do skutku. Mięsem zdobyczy wypada się podzielić z innymi, cenną skórę zachowuje się dla siebie.

Na wieloryby też się poluje, ale w tym przypadku w morskiej wyprawie udział bierze delegacja całej wioski. Przy waleniach limity są jeszcze bardziej zaostrzone, prawo ich odłowu wioska dostaje raz na ileś lat. Wszystko odbywa się zgodnie z wielowiekową tradycją. Najpierw wyszukuje się wielorybie stado, potem w ruch idą harpuny, a na koniec zabite zwierzę wyciąga się na brzeg, gdzie na miejscu kroi się jego sadło, obdzielając nim zainteresowanych.

Mimo trzech miesięcy żeglowania przez wody Przejścia, nie udaje mi się zobaczyć ani wieloryba, ani niedźwiedzia. Honor arktycznej fauny uratował karibu, czyli podgatunek renifera. Spotkanie okazało się zaskakujące dla obydwu stron. Zakotwiczyliśmy naszą "Annę" w spokojnej zatoczce u wejścia na Morze Beauforta, przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, a tam, jakby na nasze powitanie wyszedł on — wielki, dostojny Pan Karibu. Stał kilka metrów dalej, nie bojąc się nas zupełnie i jakby nie zauważając strzelby, którą Börje, mój szwedzki kapitan, miał przy sobie ze względów bezpieczeństwa. Wpatrywaliśmy się w rogatego samca niczym zahipnotyzowani. Miałam wrażenie, że od tego momentu przestaliśmy być dla tutejszej natury intruzami z zewnątrz. Arktyka nas zaakceptowała.

Garnitur z piżmowoła

Jak smakuje mięso karibu, przekonałam się nieco później, już na Alasce, gdzie sprzedawano je w postaci hamburgerów. Kawałkiem wieloryba, z którego przyrządziliśmy steki, obdarowali nas wcześniej Inuici grenlandzcy. W kanadyjskiej Arktyce uraczono nas natomiast mięsem woła piżmowego. Było to w kolejnym arktycznym porcie, Cambridge Bay, gdzie spotkaliśmy Inuitę, który właśnie wrócił z polowania. Szczerze mówiąc mieliśmy potem problem, jak nieznane mięso przyrządzić. Ostatecznie Börje zrobił z niego gulasz, bardzo smaczny, ale dziwnie gumowaty, przez co trudny do przełknięcia.

Był czas, kiedy woły piżmowe były zagrożone wyginięciem. W 1930 r. w kontynentalnej Kanadzie doliczono się ich jedynie 500 sztuk. Po wprowadzeniu kontroli odstrzałów w samej prowincji Nunavut na północy kraju populacja masywnych zwierząt zwiększyła się do obecnie około 60 tys. Ale nie tylko ze względu na mięso są ważne. Mało kto wie, że pod długą, zwisającą sierścią kryje się krótkie, gęste włosie, z którego robi się qiviuq — najdroższą wełnę świata. Gubione na wiosnę kłaki, roznoszone po tundrze przez wiatr, zbiera się ręcznie, a że nie jest to lekka praca, świadczy zapłata: 870 zł za funt, czyli niecałe pół kilo. Ostateczna cena wyrobu jest odzwierciedleniem jakości — qiviuq jest lekka jak puch, mocniejsza i osiem razy cieplejsza niż zwykła owcza wełna, a przy tym delikatniejsza w dotyku niż wełna kaszmirska. Poza tym, w przeciwieństwie do zwykłej wełny, nie zbiega się pod wpływem temperatury czy wody. O tym, jak kosztowne są wyroby z wełny piżmowołów świadczy informacja, która obiegła media w lutym 2011 r. Brytyjska firma Amosu Luxury Ltd. zaoferowała garnitur: elegancką marynarkę i spodnie za, bagatela, 100 000 dol. (około 280 tys. zł)! Na cenę wpłynęły też złote guziki wysadzane diamentami i nici z platyny użyte do szycia, jednak producent podkreśla, że pozyskana przez rok wełna z piżmowołów starcza na zaledwie 300 takich garniturów, przez co z założenia jest to produkcja elitarna. Chętnych na oryginalny garnitur nie brakuje — należy do nich m.in. kierowca Formuły 1, Niemiec Adrian Sutil. Kogo nie stać, może poprzestać na skromnym szaliczku za "jedyne" 900 zł.

