Pseudocoach robi ci siano z mózgu

Kariera i Praca: Rozpaczliwie chcemy wierzyć w sukces. To czyni nas podatnymi na manipulacje szemranych doradców i trenerów

Samobójstwo rzadko trafia na czołówki gazet na całym świecie. W przypadku śmierci Lynne Rosen i Johna Littinga było inaczej. Z ich apartamentu w Brooklynie przez parę dni wydobywał się fetor, więc sąsiedzi powiadomili policję. Gdy 3 czerwca 2013 r. funkcjonariusze weszli do tego mieszkania, zobaczyli ciała pary ludzi w średnim wieku. Odebrali sobie życie przez nałożenie na głowy plastikowych torebek wypełnionych helem. Tragedia powinna szybko zniknąć w powodzi innych przykrych wydarzeń.

FIKCJA, POZORY, KŁAMSTWA:
Zobacz więcej

FIKCJA, POZORY, KŁAMSTWA:

Pogoń za coachami i kupowanie poradników może być czynnością zastępczą, formą samooszukiwania, ucieczką od życia i jego problemów — mówi Rafał Żak, autor książek „Rozwój osobisty”, „Nie myśl, że NLP zniknie” i „153 sceny filmowe z życia korporacji”. Marek Wiśniewski

Wykonywany przez nieszczęśników zawód nadał jednak sprawie niespodziewany obrót. Zdobyli popularność jako prezenterzy radiowi i — co ważniejsze — trenerzy rozwoju osobistego. Ich specjalizacja to… szczęście. W jednej z audycji z cyklu „Persuit of Happiness” przekonywali, że „wychodzenie ze sfery komfortu jest bardzo ważne”, bo musimy „czuć się komfortowo ze zmianą”. Lynne Rosen nagrała hiphopowy clip, w którym zachęcała oglądających do stania się „osobą, którą zawsze chciałeś być”.

Dziennikarski duet prowadził też coachingową firmę Why Not Now, oferującą pomoc w „rozwijaniu i pobudzaniu wewnętrznych sił”, pielęgnowaniu pozytywnego nastawienia i byciu sobą, tyle że w lepszym wydaniu. W ostatni wtorek entuzjaści różnych guru w rodzaju Lynne Rosen i Johna Littinga obchodzili Święto Dobrych Rad. Najwyższa pora ściągnąć ich na ziemię — mądrości szkoleniowców niekoniecznie pomagają, a często szkodzą tym, którzy w nie wierzą. Potwierdza to wiele naukowych badań. Mimo to rynek samodoskonalenia ma się coraz lepiej.

Samopomocowe ćpuny

Na świecie sprzedaż poradników przewyższyła już sprzedaż celebryckich autobiografii, które do niedawna królowały na szczytach bestsellerów. W USA to przemysł wart ok. 10 mld USD rocznie. Także w Polsce zwiększa się popyt na pozycje w stylu „Obudź w sobie olbrzyma”. Nic dziwnego, skoro ich tytuły tak wiele obiecują („Wszystko będzie najlepiej”, „Bóg znajdzie ci pracę”). Gwoli sprawiedliwości: ta osobliwa literatura pełna jest również przestróg („Grzeczne dziewczynki nie awansują”) i wyzwań („Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą”). Równolegle do wydawnictw motywacyjnych rozwija się branża trenerska i coachingowa.

— Od książek, szkoleń i sesji można się uzależnić jak od narkotyku. Tych, którzy nie mogą bez tego żyć, nazywa się samopomocowymi ćpunami. Pościg za osobistym rozwojem to ucieczka, chowanie głowy przed rzeczywistością, pozorowanie wewnętrznej zmiany — mówi Rafał Żak, autor książek „Rozwój osobisty”, „Nie myśl, że NLP zniknie” i „153 sceny filmowe z życia korporacji”. Zgadza się z tym Jakub Urbański, trener biznesu i wykładowca Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. Modę na poradniki i konsultacje traktuje tak jak Karol Marks traktował religię — w kategorii opium dla ludu.