Alkohol — nie!

Poza przyrodą i krajobrazami główny powód, dla którego warto odwiedzić kanadyjską Arktykę stanowią ludzie. W zdecydowanej większości to Inuici, chociaż nie brakuje też "zwykłych" Kanadyjczyków z południa kraju, do Arktyki przenoszących się na ogół za pracą. Coraz więcej pojawia się też egzotycznych imigrantów. Widać to zwłaszcza w położonym niedaleko ujścia rzeki Mackenzie mieście Inuvik, które jak na warunki arktyczne jest metropolią, bo liczba jego mieszkańców przekroczyła 3,5 tysiąca. Ze względu na licznych przybyszy z Sudanu, Egiptu i Libanu, w 2010 r. w Inuvik powstał meczet, z dumą określany jako pierwsza w świecie świątynia muzułmańska zbudowana na północ od Kręgu Polarnego. Swoją drogą, czego jak czego, ale "domów bożych" w Arktyce nie brakuje, choć wyglądem nie różnią się zbytnio od zwykłych budynków mieszkalnych. W niewielkim Cambridge Bay są trzy: kościół katolicki p. w. Matki Boskiej Arktycznej, kościół anglikański i Pentecostal Church, w którym msze to spontaniczne śpiewy, tańce i klaskanie w rytm muzyki gospel.

Plusem przypłynięcia jachtem do portów arktycznej Kanady jest dobry kontakt z lokalnymi mieszkańcami. Ponieważ wizyty jachtów należą w tych rejonach do rzadkości, żeglarze mogą liczyć na specjalne względy takie jak propozycje wszelakiej pomocy czy zaproszenia do domów. W ten to sposób poznajemy Amosa. Chłopak jest Inuitą, jego żona pochodzi z Toronto. Ich dom to standardowe mieszkanie — wygodnie urządzony salonik z dwoma podłączonymi do internetu komputerami, dwie sypialnie, przestronna kuchnia, pokój gospodarczy z pralką i suszarką.

— Wcale nie mieszkamy w igloo, jak wiele osób myśli — śmieją się gospodarze.

Inna sprawa, że dumni ze swoich tradycji Inuici starają się je przekazać następnym pokoleniom. Dlatego na zimowych obozach lokalna młodzież (dziewczęta także) uczy się budować igloo, polować na foki, oprawiać zdobycz, a nawet śpiewać inuickie pieśni.

— My również się staramy pielęgnować tutejsze zwyczaje, dlatego wystąpiliśmy na ślubie w inuickich strojach — mówią z dumą nasi znajomi, po czym z głębin zamrażarki (ponoć to najlepsze miejsce na takie rzeczy) wyjmują własnoręcznie uszyte buty z foczej skóry i ubranie z sierści karibu.

Miłą rozmowę przerywa pojawienie się na stole butelki whisky. Jesteśmy zaskoczeni, bo wiemy, że na tych terenach to towar wybitnie luksusowy. W podbiegunowych supermarketach można kupić wszystko, chociaż szokiem mogą być ceny (litr mleka 12 zł), poza alkoholem. Wprowadzenie prohibicji to odpowiedź na problemy (plaga alkoholizmu, przemoc w rodzinie, mnóstwo samobójstw), z jakimi przestali sobie radzić Inuici. Drażliwy temat każda miejscowość załatwia indywidualnie. W większości obowiązuje bezwzględny zakaz sprzedaży napojów "procentowych" (brak nawet pubów sprzedających piwo), choć są i takie, gdzie alkohol można kupić w upoważnionym sklepie np. raz w tygodniu, albo można go zamówić na specjalne okazje po złożeniu podania do wioskowego urzędu. A co do wizyt w tutejszych urzędach czy innych miejscach publicznych (biblioteka, szkoła itp.), niech nie zdziwią nas karteczki o konieczności zdejmowania butów! To arktyczny standard, do którego stosują się wszyscy, niezależnie od wieku czy pozycji zawodowej.

Sposób na zorzę

Arktyką można się zafascynować. Nie jest to miejsce łatwe ani do życia, ani do podróżowania, bo polarna natura tym, którzy nie mają dla niej respektu, łatwo może okazać swą wyższość. Nagrodą za trudy znoszenia chłodu i zmiennej pogody (dla nas koszmarem były mgły, zwłaszcza przy pokonywaniu pokrywających morze pól lodowych) są niespotykane gdzieindziej krajobrazy: schodzące z gór, prosto do morza, lodowce, tak zwane pingos czyli wzgórza przypominające niewysokie wulkany, czy urocze, dzikie zatoczki, wśród których jest nazwana imieniem naszego słynnego eksploratora — Pawła Strzeleckiego (on sam nigdy w Arktyce nie był). A co do chłodów, nie ma co kryć, że za kręgiem polarnym ciepłe ubranie trzeba nosić nawet w lecie, ale ciepłe dni też się zdarzają (nawet 1000 km za kręgiem polarnym miałam okazję chodzić w koszulce z krótkim rękawem). Poza tym, jaka to frajda doświadczyć uroków dnia polarnego, a potem, kiedy już zapadają ciemności, zobaczyć zorzę polarną. My widzieliśmy pierwszą już na początku września.

— Jeśli chcesz, by zorza przyszła bliżej ciebie i tańczyła na niebie jeszcze piękniej, musisz śpiewać… — poetycko zdradzili mi sekret Inuici.

Sprawdziłam — działa!

Amos nie gniewa się, jeśli ktoś go nazywa Eskimosem. Wie, że tak powszechnie się mówi o ludach Północy, chociaż nie wszyscy lubią to określenie.

— Dokładniej to jestem Inuitą z grupy Netsilik, a moim rodzimym językiem jest Natsilingmiutut — wyjaśnia. — Chcesz się nauczyć kilku słów? Typowe "dziękuję" to qujanaqqutit. Prawda, że proste? — śmieje się.

Na szczęście nie mamy problemów z porozumiewaniem się, bo Amos, jako obywatel Kanady, mówi też po angielsku i francusku.

Trochę inna Kanada

Gjoa Haven, licząca około tysiąca mieszkańców miejscowość położona 250 km na północ od koła podbiegunowego, to jedno z nielicznych ludzkich osiedli na trasie Przejścia Północno-Zachodniego (North West Passage). Tak się nazywa legendarny szlak morski, którym podczas krótkiego arktycznego lata można przepłynąć z Atlantyku na Pacyfik. O ile nie utknie się w lodach, które na tych akwenach nigdy do końca nie topnieją i skutecznie utrudniają żeglugę.

To zupełnie inna Kanada, niż ta, którą sobie kojarzymy. Nie ma tu słynnych klonów, ani lasów — zastępują je bezdrzewne przestrzenie arktycznej tundry. Cywilizacji też jak na lekarstwo. Samochody to rzadkość, zresztą nie są potrzebne, bo nie za bardzo jest gdzie nimi jeździć.

— Z Gjoa Haven do najbliższego miejsca, do którego dochodzi droga asfaltowa, mamy 1100 km w linii prostej, ale już z takiego Pond Inlet jest dwa razy więcej — słyszę.

Praktyczniejsze są quady (idealny środek transportu np. zakupów), a zimą skutery śnieżne. Psie zaprzęgi też można spotkać, choć nie są tak popularne jak u Inuitów grenlandzkich. Jedyna możliwość dostania się do Gjoa Haven czy innych miejscowości najdalej na północ wysuniętych kanadyjskich prowincji (Nunavut i Northwest Territories) to: dolecieć, albo dopłynąć. Pierwsza opcja jest bardzo kosztowna — połączenie z Montrealu do Pond Inlet, czyli jakby nie było trasa krajowa, może być dużo droższe niż przelot z Europy do Kanady. Dopłynięcie jest z kolei skomplikowane — żadnych promów nie ma, a na lodołamacze czy barki dostawcze, raz czy dwa razy do roku przywożące zaopatrzenie, trudno liczyć. Coraz więcej jest w Arktyce jachtów. "Coraz więcej" znaczy kilka w roku.