— Spotkania z niektórymi guru motywacji jest jak antydepresant lub tabletka „dzień po”. Wystarczy ich posłuchać, by odgonić smutek, zwątpienie i podnieść swoją wartość — opisuje szkoleniowiec. Oddziaływanie znanego autorytetu jest wprawdzie natychmiastowe, ale krótkie. Jego wyznawcy szukają więc kolejnego kontaktu — kupują książkę lub zapisują się na warsztaty mistrza.

— Spotkałem kiedyś w pociągu ze Szczecina do Warszawy matkę z kilkunastoletnim synem, którzy zakomunikowali mi, że jadą do „najlepszego coacha w Polsce”. Okazało się, że od prawie roku uczestniczą co miesiąc w zbiorowych sesjach motywacyjnych. Wówczas jechali na zajęcia „Jak szybko nauczyć się języka obcego”. Zapytałem, co konkretnie zmieniło się w ich życiu, od kiedy zaczęli w nich uczestniczyć. Usłyszałem: ogromnie dużo! — uśmiecha się Jakub Urbański.

Według niego, jest w Polsce kilku naprawdę dobrych mówców motywacyjnych. Od szarlatanów różnią się tym, że przedstawiają fakty, badania, nie obiecują natomiast cudów, tabletki „dzień po”. — Pseudocoachowie prowadzą wykłady przede wszystkim o sobie: „zdobyłem”, „osiągnąłem”, „znam się z papieżem”, „przyjął mnie prezydent Trump” — i tak dalej. Na dowód pokazują selfie z telefonu w objęciach takiej osoby. Wmawiają ludziom, że skoro im się udało, to każdy potrafi. Wystarczy tylko chcieć — opowiada Jakub Urbański.

Przekaz „ty też możesz być taki jak ja” podnosi u bezkrytycznych wyznawców samoocenę, wprowadza ich w stan euforii. Pamiętają to doznanie długo. Tak na mózg wpływa endorfina, hormon szczęścia. Żeby ponownie przeżyć porównywalny odlot, następnym razem trzeba zwiększyć dawkę.

Psucie branży

— Problem w tym, że po sesji czy kongresie hormony szczęścia przestają buzować. Zamiast tego jest szara biurowa rzeczywistość. Szef szaleje, rozlicza z planów sprzedażowych. Tymczasem klienci się wykruszają, a koledzy dybią na twoje stanowisko. Co trzeba zrobić? Znowu pojechać do swojego guru — ironizuje Jakub Urbański.

Coach, trener, psycholog biznesu — zawody te powinny być regulowane, a nie pozostawiane bez kontroli. Wykonuje je wielu ludzi bez kwalifikacji. Zwraca na to uwagę Marek Suchar, prezes firmy doradczej IPK, który zaznacza, że nie chodzi o drakońskie ograniczenia, tylko nadanie branży minimalnych ram formalnych.

— Odpowiedzialnych trenerów, coachów, instruktorów nie brakuje. Szkoda, że częściej słyszy się o szarlatanach, manipulantach i ludziach bez umiejętności, wiedzy i certyfikatów, którzy psują wizerunek całej branży — podkreśla dr Suchar. Relacja mistrz — uczeń wydaje się jedną z najpewniejszych dróg pozyskiwania mądrości. Czy popularność motywacyjnych guru nie bierze się z tęsknoty za modelem platońskiej Akademii, gdzie w ogrodach przechadzali się wielcy filozofowie otoczeni grupką naśladowców? — Ten koncept jest słuszny, tylko wykonanie fatalne. Teorie poradnikowych guru tak się mają do mądrości filozofów jak zdrowe, zrównoważone jedzenie do fast foodu — porównuje Rafał Żak.

W internecie krąży obrazek, na którym pułkownik Sanders, założyciel KFC, mówi z uśmiechem: „My to nazywamy kurczakiem. Wy to nazywacie kurczakiem. Umówmy się więc, że to jest kurczak”. Rafał Żak twierdzi, że niektórzy przedstawiciele rynku poradników i szkoleń powinni powiedzieć podobnie: „My to nazywamy rozwojem. Wy to nazywacie rozwojem. Umówmy się więc, że to jest rozwój”.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mirosław Konkel

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Firmy / Pseudocoach robi ci siano z mózgu