Ja również dotarłam do Gjoa Haven jachtem. Na polskim "Solanusie", chociaż część North West Passage pokonywałam też na szwedzkiej "Annie". Gjoa Haven to dla żeglarzy miejsce szczególne, bo w miejscowej zatoczce dwie zimy spędził Roald Amundsen, słynny Norweg, który wraz z 6-osobową załogą jako pierwszy w histo- rii pokonał Przejście Północno-Zachodnie (lata 1903-06). Ponieważ płynął na statku "GjŅa", osada przyjęła nazwę oznaczającą w tłumaczeniu "Port Gjoa". Teraz hasło "Amundsen" to magnes dla turystów. Poświęcono mu część ekspozycji w lokalnym muzeum, odlane z brązu popiersie badacza to ulubiony motyw zdjęć, wyznaczono też "szlak amundsenowski" prowadzący na pobliskie wzgórze, gdzie w zastępstwie statku "GjŅa" (stanowi eksponat muzeum morskiego w Oslo) wystawiono inne łodzie.

Polowania pod kontrolą

Kiedy zapytałam Amosa o niedźwiedzie polarne, chłopak się ożywił, bo polowania to przecież inuicka tradycja, a pokonanie Króla Arktyki, jak mówi się z estymą, daje wyjątkowy prestiż. Tyle że polowania są pod ścisłą kontrolą. W tym przypadku roczny przydział wynosi dwa na wioskę. Chętnych jest oczywiście wielu, więc żeby było sprawiedliwie organizuje się losowanie. Ten, do kogo uśmiechnie się szczęście, ma 10 dni na wytropienie i zabicie niedźwiedzia. Jak mu się nie uda, losuje się następnego myśliwego, aż do skutku. Mięsem zdobyczy wypada się podzielić z innymi, cenną skórę zachowuje się dla siebie.

Na wieloryby też się poluje, ale w tym przypadku w morskiej wyprawie udział bierze delegacja całej wioski. Przy waleniach limity są jeszcze bardziej zaostrzone, prawo ich odłowu wioska dostaje raz na ileś lat. Wszystko odbywa się zgodnie z wielowiekową tradycją. Najpierw wyszukuje się wielorybie stado, potem w ruch idą harpuny, a na koniec zabite zwierzę wyciąga się na brzeg, gdzie na miejscu kroi się jego sadło, obdzielając nim zainteresowanych.

Mimo trzech miesięcy żeglowania przez wody Przejścia, nie udaje mi się zobaczyć ani wieloryba, ani niedźwiedzia. Honor arktycznej fauny uratował karibu, czyli podgatunek renifera. Spotkanie okazało się zaskakujące dla obydwu stron. Zakotwiczyliśmy naszą "Annę" w spokojnej zatoczce u wejścia na Morze Beauforta, przeprawiliśmy się pontonem na brzeg, a tam, jakby na nasze powitanie wyszedł on — wielki, dostojny Pan Karibu. Stał kilka metrów dalej, nie bojąc się nas zupełnie i jakby nie zauważając strzelby, którą Börje, mój szwedzki kapitan, miał przy sobie ze względów bezpieczeństwa. Wpatrywaliśmy się w rogatego samca niczym zahipnotyzowani. Miałam wrażenie, że od tego momentu przestaliśmy być dla tutejszej natury intruzami z zewnątrz. Arktyka nas zaakceptowała.

Garnitur z piżmowoła

Jak smakuje mięso karibu, przekonałam się nieco później, już na Alasce, gdzie sprzedawano je w postaci hamburgerów. Kawałkiem wieloryba, z którego przyrządziliśmy steki, obdarowali nas wcześniej Inuici grenlandzcy. W kanadyjskiej Arktyce uraczono nas natomiast mięsem woła piżmowego. Było to w kolejnym arktycznym porcie, Cambridge Bay, gdzie spotkaliśmy Inuitę, który właśnie wrócił z polowania. Szczerze mówiąc mieliśmy potem problem, jak nieznane mięso przyrządzić. Ostatecznie Börje zrobił z niego gulasz, bardzo smaczny, ale dziwnie gumowaty, przez co trudny do przełknięcia.

Był czas, kiedy woły piżmowe były zagrożone wyginięciem. W 1930 r. w kontynentalnej Kanadzie doliczono się ich jedynie 500 sztuk. Po wprowadzeniu kontroli odstrzałów w samej prowincji Nunavut na północy kraju populacja masywnych zwierząt zwiększyła się do obecnie około 60 tys. Ale nie tylko ze względu na mięso są ważne. Mało kto wie, że pod długą, zwisającą sierścią kryje się krótkie, gęste włosie, z którego robi się qiviuq — najdroższą wełnę świata. Gubione na wiosnę kłaki, roznoszone po tundrze przez wiatr, zbiera się ręcznie, a że nie jest to lekka praca, świadczy zapłata: 870 zł za funt, czyli niecałe pół kilo. Ostateczna cena wyrobu jest odzwierciedleniem jakości — qiviuq jest lekka jak puch, mocniejsza i osiem razy cieplejsza niż zwykła owcza wełna, a przy tym delikatniejsza w dotyku niż wełna kaszmirska. Poza tym, w przeciwieństwie do zwykłej wełny, nie zbiega się pod wpływem temperatury czy wody. O tym, jak kosztowne są wyroby z wełny piżmowołów świadczy informacja, która obiegła media w lutym 2011 r. Brytyjska firma Amosu Luxury Ltd. zaoferowała garnitur: elegancką marynarkę i spodnie za, bagatela, 100 000 dol. (około 280 tys. zł)! Na cenę wpłynęły też złote guziki wysadzane diamentami i nici z platyny użyte do szycia, jednak producent podkreśla, że pozyskana przez rok wełna z piżmowołów starcza na zaledwie 300 takich garniturów, przez co z założenia jest to produkcja elitarna. Chętnych na oryginalny garnitur nie brakuje — należy do nich m.in. kierowca Formuły 1, Niemiec Adrian Sutil. Kogo nie stać, może poprzestać na skromnym szaliczku za "jedyne" 900 zł.

Alkohol — nie!

Poza przyrodą i krajobrazami główny powód, dla którego warto odwiedzić kanadyjską Arktykę stanowią ludzie. W zdecydowanej większości to Inuici, chociaż nie brakuje też "zwykłych" Kanadyjczyków z południa kraju, do Arktyki przenoszących się na ogół za pracą. Coraz więcej pojawia się też egzotycznych imigrantów. Widać to zwłaszcza w położonym niedaleko ujścia rzeki Mackenzie mieście Inuvik, które jak na warunki arktyczne jest metropolią, bo liczba jego mieszkańców przekroczyła 3,5 tysiąca. Ze względu na licznych przybyszy z Sudanu, Egiptu i Libanu, w 2010 r. w Inuvik powstał meczet, z dumą określany jako pierwsza w świecie świątynia muzułmańska zbudowana na północ od Kręgu Polarnego. Swoją drogą, czego jak czego, ale "domów bożych" w Arktyce nie brakuje, choć wyglądem nie różnią się zbytnio od zwykłych budynków mieszkalnych. W niewielkim Cambridge Bay są trzy: kościół katolicki p. w. Matki Boskiej Arktycznej, kościół anglikański i Pentecostal Church, w którym msze to spontaniczne śpiewy, tańce i klaskanie w rytm muzyki gospel.

Plusem przypłynięcia jachtem do portów arktycznej Kanady jest dobry kontakt z lokalnymi mieszkańcami. Ponieważ wizyty jachtów należą w tych rejonach do rzadkości, żeglarze mogą liczyć na specjalne względy takie jak propozycje wszelakiej pomocy czy zaproszenia do domów. W ten to sposób poznajemy Amosa. Chłopak jest Inuitą, jego żona pochodzi z Toronto. Ich dom to standardowe mieszkanie — wygodnie urządzony salonik z dwoma podłączonymi do internetu komputerami, dwie sypialnie, przestronna kuchnia, pokój gospodarczy z pralką i suszarką.

— Wcale nie mieszkamy w igloo, jak wiele osób myśli — śmieją się gospodarze.

Inna sprawa, że dumni ze swoich tradycji Inuici starają się je przekazać następnym pokoleniom. Dlatego na zimowych obozach lokalna młodzież (dziewczęta także) uczy się budować igloo, polować na foki, oprawiać zdobycz, a nawet śpiewać inuickie pieśni.

— My również się staramy pielęgnować tutejsze zwyczaje, dlatego wystąpiliśmy na ślubie w inuickich strojach — mówią z dumą nasi znajomi, po czym z głębin zamrażarki (ponoć to najlepsze miejsce na takie rzeczy) wyjmują własnoręcznie uszyte buty z foczej skóry i ubranie z sierści karibu.

Miłą rozmowę przerywa pojawienie się na stole butelki whisky. Jesteśmy zaskoczeni, bo wiemy, że na tych terenach to towar wybitnie luksusowy. W podbiegunowych supermarketach można kupić wszystko, chociaż szokiem mogą być ceny (litr mleka 12 zł), poza alkoholem. Wprowadzenie prohibicji to odpowiedź na problemy (plaga alkoholizmu, przemoc w rodzinie, mnóstwo samobójstw), z jakimi przestali sobie radzić Inuici. Drażliwy temat każda miejscowość załatwia indywidualnie. W większości obowiązuje bezwzględny zakaz sprzedaży napojów "procentowych" (brak nawet pubów sprzedających piwo), choć są i takie, gdzie alkohol można kupić w upoważnionym sklepie np. raz w tygodniu, albo można go zamówić na specjalne okazje po złożeniu podania do wioskowego urzędu. A co do wizyt w tutejszych urzędach czy innych miejscach publicznych (biblioteka, szkoła itp.), niech nie zdziwią nas karteczki o konieczności zdejmowania butów! To arktyczny standard, do którego stosują się wszyscy, niezależnie od wieku czy pozycji zawodowej.

Sposób na zorzę

Arktyką można się zafascynować. Nie jest to miejsce łatwe ani do życia, ani do podróżowania, bo polarna natura tym, którzy nie mają dla niej respektu, łatwo może okazać swą wyższość. Nagrodą za trudy znoszenia chłodu i zmiennej pogody (dla nas koszmarem były mgły, zwłaszcza przy pokonywaniu pokrywających morze pól lodowych) są niespotykane gdzieindziej krajobrazy: schodzące z gór, prosto do morza, lodowce, tak zwane pingos czyli wzgórza przypominające niewysokie wulkany, czy urocze, dzikie zatoczki, wśród których jest nazwana imieniem naszego słynnego eksploratora — Pawła Strzeleckiego (on sam nigdy w Arktyce nie był). A co do chłodów, nie ma co kryć, że za kręgiem polarnym ciepłe ubranie trzeba nosić nawet w lecie, ale ciepłe dni też się zdarzają (nawet 1000 km za kręgiem polarnym miałam okazję chodzić w koszulce z krótkim rękawem). Poza tym, jaka to frajda doświadczyć uroków dnia polarnego, a potem, kiedy już zapadają ciemności, zobaczyć zorzę polarną. My widzieliśmy pierwszą już na początku września.

— Jeśli chcesz, by zorza przyszła bliżej ciebie i tańczyła na niebie jeszcze piękniej, musisz śpiewać… — poetycko zdradzili mi sekret Inuici.

Sprawdziłam — działa!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Monika Witkowska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Przystanek Arktyka